Info
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Maj17 - 2
- 2026, Kwiecień30 - 13
- 2026, Marzec31 - 21
- 2026, Luty28 - 17
- 2026, Styczeń31 - 44
- 2025, Grudzień31 - 28
- 2025, Listopad30 - 10
- 2025, Październik31 - 13
- 2025, Wrzesień30 - 20
- 2025, Sierpień31 - 17
- 2025, Lipiec31 - 12
- 2025, Czerwiec30 - 5
- 2025, Maj31 - 0
- 2025, Kwiecień30 - 6
- 2025, Marzec31 - 12
- 2025, Luty28 - 1
- 2025, Styczeń31 - 22
- 2024, Grudzień31 - 17
- 2024, Listopad30 - 10
- 2024, Październik31 - 19
- 2024, Wrzesień30 - 14
- 2024, Sierpień31 - 20
- 2024, Lipiec31 - 10
- 2024, Czerwiec30 - 7
- 2024, Maj31 - 9
- 2024, Kwiecień30 - 14
- 2024, Marzec31 - 16
- 2024, Luty29 - 7
- 2024, Styczeń31 - 7
- 2023, Grudzień31 - 9
- 2023, Listopad30 - 6
- 2023, Październik31 - 7
- 2023, Wrzesień30 - 5
- 2023, Sierpień31 - 12
- 2023, Lipiec31 - 10
- 2023, Czerwiec30 - 1
- 2023, Maj31 - 5
- 2023, Kwiecień30 - 2
- 2023, Marzec31 - 8
- 2023, Luty28 - 21
- 2023, Styczeń31 - 7
- 2022, Grudzień31 - 5
- 2022, Listopad30 - 1
- 2022, Październik31 - 0
- 2022, Wrzesień30 - 6
- 2022, Sierpień31 - 14
- 2022, Lipiec31 - 13
- 2022, Czerwiec30 - 6
- 2022, Maj31 - 4
- 2022, Kwiecień30 - 5
- 2022, Marzec31 - 3
- 2022, Luty28 - 11
- 2022, Styczeń31 - 6
- 2021, Grudzień31 - 5
- 2021, Listopad30 - 7
- 2021, Październik31 - 8
- 2021, Wrzesień30 - 20
- 2021, Sierpień31 - 33
- 2021, Lipiec31 - 6
- 2021, Czerwiec30 - 9
- 2021, Maj31 - 18
- 2021, Kwiecień30 - 17
- 2021, Marzec31 - 21
- 2021, Luty28 - 8
- 2021, Styczeń31 - 26
- 2020, Grudzień31 - 25
- 2020, Listopad30 - 10
- 2020, Październik31 - 15
- 2020, Wrzesień30 - 28
- 2020, Sierpień31 - 62
- 2020, Lipiec31 - 28
- 2020, Czerwiec30 - 16
- 2020, Maj31 - 20
- 2020, Kwiecień30 - 55
- 2020, Marzec31 - 26
- 2020, Luty29 - 14
- 2020, Styczeń31 - 15
- 2019, Grudzień31 - 1
- 2019, Listopad31 - 79
- 2019, Październik31 - 84
- 2019, Wrzesień30 - 90
- 2019, Sierpień31 - 186
- 2019, Lipiec31 - 76
- 2019, Czerwiec30 - 35
- 2019, Maj31 - 86
- 2019, Kwiecień30 - 52
- 2019, Marzec31 - 32
- 2019, Luty28 - 48
- 2019, Styczeń31 - 71
- 2018, Grudzień31 - 178
- 2018, Listopad30 - 183
- 2018, Październik31 - 163
- 2018, Wrzesień30 - 129
- 2018, Sierpień31 - 118
- 2018, Lipiec31 - 107
- 2018, Czerwiec30 - 135
- 2018, Maj31 - 183
- 2018, Kwiecień30 - 184
- 2018, Marzec31 - 184
- 2018, Luty28 - 191
- 2018, Styczeń31 - 73
- 2017, Grudzień31 - 26
- 2017, Listopad30 - 39
- 2017, Październik31 - 29
- 2017, Wrzesień30 - 21
- 2017, Sierpień31 - 19
- 2017, Lipiec31 - 33
- 2017, Czerwiec30 - 75
- 2017, Maj32 - 33
- 2017, Kwiecień28 - 13
- 2017, Marzec31 - 50
- 2017, Luty28 - 30
- 2017, Styczeń31 - 75
- 2016, Grudzień31 - 29
- 2016, Listopad30 - 18
- 2016, Październik31 - 11
- 2016, Wrzesień30 - 9
- 2016, Sierpień31 - 3
- 2016, Lipiec31 - 5
- 2016, Czerwiec30 - 52
- 2016, Maj31 - 27
- 2016, Kwiecień30 - 34
- 2016, Marzec31 - 26
- 2016, Luty29 - 76
- 2016, Styczeń31 - 195
- 2015, Grudzień31 - 83
- 2015, Listopad30 - 91
- 2015, Październik31 - 72
- 2015, Wrzesień30 - 55
- 2015, Sierpień31 - 41
- 2015, Lipiec31 - 69
- 2015, Czerwiec30 - 22
- 2015, Maj31 - 40
- 2015, Kwiecień30 - 65
- 2015, Marzec31 - 39
- 2015, Luty28 - 54
- 2015, Styczeń31 - 62
- 2014, Grudzień31 - 160
- 2014, Listopad30 - 1
- 2014, Październik31 - 0
- 2014, Wrzesień30 - 0
- 2014, Sierpień31 - 0
- 2014, Lipiec31 - 0
- 2014, Czerwiec30 - 0
- 2014, Maj31 - 52
- 2014, Kwiecień30 - 26
- 2014, Marzec31 - 55
- 2014, Luty28 - 95
- 2014, Styczeń31 - 89
- 2013, Grudzień31 - 20
- 2013, Listopad30 - 0
- 2013, Październik31 - 0
- 2013, Wrzesień30 - 0
- 2013, Sierpień31 - 0
- 2013, Lipiec31 - 0
- 2013, Czerwiec30 - 0
- 2013, Maj31 - 0
- 2013, Kwiecień30 - 0
- 2013, Marzec31 - 0
- 2013, Luty28 - 0
- 2013, Styczeń31 - 0
- 2012, Grudzień31 - 1
- 2012, Listopad30 - 0
- 2012, Październik31 - 0
- 2012, Wrzesień30 - 0
- 2012, Sierpień31 - 11
- 2012, Lipiec31 - 37
- 2012, Czerwiec30 - 56
- 2012, Maj31 - 24
- 2012, Kwiecień30 - 51
- 2012, Marzec31 - 120
- 2012, Luty29 - 15
- 2012, Styczeń31 - 34
- 2011, Grudzień31 - 11
- 2011, Listopad30 - 14
- 2011, Październik31 - 2
- 2011, Wrzesień30 - 5
- 2011, Sierpień31 - 31
- 2011, Lipiec31 - 19
- 2011, Czerwiec30 - 36
- 2011, Maj31 - 34
- 2011, Kwiecień30 - 51
- 2011, Marzec31 - 31
- 2011, Luty28 - 34
- 2011, Styczeń31 - 0
- DST 110.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Wtorek, 15 września 2020 · dodano: 15.09.2020 | Komentarze 0
Pluton jest moją inspiracją, widzę Go coraz bardziej większego. Jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 577 tysięcy 379 kilometrów.Pluton.
to brzmi dumnie.
na dzień dzisiejszy wydarzy się to 26 stycznia 2021 roku, może troszkę później, może kilka dni wcześniej.
na pewno nie jednak w roku bieżącym.
już się szykuję do tej wielkiej wspaniałej chwili.
- DST 110.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
Księżyc - Pluton
Poniedziałek, 14 września 2020 · dodano: 15.09.2020 | Komentarze 0
Pluton jest moją inspiracją, widzę Go coraz bardziej większego. Jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 577 tysięcy 489 kilometrów.Pluton.
to brzmi dumnie
- DST 108.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Niedziela, 13 września 2020 · dodano: 13.09.2020 | Komentarze 3
Pluton jest moją inspiracją widzę Go coraz bardziej większego jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 577 tysięcy 599 kilometrów....mam nadzieję tylko, że nigdy mi tego nie zapomnicie.
( robert woźniak 13 września 2020 roku )

Nie ma także nic piękniejszego od poczucia swojej wartości, od przekonania się,
że to, co wydarzyło się dotychczas nie było na marne, że musiałem taką, a nie inną stworzyć przeszłość,
by móc być w tym właśnie miejscu. Tu i teraz. Każdy dzień, nawet chwile odpoczynku stanowiły wartość samą w sobie.
To nie polega na tym, że przez ten cały czas trzeba wyłącznie walczyć, walczyć z kimś lub czymś, lub o cokolwiek.
Bardziej ma być tak, aby w tym trwać, istnieć, bezwarunkowo. Nawet chwilami należy o tym nie myśleć, by być jak u siebie.
Akceptować to wszystko, to też zdecydowanie za mało. Suma wyobrażeń, marzeń, a także przywoływanie wspomnień ma w tym wszystkim ogromne znaczenie. Bo każdy ma swoje ulubione miejsce w dzieciństwie.
gdyby tylko wtedy, ktoś mi powiedział, podpowiedział, że są takie miejsca...
niczego jednak nie żałuję, bo nie ma żadnych straconych lat.
Jest obrazem moich wspomnień, dobroci, pokory, uśmiechu i radości nawet z byle czego.
Nigdy tu nie byliśmy razem. Znany dla wielu, prawie każdemu.
Jestem w Ustrzykach Dolnych. Znowu tworzy się coś niezwykłego.
Tak samo miłego, choć innego...bo nie da się przecież spojrzeć w ten sam sposób, jak dotychczas.
wychodzę z budynku, mnóstwo oczu skierowanych na mnie, na nas, nie na to zaś, co było wokół.
Już po przejechaniu pierwszych metrów, prosiłem wszystkich Bogów o to, aby trwało to długo, bardzo długo,
i choć zdawałem sobie w pełni świadomość z jego długości i czasu trwania to miałem mimo wszystko nadzieję, że może jednak coś się zmieni, wydłuży. Bo to było piękne. Czułem jednak jednocześnie, że Wy myślicie w sposób całkowicie odmienny.
Więc postanowiłem nie gubić swoich myśli.
Nawet teraz czuję się identycznie jak wtedy właśnie.
jak to dobrze, że na drodze byłem wtedy sam.
Gdyby ktoś wtedy podjechał do mnie na dłużej, to starałbym się ukryć swoje uczucia.
Za okularami, za sposobem wypowiadania sią, za czymkolwiek. Może nawet zgrywałbym trochę twardziela.
Tak jak kiedyś, tak i w tych chwilach dawałem obraz dobroci, pokory, poprzez uśmiech i radość,
i to nie była radość z byle czego, tak jak kiedyś.
Otóż stałem się przekonany o tym, że uczucie wygrywa z siłą, że to nie współmierne są do siebie zjawiska.
Nocą byłoby tak samo, bez muzyki.
Nawet nie wiedziałem, że bez muzyki mogę odczuwać to w sobie w taki sam sposób.
Na dodatek to moje miejsca, ukochane, najwspanialsze ze wszystkich.
Nie wiem, czy poradziłbym sobie z tym, gdybym tu zamieszkał na stałe. Czy czułbym to w taki sam sposób, jak teraz?
Boję się, że coś pod wpływem czasu mogłoby we mnie umrzeć. I to jedno mogłoby destabilizować obecny obraz moich gór.
Nic nie jadłem, nie piłem, dotychczas nie zdjąłem z siebie grubego ubrania. Chciałem tylko dojechać.
Nietknięte bidony, brzęczący coraz głośniej napęd, niesymetryczne przednie koło,
komplet nieużywanych kluczy schowanych w ramie, wszystko to, i wszystko to na co patrzyłem cieszyło mnie coraz bardziej,
i bardziej mocniej, aż tak, że łzy wypływające z oczu moich były zaledwie cząstką oznaki tego, jak bardzo byłem wtedy szczęśliwy.
Nie wiem, czy można było odczuwać to zdecydowanie jeszcze bardziej.
Patrząc przed siebie miałem obraz wspomnień ubiegłych lat, poprzednich rowerów, to wszystko dla mnie się liczy.
Bez tego nie byłoby dziś nic.
Nie dbałem o czas w ogóle.
A najważniejsze że nie tylko ja wiedziałem w tamtej chwili, że oto zbliżam się do moich ukochanych Lutowisk.
Na każdej edycji BB Tour wykręcałem swój rekord trasy, a mimo to, zawsze w tym samym miejscu się zatrzymywałem.
Zawsze tak miało być, bez względu na czas. Tak i było teraz. Po co? By spojrzeć na to, co było przede mną, na panoramę Bieszczad i być dumnym z tego, że zaraz tam będę, za niebawem.
Niemal zawsze samemu, a dziś nie. Nie tylko na trasie, bo zdecydowanie także zdawałem sobie
sprawę z tego, że na mecie również będzie inaczej niż dotychczas.
Kilka minut wpatrzenia się w góry umocniło mnie jeszcze bardziej, choć już bardziej silnym nie mogłem być tego dnia.
Pomyślałem sobie, że cały Kosmos na mnie też nadal patrzy. I, że Księżyc także jest ze mnie dumny.
Pewnie i On uśmiechał się z niedowierzaniem.
...no cóż, musiałem z Lutowisk wyjechać.
Już wsiadam na rower, a tu nagle na drodze, na wysokości punktu widokowego zatrzymuje się Grześ Janicki, z którym przyjechałem samochodem do Świnoujścia, mieszkamy w tej samej części naszego kraju.
Grześ wystartował nad ranem w sobotę, i przez całą drogę miał nadzieję, że mnie dogoni, w Lutowiskach właśnie.
Bo On też wiedział, jak wiele to miejsce dla mnie znaczy. Niesamowite prawda ?
Co było potem? ... trochę wspólnej jazdy, ale przez chwilę. Był i Tomek Ignasiak zagrzewający mnie do walki na ostatnich kilometrach
jak na Tour de France. I wiele innych jeszcze Osób.
Jechałem do przodu, do miejsca, w którym niby byłem wiele razy, ale nie w taki sposób.
Gdy byłem zaledwie dwa kilometry przed metą zadzwoniłem do Siostry, a już kilkaset metrów przed metą słyszałem Wszystkich, którzy
byli tam i mnie wyczekiwali.
Po dojechaniu do końca asfaltowej drogi zszedłem z roweru i skierowałem się ku mecie, by pieszo ją przekroczyć, z rękoma wyciągniętymi ku górze. Trzymałem Wigry 3 ponad sobą. Bo choć oboje zostaliśmy Mistrzami Świata, to z dwojga nas to on właśnie był ważniejszy.
Drobne elementy roweru wpijające się w wyniku ciężaru w moje dłonie, powodujące nawet ból, nie były w stanie zakłócić tego w najmniejszy sposób. Wręcz pogłębiały moją radość. Tyle bowiem w tej chwili ważyły moje marzenia.
Życzę Wam z całego serca, abyście i Wy przeżyli coś, cokolwiek, w takim stanie emocjonalnym.
Na mecie zapisano mi godzinę 14:03
chyba nadszedł czas na to, abym przyznał się do tego, że rower ma w życiu moim ogromne znaczenie.
...mam nadzieję, że nigdy mi tego nie zapomnicie.
- DST 103.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Sobota, 12 września 2020 · dodano: 12.09.2020 | Komentarze 2
Pluton jest moją inspiracją widzę Go coraz bardziej większego jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 577 tysięcy 707 kilometrów....powiedziałem sobie kilkadziesiąt godzin wcześniej, że jeśli tu dojadę, tutaj właśnie to...
już niczego nie będę się bać. Bo tu zaczynają się dla mnie góry. Bo tu są moje miejsca.
Bo tu, wreszcie, będę u siebie. Będąc tu o nic się nie martwię, niczym nie przejmuję.
Wyjeżdżam z punktu oczywiście sam, specjalnie to robię.
...ale, no tak, powinienem coś wstępem napisać.
Otóż w punkcie kontrolnym w Birczy było na kilkunastu, wszyscy poza mną uzgodnili, że wyjeżdżamy razem, by w ten sposób
nie przyjechać na metę za mną...ależ było poruszenie, gdy wstałem od stołu...Ci akurat Bikerzy obawiali się, że przyjadą za mną i przegrają, ha, ha...oczywiście wiem, że żartowali, ale to fajnie wszystko wyszło.
Nie byłem tu długo. Wszedłem już w stan nie jedzenia i nie picia.
Już po raz kolejny doznaję takiego uczucia. Z punktu nic nie zabieram, nawet nie wiem co mam w bidonach, jeśli cokolwiek w nich mam.
Nie wyrzucę ich, dojedziemy wszyscy razem. To nie jest tak, że nie mam na nic ochoty.
Normalnie czuję potrzebę tylko zobaczenia po raz kolejny moich Ustrzyk.
...od samego początku podjazdy, wjeżdżam bez obaw, ale slalomem i tylko ze względu na to, że nie jadą żadne samochody.
Jadę tak samo ubrany, jak nocą, w ciepłej bluzie...nawet nie chce mi się jej zdejmować, no przecież nie zostawię jej na trawie bo
o otwieraniu sakwy nie ma w ogóle mowy. Tyleż razy tak właśnie jechałem, więc nic mi się nie stanie.
Na metę mogę wjechać nawet ugotowany.
Nie słucham muzyki, pozostałych ultramaratończyków na trasie jak na lekarstwo...gdzie Oni są ?
Pogoda super, cieplutko, jak na patelni, bez wiatru, podjazd, zjazd, podjazd, zjazd i tak wiele razy.
Nie zasypiam, jestem w pełni w otaczającej mnie rzeczywistości.
Jestem radosny, w tych miejscach potrafię odnaleźć blaski nawet czarnej rzeczywistości.
Potrafię podziękować za to i cieszyć się tym, co teraz mam.
Nie tęsknię za tym, czego nie udało mi się w życiu osiągnąć.
...gdy byłem już na drodze wojewódzkiej nr 890, ( to prosta do skrzyżowania Krościenko- Ustrzyki Dolne )
podjechał do mnie Jacek Krydziński. i co ? I nagle zmiana sytuacji.
Zaczęliśmy tak intensywnie rozmawiać ze sobą, nie tylko o rowerach, że po tym wszystkim nagle do mnie doszło, że...
wszystko mi się wydało tak, że nic nie się nie dzieje, że jadę sobie po górach dla relaksu, że jest dzień jak co dzień, że...
nagle przez chwilę wydało mi się takie niezwykle zwykłe. A przecież dzieje się coś niezwykłego !!
Jacek zadeklarował się, że wspólnie dojedziemy do Ustrzyk Górnych. Fajnie, ale ja chciałem ten ostatni etap przejechać wyłącznie samemu. Wielkie sprawy powstają w ciszy i skupieniu.
Nikt nie będzie miał możliwości przejechania ze mną trasy z Ustrzyk Dolnych do Górnych, bo już teraz wiem, że nie będę mógł
zapanować nad swoimi emocjami. Możesz być przy mnie obok, ale jak nie zobaczysz moich oczu to niczego się i tak nie dowiesz.
Bo najważniejsze po rowerze są oczy właśnie. I sposób w jaki się nimi spogląda.
jakoś szybko przejechał mi się ten przedostatni odcinek.
W Ustrzykach Dolnych zalogowałem się o godzinie 10:15.
Od samego początku sesja zdjęciowa, mnóstwo gratulacji, powitań, miłych słów, spojrzeń...
na dotychczasowych siedmiu edycjach BB Tour doświadczyłem mniej takich radosnych chwil, iż dziś właśnie.
Wszedłem do hali, by otrzymać pieczątkę potwierdzającą swój przyjazd, a w efekcie sam sobie ją przybiłem i podpisałem.
No i zjadłem tu kilka pomarańczy. Nic więcej.
Ciało mnie boli prawie całkowicie, nawet na Brooksie ciężko mi usiedzieć, nawet nie chce mi się siedzieć.
Nie mogę doczekać się wyjścia z hali, ale nie wychodzę tak szybko, jak powinienem, opóźniam mimo wszystko wyjście jak tylko mogę.
Bo wiem, że za kilka, za kilkanaście minut rozpocznie się coś wspaniałego.
jestem calutki rowerowy...
koniec końców to nie o kilometry chodzi, a o jakość uczuć w tych kilometrach.
No to jest tak. Na liczniku, na Wigry 3, czerwonym, mam prawie Tysiąc przejechanych kilometrów !!
I otrzymałem niespodziankę... największą ze wszystkich.
nagle zdałem sobie sprawę z własnej wartości.
...według prawa aerodynamiki trzmiel nie powinien latać.
A jednak, lata.

- DST 106.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Piątek, 11 września 2020 · dodano: 11.09.2020 | Komentarze 1
Pluton jest moją inspiracją widzę Go coraz bardziej większego jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 577 tysięcy 810 kilometrów....wyjechałem z PK w Łańcucie z grupą kilkunastu osób.
Ktoś z wolontariuszy wskazał nam krótszą drogę na trasę już przy budynku, z wejściem po schodach.
No nie, niesamowite. Normalnie w miejscu tym czułem się jak w labiryncie.
Skomplikowany wjazd, wyjazd również, no nie. Dlaczego tak się dzieje, tu i teraz ?
Jakoś wjechaliśmy jednak na drogę do mety.
Było nas kilkunastu. To była szansa dla mnie, że tego ostatniego Bikera będę doganiał na podjazdach.
I tak rzeczywiście było. jechałem samotnie w odległości kilkuset metrów od nich.
Byli dla mnie kierunkiem...aż do pierwszej przerwy po zaledwie kilku kilometrach.
Pojechało dalej od nich zaledwie trzech, ja więc za nimi, ale nie miałem szans ich dogonić.
Czerwone lampki zniknęły mi po kilku zakrętach.
No i zaczęło się.
Nie chciało mi się spać, nie czułem takiego zmęczenia, by położyć się na łóżku.
Nie było także zagrożenia, że zasnę na stojąco i się przewrócę, po prostu znowu zacząłem tracić świadomość.
Nie rozumiałem w pewnym momencie co mnie otacza.
Podjazd, zjazd, podjazd, zjazd...czułem się jak gracz jakiejś gry komputerowej.
Wszystko to powtarzało się w tak monotonny sposób, że czułem to jak jakąś grę właśnie...
naprawdę tak było, choć pewnie nie możecie tego zrozumieć.
Czułem potrzebę zaliczenia tego do czegoś tam. I jakoś jechałem.
W ostatniej godzinie ciemności wszystko wróciło do normy. Ponownie zdawałem sobie sprawę z tego gdzie jestem.
I tak pozostanie już do mety. od tej chwili zacząłem łamać zasady dotychczasowej jazdy na Wigry.
To nie było grzeczne i posłuszne. Dlaczego ?
Ukazywały się co chwilę już te bardziej wymagające podjazdy. Z uwagi na zerowy ruch samochodowy wszystkie podjazdy brałem
jeżdżąc od jednej strony do drugiej. Jedni odjeżdżali ode mnie całkowicie, innych zaś doganiałem.
Nad ranem byłem w centralnie najwyższym punkcie tego regionu. Mgła opóźniała obudzenie się dnia.
A dla mnie najważniejszym miało być to, aby powietrze się napełniło światłem do dna.
Tak mocno wyczekiwałem Słońca.
Choć ta mgła cudowna była mimo wszystko...
W pewnej chwili rozpędziłem się w dół bardzo śmiało.
Zbyt późno się zorientowałem, że mokre obręcze nie współpracowały z moimi hamulcami.
Co to będzie jak zacznie padać deszcz ?...pomyślałem. To będą na pewno kłopoty.
Nie były.
...na godzinę przed Birczą trasa niby się wyprostowała. Mnóstwo zakrętów, wszystkie takie same.
Nie mając śladu pomyślałbym, że ciągle przyjeżdżam do tego samego miejsca.
I tak przez wiele kilometrów. Na zmianę ktoś mnie doganiał, kogoś ja wyprzedzałem.
Towarzystwo było zmęczone i to dało się odczuć. Mnóstwo rozmów ze mną.
...w tym momencie przejechałem już ponad 900 kilometrów.
Na składaku, który miałem spawać podobno już po 200 kilometrach.
Nie było jednak tak bardzo sympatycznie jak dotychczas.
Od strony napędu dobiegały do moich uszu jakieś dziwne brzęczenia.
Korby kręciły płynnie, nic nie pukało, nic nie stukało, ale też wcześniej ciszej to urządzenie działało.
To mnie trochę zaniepokoiło.
A to, że o siebie się nie bałem całkowicie, to oczywiste. Choć czułem się jak poobijany w tym projekcie.
Ten rower nie ma nic rowerowego w sobie poza...duszą.
On ma dokładnie wszystko na odwrót.
No i przez to nie raz podczas jazdy bym się wywrócił.
Nie miałem żadnych możliwości zmiany pozycji dłoni na kierownicy.
Kilkukrotnie pomyliłem się w czasie jazdy...będąc przyzwyczajonym do rogów chciałem niby złapać je z boku,
a w efekcie łapałem powietrze...to na chwilę destabilizowało moją jazdę, zachwiałem się, ale się nie przewróciłem, ani raz.
Podobnie było z przerzutkami...zawsze nad ranem łapałem się na tym, że chciałem zmienić przerzutkę.
od Łańcuta do Birczy nie piłem nic, nie jadłem, nie czułem z tego tytułu potrzeby.
Oczywiście na całej trasie dotychczas nie zjeżdżałem do sklepów, kilka razy jedynie na stację benzynową.
W Birczy zalogowałem się o godzinie 6:43.
Postałem sobie trochę samotnie przed budynkiem Punktu Kontrolnego i nagle poczułem w sobie jeszcze jakąś inną wersję radości.
Bo wiem, że za kilkanaście minut zacznie się to, co najlepsze.
Nie ma nic piękniejszego, niż znalezienie swojej drogi.
Radość jest we mnie, choć też tęsknię za czasami dzieciństwa, patrząc na moje Wigry 3.
Dlaczego kiedyś nikt mi nie pokazał tego, gdzie teraz jestem ?...
Tak sobie właśnie pomyślałem przez chwilę.
...a napęd zaczyna mi szumieć i brzęczeć coraz bardziej głośniej.
I wtedy pomyślałem sobie...albo Wigry 3 się rozsypie, albo zostaniemy Mistrzami Świata.
No i zostaliśmy Mistrzami Świata.

- DST 105.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Czwartek, 10 września 2020 · dodano: 10.09.2020 | Komentarze 1
Pluton jest moją inspiracją widzę Go coraz bardziej większego jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 577 tysięcy 916 kilometrów....a więc jadę dalej.
Najbliższe sto kilometrów miało mieć dla mnie największe znaczenie w tym całym wydarzeniu. I miało.
Teraz czuję to tak, że chyba zawaliłem trochę sprawę.
Zbyt dużo czasu bowiem na tym odcinku trasy straciłem. Straciłem.
Nie spałem oczywiście. Bałem się zasnąć. Znam swój organizm doskonale.
Ten sen by mnie zniszczył. Nie mogłem pozwolić na to, by mięśnie przestały pracować, one nie mogły mieć dłuższej chwili odpoczynku. Byłem przekonany o tym, że muszę aż do końca utrzymać je w pełnym ruchu.
Wyjazd z Sandomierza, Stalowa Wola, Nisko...dalej naprawdę nic nie pamiętam.
Moja świadomość istniała do zakończenia meczu Bayernu Monachium z PSG.
Na co dzień jestem kibicem francuskiej piłki, kibicem Olympique Marseille, więc francuska piłka jest bliższa mojemu sercu.
Ale w Bayernie jest Robert Lewandowski, śledziłem więc relację z meczu. Do samego końca.
Cieszyłem się razem z Nim.
...byłem jednak daleko od Niego.
Głównie oczywiście jadę sam. Składak wydaje jakieś dziwne odgłosy dobiegające z korby,
ale na razie nic złego się nie dzieje. Jedziemy...ale dziś nie wiem co mam napisać dalej.
Bo od godziny 23- ciej musiałem stracić świadomość.
Niby nie zjechałem z trasy, nie pomyliłem kierunku, ale ja w większości musiałem stać na drodze i nie jechać.
Nie wiedziałem co się dzieje ze mną, co mnie otacza. Chwilami nie wiedziałem gdzie jestem, lub zastanawiałem się dlaczego akurat tu właśnie jadę, nie wiedziałem gdzie jechać, po co, i w którym kierunku. Stoję przy drodze, trzymam rower i...zastanawiam się co robić ?
W innym przypadku stoję przy drodze, a rower oparty jest o barierki energochłonne znajdujące się po drugiej stronie.
Jakim cudem zostawiłem rower po drugiej stronie jezdni ? Patrzyłem na ślad, ale przez to przestawianie roweru i przechodzenie przez drogę kompletnie straciłem orientację w którym kierunku powinienem jechać. Sytuację natychmiast wyjaśniał jakiś uczestnik BB Tour, to mi przywracało świadomość, którą niebawem ponownie traciłem. Ale to były rzadkie momenty. Jechałem na rowerze, ale myślałem, że jestem na jakiejś wycieczce, że muszę dogonić jakieś lampki dla zabawy, albo dogonić uczestników mojej wycieczki. Zacząłem myśleć w pełni dopiero jakieś kilka kilometrów przed Łańcutem, gdy dojechała do mnie grupa kilka osób. Nagle ponownie zrozumiałem gdzie jestem, co robię i po co to wszystko.
Do Łańcuta wjechałem samemu, nie potrafiłem nadążyć za Nimi na wzniesieniach, ale od tego momentu było już ze mną dobrze.
Myślałem logicznie bo zacząłem się ponownie bać o składak, czy te silne naciski moich stóp na jego pedały nie zniszczą tych emocji całkowicie.
Zacząłem się denerwować, bo zdałem sobie sprawę z tego, że mnóstwo czasu utraciłem na tym odcinku, z drugiej zaś strony to co napisałem jest trochę przerażające i ktoś stwierdzi, że powinienem się cieszyć z tego, że jadę dalej i że nic mi się nie stało.
Tak cieszę się, że jadę dalej i nic mi się nie stało. Ale nie mogłem postąpić inaczej, nie ryzykowałem. Wjechałem w taką sytuację,
tak musiało się stać i wydarzyć. Mam nieodparte wrażenie, że to właśnie musiało się wydarzyć.
Gdybym miał ze sobą rower szosowy to on zmotywował by mnie do silnej jazdy na wzniesieniach.
Było inaczej.
Na dodatek nie mogłem znaleźć punktu kontrolnego w Łańcucie, podobnie jak i inni o tej porze przynajmniej,
Nie dość, że nie mogłem trafić wjazdu do jakiegoś parku, to potem wzdłuż alei trzeba było jechać dosłownie labiryntem,
w nocy o drugiej drogowskazem była kartka A4 z czarno szarymi napisami BB Tour...w pewnej chwili stałem po drugiej stornie budynku
krzycząc. Nikt mnie nie słyszał. Ktoś podjechał, jeden, drugi trzeci, wszyscy błądziliśmy, a niby byliśmy tak blisko.
No cóż, rozumiem, że tu musiał być punkt, ale to powinno działać w dwie strony.
Nadmieniam, że po raz pierwszy punkt kontrolny zorganizowano w Łańcucie.
w Łańcucie zalogowałem się o godzinie 2:10.
Jest już poniedziałek.
Dla Was, to co zrobiłem jest wyjątkowe.
A ja pamiętam wszystkie spędzone chwile na rowerze.
Każde są dla mnie wspaniałe.
Nawet teraz, chyba się gubię...bo nie potrafię wybrać jakiejś z tych wszystkich i napisać, że to, co teraz,
że te chwile obecne właśnie znaczą dla mnie więcej niż pozostałe. Piszę Wam codziennie tylko o jednym punkcie kontrolnym tylko dlatego, aby przedłużyć te chwile, które przeżyłem, jak najdłużej się da. One nie umrą we mnie nigdy, to oczywiste, nie starczy mi także życia, abym o nich zapomniał, ale ja mimo wszystko nadal, teraz, dziś, walczę, aby mieć w sobie te same emocje, które miałem na mecie i podczas jazdy. Bo wierzę w to, że uczyniłem coś wielkiego. I to jest cudne, ale byłoby to niesprawiedliwe, gdybym napisał, że każdy inny mój rower nie dał mi wcześniej też cudownego uczucia.
Byliście ze mną, tak, pomogliście mi i jestem Wam bardzo wdzięczny za każdy wyraz, każde słowo, które przeczytałem napisane przez Was. Nadal czuję wasze myśli, widzę Wasz wzrok, w większości niedowierzający, myśli, które mówiły w Waszych głowach..." kurczę, jak on to robi?" Bez Was to wszystko nie miało by takiej wartości, jaką jest, nawet nie będę się starał wymienić Waszych wszystkich imion.
Wiecie, że to jest o Was.
Ale to ja podjąłem tą decyzję, tylko ja zabrałem Wigry do Świnoujścia.
I tylko ja wsiadłem na składak.
Mam nadzieję, że nigdy mi tego nie zapomnicie.
Ależ też mam nadzieję, że mimo wszystko będę Wam się kojarzył z Księżycem,
choćby dlatego, że wtedy wydarzyło się coś, co się już nigdy nie powtórzy.
...dotychczas wyłącznie dwie noce pod rząd spędzałem na rowerze,
głównie z uśmiechem na twarzy, było ich mnóstwo.
Nigdy nie było ich trzech, ale też nigdy nie jechałem tak długo na składaku.
W tym wypadku myślałem w kategorii, że musi się to udać.
Czy zagroziłem swojemu życiu ?
cena sukcesu to ciężka praca, poświęcenie, ale i determinacja, by...dawać z siebie wszystko.
Nie mogłem wcześniej nauczyć się tak długiej jazdy na składaku.
Skoro nie mogłem się tego nauczyć, więc poddałem się tej sytuacji i...wygrałem.

- DST 111.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Środa, 9 września 2020 · dodano: 09.09.2020 | Komentarze 4
Pluton jest moją inspiracją widzę Go coraz bardziej większego jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 578 tysięcy 021 kilometrów....ponownie wyjeżdżam z punktu samotnie.
Pogoda cudna, zaczynają się podjazdy, drogi ruchliwe przez samochody,
ale jedzie się super. Nie ma żadnych niedogodności, bo jest ciepło.
No może poza jednym. Boli mnie tyłek. Wygląda to tak, że większość ciała mam najpierw po lewej stronie, potem
przez środek przesuwam się na prawą stronę. Gdy już tyłek mam na maksa wciśnięty w siodełko wtedy go
podnoszę i wtedy mnie boli. Siedem rowerów, siedem różnych ustawień i geometrii.
może potrafię znosić to bardziej, ale tego nie da się nauczyć na tak długim dystansie.
w Ostrowcu Świętokrzyskim witało mnie na trasie wielu kibiców.
Najpierw grupa kilkunastu Bikerów stojących po przeciwnej stronie drogi...
klaskali, pozdrawiali, machali rękoma, ależ to byłe miłe.
Potem, już po mojej stronie, w oddali zauważam nagle dwóch mężczyzn, tak jakby czekali na mnie.
Czekali. Gdy zbliżałem się do nich to wtedy jeden z nich krzyknął w moim kierunku...Robert Woźniak ?
Była szybka sesja zdjęciowa ze słowami mobilizującymi mnie do walki.
a podjazdy, jak się okazało źle wpływają na rower.
Coraz bardziej słyszę jakieś brzęczenie dobiegające z napędu, tak jakby łańcuch był suchy.
Jestem pewien tego, że jest to efektem przewyższeń na trasie.
I znowu zastanowienie, znowu te złe myśli.
Dzień ten łykam garściami, aby go tylko nie zapomnieć.
Już dowiedziałem się o tym, że na każdym punkcie do którego jadę pytają się o mnie innych, czy mnie widzieli, kiedy
przyjadę i takie tam. I już mi się jedzie nie tyle lepiej, co ciekawiej.
Te mnóstwo samotnych kilometrów...może nie wszystkie, ale połowę z nich zamieniłbym na kilka takich właśnie.
Czuję, że nie jestem sam, ani na trasie, ani w sieci.
W Sandomierzu zalogowałem się o godzinie 18:31.
Cudnie tu zostałem przywitany, mikrofonowo.
Ledwie się zatrzymałem, a już niezwłocznie podbiegł Ktoś do mnie i poprosił o GPS-a.
Bo rozpoczęła się akcja ładowania mi akumulatorka na trasie, by tylko nikt mnie nie przeoczył, w drodze i na mecie.
Dbano o to, abym nieustannie był widoczny.
Wigry pozostało na centralnym punkcie placu, a ja wszedłem do namiotu, nie miałem siły go obserwować.
Coś zjadłem, ale w zamian mnóstwo się napiłem.
Nie, nie chciało mi się jakość specjalnie pić, ale te soki naturalne z kartonowych dziwnych opakowań
były na tyle wyśmienite, że oddałem się ich całkowitej degustacji.
Nawet za cenę...no właśnie, ale o tym napiszę jutro.
Soki: jabłkowy, porzeczkowy, wiśniowy, aroniowy, pomarańczowy, a w międzyczasie śliwki.
Podejrzewacie jaki był później efekt ?
brakuje mi słodyczy coraz bardziej, tych moich.
Nawet nie staram się jednak ich sobie wyobrażać, bo wiem, że w taki sposób jak teraz właśnie muszę to przejechać.
może inaczej się nie da.
Ważniejsze, że wjeżdżam w punkt kontrolny, a Ktoś w domu to widzi, obserwuje i wie, kiedy się zatrzymam.
To było ważne dla mnie.
W Sandomierzu naciągnąłem po raz pierwszy łańcuch, bo się trochę rozciągnął.
Po ponad 770 kilometrach. A co będzie dalej ?
Dalej będzie to samo, bo znowu zapomnę wyjeżdżając z punktu nalać sobie napoju do bidonów,
znowu nie wezmę batoników na drogę, znowu będzie to samo.
Bo nadal w głowie miałem to jedno i to samo od samego początku.
Meta. Nie było mowy o dzieleniu tej trasy na jakieś etapy.
To wszystko stanowiło dla mnie jedność.
Ta Pani jest tylko jedna, i ona czeka na mnie. Wiem to.
Jaki jestem ? Ja jestem ukształtowany przez swoje myśli.
Jestem tym, czym one są. Bo gdy mój umysł nie jest zmącony to przychodzi do mnie szczęście.
To szczęście czeka na mnie, jest ze mną, i podąża za mną jak cień...otacza mnie z każdej strony.
Jeszcze raz Wam dziękuję za to, że na wszelkie możliwe sposoby i o różnych porach dniach i nocy
byliście ze mną, że było wiele takich chwil, kiedy byliście na raz, jednocześnie, a potem może znowu pojedynczo.
Mnóstwo razy będę jeszcze na rowerze w Sandomierzu, i pewnie się o tym nie dowiecie.
Ale teraz musiałem być z Wami.
Z Sandomierza wyjadę dumny, z siebie, z roweru. Mobilizowałem się jeszcze samemu, jak tylko mogłem.
Bo przede mną trzecia noc bez spania. Wiedziałem, że muszę uczynić wszystko, aby nie zasnąć na rowerze,
bo kłaść się na cokolwiek nie miałem zamiaru. Będą kłopoty.

- DST 111.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Wtorek, 8 września 2020 · dodano: 08.09.2020 | Komentarze 1
Pluton jest moją inspiracją widzę Go coraz bardziej większego jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 578 tysięcy 132 kilometrów....no to ręka do góry, Kto zakładał, że na Wigry przyjadę do tego miejsca?
Dokładnie 700 kilometrów na składaku w Starachowicach !! Ale numer.
Teraz łatwiej jest mi o tym myśleć, wtedy też wierzyłem, ale mimo wszystko coś mi przeszkadzało.
Były i złe myśli, odpychałem je jak tylko mogłem, a one wracały...gdy Ktoś podjeżdżał do mnie i pytał mnie...
zamiast mnie pozdrowić, tak jak dotychczas robili to Wszyscy, którzy mnie wyprzedzili...pytał mnie od razu, czy
miałem już awarię. Nie podobało mi się to bardzo, czułem się tak, jakby on czekał właśnie na moją awarię.
Były co najmniej trzy takie osoby...jeden gość po moich stanowczych słowach odjechał ode mnie w sekundzie,
Nie można tak. To mi tworzyło niepotrzebne obawy.
Walczyłem. Nie jak lew. Walczyłem jak wąż.
Bo na tym odcinku drogi Bałtyk Bieszczady poczułem, że teraz to ja naprawdę mogę stracić, i to wiele.
Nie mogłem zawieźć już tak wielu osób, miejsc i rzeczy, że postanowiłem uspokoić w sobie emocje, to znaczy
obniżyć je do normalnego poziomu. Bo ja sobie wbiłem do głowy to, że tak, jak mogę wiele stracić, to zysk będzie zdecydowanie
większy w odwrotną stronę oczywiście. I myślę, że tak właśnie by było...tak samo jak potężna będzie moja wygrana,
to taka właśnie byłaby moja porażka. Nie rozmyślam tego, czy poradziłbym sobie z taką sytuacją.
Więc musiałem pogodzić organizm z rzeczywistością i nadal grzecznie jechać.
Bo brakuje mi nadal, coraz bardziej... moich słodyczy.
...zaczynają się podjazdy. Do godziny 11- tej tracę świadomość na podjazdach.
owszem, podjeżdżałem je wolno, ale na prostej linii bez stawania na pedały bo tego na składaku nie da się robić.
Pamiętam te podjazdy tak, że wydawało mi się wtedy, że się zgubiłem.
Każdy był dla mnie identyczny, ciągle myślałem, że znowu jestem w tym samym miejscu, że się zgubiłem,
nawigacja nic mi nie pomagała, bo niby jechałem po śladzie, ale nie byłem pewien,
czy czasem nie jadę w przeciwnym kierunku. I tylko inni ultramaratończycy przywracali we mnie rzeczywistość.
Ta sytuacja powtarzała się wielokrotnie, aż do zatrzymania się.
A mianowicie...zatrzymałem się nagle, i zadałem sobie pytanie, dlaczego to zrobiłem ?
po chwili zrozumiałem bo jechałem po trawie...bo zasnąłem.
Nic takiego dzisiejszego dnia już mi się nie wydarzy.
Nic mi się nie stało, a z boku wyglądało to tak jakbym zatrzymał się na czerwonym świetle.
Po tym z powrotem podszedłem do asfaltu, wsiadłem na rower i pojechałem.
I potem dzisiejszego dnia już nic takiego więcej się nie stało.
przed południem też padał deszcz, nie mocno, cóż z tego skoro ja byłem totalnie przemoczony.
W rejonie Skarżysko Kamiennej byłem nagrywany kamerą na podjazdach przez ekipę BB Tour.
Ależ czad !! Kolorystycznie nie wyglądało to super bo...rower czerwony, strój niebieski, kas niebieski, a po środku
jaskrawo żółta kurtka przeciwdeszczowa. Ale czad był !! Ileż pracy musiałem włożyć w to, aby nie bujać ciała na boki,
byłem jak zawodowiec, prościutka postawa, pracowały nogi idealnie...jakby film kręcono.
Chyba nie muszę pisać, że to wbiło mnie w rzeczywistość idealnie.
Ja na podjeździe, obok mnie samochód na światłach awaryjnych i gość wychylony w połowie przez okno
z kamerą w rękach skierowaną w moją stronę. Ależ czad !!
Te emocje, ta sytuacja, to pozostanie we mnie...na zawsze. Nie pamiętam słów wypowiadanych w kierunku kamery bo
zbyt mocno żyłem tą sytuacją. Patrzysz na kamerę, przed siebie, a w głowie meta.
nie zapamiętałem więc nic z tego co wtedy powiedziałem.
W Starachowicach zalogowałem się o godzinie 13:09,
zjadłem sobie coś, poleżałem na trawie, a Wigry było oglądane niemal przez Wszystkich...z każdej strony.
Ależ byłem dumny i też na niego patrzyłem, z zazdrości, aby nikt przypadkiem nie wsiadł na niego...
Nie byłem jakoś bardziej zmęczony, rowerek jeszcze nie brzęczał, mnie też jeszcze nic nie bolało.
Czemu tak jest, że na takie sytuacje czeka się całe życie bez pewności, że w ogóle się wydarzy...?
Przecież jestem pewien tego, że zasłużyłem sobie na to. Czuję to, że powinienem to dostać, choćby za
oddaną miłość, urodzoną pasję, za to, że każdego dnia rower jest przy mnie już wcześnie nad ranem.
Za to w jaki sposób patrzę na każdy z nich, za dbałość o nie, za pokazywanie im moich miejsc...
tych kochanych, za pokazanie ich moim najbliższym...i za mówienie im o tym, jak wiele dla mnie one znaczą.
czasem zbyt mocno wierzę, że jednak ludzie są inni, że ktoś wróci, zrozumie i przeprosi.
To nie ten dystans mnie przeraża, ale czekanie na coś, co może nigdy nie przyjść.
- DST 101.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Poniedziałek, 7 września 2020 · dodano: 07.09.2020 | Komentarze 0
Pluton jest moją inspiracją widzę Go coraz bardziej większego jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 578 tysięcy 243 kilometrów....no i stało się.
wyjechałem z Łowicza jakoś grubo po pierwszej...muzycznie. Po raz pierwszy.
Nareszcie, wreszcie, to też jest niesamowite pozytywne dla mnie uczucie.
Wykorzystałem niejako moment, że Nikt nie kwapił się z wyjazdem w trasę.
Miałem wręcz nieodparte wrażenie, że każdy z obecnych w hali...kładł się do snu.
...no, no, ja na taki luksus nie mogłem sobie pozwolić.
Nigdy nie spałem na BB Tour, i teraz też nie mogłem, ale nie dlatego, aby podtrzymać tą tradycję.
Bardzo trudne na składaku jest bowiem to, że nie ma mowy o utrzymywaniu i planowaniu jakiejkolwiek średniej.
Trudno mi było więc cokolwiek obliczać.
Cóż z tego, że rozpędzę się do 30 km/h na prostej, a z górki nawet do ponad 40 km/h,
skoro ponownie będę mógł pedałować tylko wtedy, gdy rower zwolni do jakichś 22 km/h.
No i nie da się jechać długo z prędkością 25 km/h.
Jadę dalej, ani myślę spać. Będzie trudno.
No i było.
Muzyki nie posłuchałem za długo. Po kilkunastu kilometrach, w odstępach kilkunastu minut wyprzedzali
mnie solowcy, pewnie Ci, którzy ruszyli w sobotę. Każdy zwalniał choć na sekundę.
Szybko zdjąłem słuchawki bo inaczej nie dało się porozmawiać.
Po raz kolejny napiszę to, że cieszę się z takiej sytuacji. To mocne dla mnie było.
W tym czasie jednak bardziej by pomogła mi muzyka.
Dlaczego ? Dlatego, że nie wiem już co mam pisać, gdyż...z tej nocy nie wiele pamiętam.
To i tak nie źle, bo z następnej nie będę pamiętał nic. Tak było fajnie. A co.
Trochę trudno mi to pisać bo to taka słabość nagła. Nigdy tak trudno mi nie było,
ale też nigdy nie jechałem dwóch nocy na składaku. To on jest efektem takiej sytuacji.
Do punktu kontrolnego w Opocznie dojechałem o godzinie 7:36.
Jakoś godzinę przed nim odzyskałem w pełni świadomość.
Wiedziałem, że jechałem we właściwym kierunku, ale jechałem byle jak.
Nie pamiętałem tego, czy już odpoczywałem, czy też jeszcze nie...itd itp
To naprawdę było patataj. Słońce pomogło, szybciej odzyskiwałem świadomość gdy Ktoś do mnie podjeżdżał,
bo Każdy się odezwał, porozmawiał...Niby to nie była dla mnie nowość.
Więc jakoś sobie poradziłem.
Plus jest taki, że zaczęły się pierwsze podjazdy, i...każdy zdobywam po linii prostej.
...a na punkcie wielkie poruszenie. Każdy Kogoś o coś pyta, doradza się,
dużo osób narzeka na pęcherze na stopach powstałe od jazdy deszczu.
jedna z Pań obsługi ( starszej daty ) powiedziała, że dobrze jest włożyć na stopę w skarpetkę...pokrzywę.
Podobno ona radzi sobie z pęcherzami.
Mnie nic jeszcze wyjątkowo nie boli, ale zmęczony jestem, Wigry też jeszcze nie brzęczy.
Wszystko to będzie potem
to już ponad 620 kilometrów.
Kolejny rekord !!

- DST 114.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
KSIĘŻYC - PLUTON
Niedziela, 6 września 2020 · dodano: 06.09.2020 | Komentarze 2
Pluton jest moją inspiracją widzę Go coraz bardziej większego jest ode mnie w odległości zaledwie 5 miliardów 739 milionów 578 tysięcy 344 kilometrów....około godziny 20- tej wyjechałem z m. Kowal.
ponownie samotnie. Nie padał już deszcz, nawet droga w większości zrobiła się sucha.
Ależ ślicznie, z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej, i ciemniej, aż w końcu mało co było widać.
To miał być trudny rowerowo dla mnie odcinek, z uwagi właśnie na drugą noc na składaku.
Normalnie to nic szczególnego, ale całkiem odmienny sposób jazdy nie wpływał pozytywnie na kolejną noc,
i tak naprawdę nie wiedziałem jak my oboje na nią zareagujemy.
Wiedziałem, że jeśli położę się na materacu na następnym punkcie kontrolnym, albo zasnę w czasie jazdy przed tym punktem właśnie to...
wszystko zostanie pozamiatane.
Nie muszę chyba pisać, że nadal jestem wyprzedzany, czyli pozdrawiany jednocześnie.
To się nie zmieni aż do samego końca.
Odcinek nie wydał mi się atrakcyjny.
I tak jak podejrzewałem to również negatywnie na mnie wpłynęło.
Czułem zmęczenie dotychczasową jazdą, czyli zaczyna mi się chcieć spać.
Nie potrafię samotnie znaleźć w tym czasie sposobu, aby zmotywować się do regularnej, płynnej jazdy.
Na każdym innym rowerze udało by mi się to z łatwością.
Jadę więc wolniej, częściej chyba się zatrzymuję.
Przypominają mi się moje pierwsze góry, kiedy z bezsilności kładłem się z rowerem na asfalcie,
ze wzrokiem wpatrzonym w niebo. Tamta słabość akurat była moją w przyszłości siłą.
Spróbowałem więc tego teraz, pomyślałem, że może właśnie góry, a dokładnie
myśl o nich zmieni cokolwiek. Była godzina po 23- ciej, droga kompletnie pusta, jakiej 30 km przed Łowiczem.
Coraz rzadziej ktoś mnie dogania. Kładę się na asfalcie, co jakiś czas, aż do przejazdu jakiegoś rowerzysty, do zobaczenia białego światła.
Bez zagrożenia dla kogokolwiek. Ciemno, pusto, sucho, cichutko. Coraz częściej zadaję sobie pytanie dlaczego jestem sam ?
No i bardzo brakuje mi słodyczy.
Wiedziałem, że nie mogę zasnąć.
Przed północą zacząłem na niebie widzieć bardziej światła Łowicza.
Ta łuna był bardziej większa z kilometra na kilometr.
Przed startem nie wiedziałem oczywiście jak to będzie wyglądało.
prostym obliczeniem bez spania miałem siedem godzin na przejechanie 100 km.
Tym myśleniem więc w Łowiczu miałem być przed siódmą rano w niedzielę.
Nie było więc źle, skoro w punkcie kontrolnym m. Łowicz zalogowałem się o godzinie 00:40 w niedzielę.
Miałem już 520 kilometrów.
kolejny rekord !! 520 km w trybie non stop na składaku.
To dla nas obojga była nowość.
tym razem rowerem wjechałem do obiektu.
Obsługa punktu z entuzjazmem pojawiła mnie na środku ulicy zagradzając mi dalszy przejazd, bym skręcił do hali
we właściwym miejscu. Wszyscy, kilkanaście osób przed halą z zainteresowaniem spoglądało na Wigry.
W hali ogólnie było jednak cicho. Jadłem, piłem, jakoś nikt nie szykował się do dalszej jazdy, więcej osób raczej szykowało
się do snu.
Było mi trudno.
Czułem jednak wewnętrzy głos, że jeszcze będzie pięknie mimo wszystko...tylko mam w końcu zacząć słuchać muzyki,
bo do przejechania mam jeszcze równe 500 kilometrów.








