Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 696192.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



BAŁTYK BIESZCZADY - wspomnienia, dzień 2

Sobota, 29 sierpnia 2026 · dodano: 29.08.2026 | Komentarze 2

158 advanced

Ciemność. Ta przenikliwa ciemność, noc, która nie chce minąć, która przecież dopiero się zaczęła. Ona nie mija, ona po prostu trwa nieustannie... Od razu, kiedy wstaję rano otwieram oczy – rower. Budzę się i pierwsze, co czuję, to ten ciężar. A teraz już w tym wszystkim jestem, Bo Jest północ. Zaczyna kropić. Najpierw delikatnie, jakby od niechcenia, mniej, bardziej... Na moment deszcz się zatrzymuje. Tylko po to, żeby za godzinę był już totalny kataklizm. Leje na całego.

Jedziemy w ośmiu. Nikt nawet nie myśli o zmianach. Po co? Wszystko jakoś tak płynie, przesuwamy się w tym szyku, tasujemy, ale nikogo nie obchodzi pozycja. Wszyscy mokrzy. Ale to nie deszcz był najgorszy. Nawierzchnia... Boże, ta droga to jakaś tragedia. Sterta wyrw, kraterów, dziur. Jakaś kompletna pipidówa, tylko my i te pułapki. Nic nie widzisz. Chłopaki szaleją, nie zwalniają ani na chwilę, a ja? Wpadam w jedną dziurę, serce w gardle i koniec. Odpuszczam. Jeśli tylko asfalt się psuje, jadę wolniej od wszystkich. Fatalnie... wyjątkowo fatalnie się czuję. Dochodzę ich tylko wtedy, kiedy na moment pojawi się kawałek równego, ale przed Piłą? Zapomnij. Tam dobrego asfaltu nie ma prawie wcale. Ciemno, leje coraz mocniej, zaczyna rwać wiatr. Nie ma się gdzie schować. Przystanek odpada, bo musiałoby to być coś zamkniętego, osłoniętego ze wszystkich stron, a wokół tylko pola. Żadnej stacji paliw. Pustka, dziury, czysty dyskomfort... i ta narastająca wściekłość, w nas wszystkich.

Nie zatrzymujemy się. Do następnego punktu kontrolnego kilometry się ciągną, a nikt z nas nie ma pojęcia, co tam zastaniemy. Czy to w ogóle jest w jakimś budynku? W Kaczorach dotychczas nigdy nie było punktu, zawsze robili w Pile... Jedziesz i karmisz się tylko tą jedną, durną nadzieją, że tam będzie dach. Że wypijesz coś gorącego. Cud, że nikt z mojej grupy jeszcze nie złapał awarii...
Wjeżdżamy wreszcie do Piły. Jest wcześnie nad ranem, nadal jest totalnie ciemno...Ludzie, to, co tam się działo... to był materiał na reportaż. Ulice zalane w całości. To nie były kałuże. To były rzeki spływające z góry prosto do centrum. W tym momencie? Było mi już absolutnie wszystko jedno. Kaczory tuż za Piłą, blisko, coraz bliżej... Nie byliśmy po prostu mokrzy. Byliśmy przemoczeni do ostatniej, najgłębszej nitki. Przenikliwe, potężne zimno. Mam na sobie wszystko, co zabrałem, kaptur wiatrówki naciągnięty na głowę, a jedyne ciepło, jakie mam, to to, które sam wyprodukuję, kręcąc nogami. Równy obrót albo zamarzasz.
Są. Kaczory. PK 3, 233 kilometr trasy. Wpadamy wszyscy. Godzina 03:38. I... no nie, kurwa, dramat. Zjeżdżamy z ulicy na plac i widzimy jego. Jacek Kwiatkowski ze znajomymi stoi... pod namiotem. A na nas leje już totalnie. Coś strasznego. Wszyscy wkurzeni, bo człowiek ledwo żywy, chciałby usiąść, odpocząć, a w tych warunkach? Lepiej byłoby w ogóle się nie zatrzymywać, tylko kręcić dalej, żeby nie ostygnąć. Ale stajemy. Między placem a namiotem, na przestrzeni trzech metrów, z trawy zrobił się rów z wodą. Wszystko tam pływało. Oprócz jedzenia, na szczęście.
Ktoś rzuca hasło: „Jest tu jakiś kibel?”. Jest! Wspaniała wiadomość. Żaden ToiToi, normalny, murowany. Nie w szkole, w jakimś budynku technicznym. Wchodzisz – przedsionek i od razu toaleta... i grzejnik. Dostajemy to ciepłe jedzenie na tacach i wszyscy, jak jeden mąż, pakujemy się do tego kibla. Jest nas chyba z dziesięciu. Stoimy ściśnięci, ramię w ramię, jemy ten ryż z mięsem i warzywami i trzęsiemy się z zimna. Wyobraź to sobie: dziesięciu chłopa z talerzami w ubikacji, nikt nawet nie pomyślał, żeby wyciągnąć telefon i to sfocić... Ja nie miałem odwagi włożyć ręki do kieszeni po cokolwiek. Byłem Zamrożony w jednej pozycji, unieruchomiony, sklejony z mokrymi ciuchami, nie ruszałem się byle tylko utrzymać ten gram ciepła... Siedzimy w tym kiblu, co chwilę ktoś dochodzi. Wystarczy, że uchyli drzwi, a ze dworu wpada mróz i od razu leci zbiorowy wrzask: „Zamykaj drzwi!!!”. A każdy wchodzący ma ten sam wyraz twarzy – absolutne osłupienie, że w toalecie jest wejście do innego wymiaru.
Byliśmy tam może z piętnaście minut. Ktoś rzuca: „Może zaraz przestanie...”. Ktoś inny wyciąga telefon, sprawdza radar. No tak. Godzina 4:00 rano, a my jesteśmy w samym sercu cyklonu. Leje i nie zamierza przestać. BUS wysyła mi stertę wiadomości, ale jak mam to odczytać? Telefon zalany, palce zgrabiałe. Pisze, że cały czas będę w tej ulewie, że właśnie idzie kolejna fala... ale za Notecią i Miasteczkiem Krajeńskim wyjadę spod strefy tych najgorszych opadów. Potem ma już tylko padać, a nie lać...jak potem powiedziałem to kumplom to wszyscy się śmialiśmy...ma tylko padać :)  Niesamowite... Dawno czegoś takiego nie przeżyłem.
Z Kaczor od razu na rowery. Nieustanne kręcenie. Jest źle, bardzo źle, ale jedziemy razem. I szczerze? Mi to pomaga. Samotnie w takich warunkach to ja mogę pokręcić pod domem nawet przez wiele godzin, bo wiem, że na koniec wejdę do ciepłego i po krzyku. A tutaj? Tutaj musisz jechać, potem jakoś wyschnąć w locie, a potem znowu jechać... No to pojechaliśmy.

PK 4, Paterek. 295. kilometr. Godzina 06:34. Dojeżdżamy. Z daleka radość – duży budynek, jakaś szkoła. Myślimy: „Wreszcie”. I od razu brutalne zderzenie z ziemią. W szkole zimno. Żadnej kawy, żadnej herbaty, nic gorącego do picia. Do jedzenia? Najgorsza pomidorowa w Polsce. Z prawie najgorszym makaronem, jaki nosiła ta ziemia. Siedzę cały mokry, My wszyscy ociekamy, a jakaś babka chodzi wokół nas z mopem, bo na sali zrobiła się regularna łazienka. Nerwy zaczynają puszczać, ludzie są wściekli o ten brak ciepłego picia. Szybka decyzja: nie zostajemy tu ani minuty dłużej niż trzeba. Jedziemy.
Wyjeżdżam z grupą, która skurczyła się już do czterech osób. Na czele Mariusz Gniado. Kręcimy z jedną myślą: ten deszcz musi się kiedyś skończyć... Skończył się o 10:00. Nareszcie. Nic na nas nie pada. Ubrania mokre jak gnój, ale rower... rower jakoś jedzie, sprzęt działa.
PK 5, Dąbrowa Biskupia. 387. kilometr. Godzina 10:56. I nagle... zaczyna się robić normalnie. Ludzie, co to był za punkt. Jeden z najlepszych na trasie. Przy wejściu winogrona, ale dla mnie? Arbuz. Król arbuz, który uratował mi życie. Było wszystko. Już tak nie ociekaliśmy, można było spokojnie zjeść, podładować lampki, garmina, pogadać, a nawet... zacząć żartować. Byliśmy tam dobrą godzinę. Doszliśmy do siebie.
Wyjeżdżamy w czwórkę: ja, Mariusz Gniado, Mariusz Polewka i ktoś jeszcze... Nawet nie pamiętam, bo po kilkunastu kilometrach chłopak zrezygnował i zjechał z trasy do domu. Została nas trójka. Cel: Łowicz. Nie pada, nie jest zimno. Wreszcie jest Normalnie... bez zbędnych emocji. Ta pustka na drodze jakoś nam pomagała, łapiemy równe, sprawne tempo.
Po drodze zaliczamy jeszcze PK 6 w Gostyninie. Godzina 14:55, na liczniku 465 kilometrów. Rowerowo – pełna norma. Jedzenia trochę mało, ale obsługa nadrabiała wszystkim – mega mili ludzie, gorące napoje i otoczenie... jakiś zamek. Ładnie tam było. Ruszamy dalej w niezmienionym składzie, dochodzi do nas jeszcze Michał Możański.

W Łowiczu na PK 7 (524 kilometr) wjeżdżamy o 18:07. Połowa dystansu za nami. Ciepły posiłek, chwila na krześle, żeby odciążyć tyłek...

Mnóstwo znajomych twarzy. Na supporcie jest Andrzej Seta z RAP-u, atmosfera po prostu wspaniała. Mieliśmy siedzieć godzinę, ale po godzinie... znowu zaczyna lać. I ma tak odcinać przez kolejną godzinę. Czekamy. Koło 20:00 wypogadza się, Andrzej robi nam jeszcze wspólne zdjęcie... i w drogę. Ruszamy na drugą połowę. 

Już nie pada. W Łowiczu dostajemy w prezencie piękny, krwawy zachód słońca... a potem wjeżdżamy w kolejną ciemność. W tę przenikliwą głębię nocy. I wiecie co? W ciągu tego dnia podjąłem decyzję. Nie będę spał. Mimo tych wszystkich godzin w ulewie, poczułem się lepiej. Odpuściło mi spanie. Sam pewnie bym stawał, zamulał, a tak, w grupie, zmieniamy się, trzymamy równe tempo, wgryzamy się w tę noc.
Przed samą północą zbliżamy się do Opoczna. 621 kilometr trasy. Na kilka kilometrów przed miastem zaczynam finiszować. Chcę minąć tablicę „Opoczno” równo z wybiciem północy. Udaje się. Dokładnie 24:00. Punktu kontrolnego jeszcze nie ma, będzie dopiero za kilka minut...

I ten bidon… No nie mogę z samego siebie. Patrzę na niego na ramie – pełny. Przez te wszystkie godziny w ulewie, przez to całe piekło, nie wziąłem z niego ani jednego, nawet najmniejszego łyka. Po co, skoro natura i tak karmiła mnie z góry, rzekami, wiadrami wody prosto w twarz? Człowiek pił przez skórę, pił samym patrzeniem na zalane ulice Piły. Ten bidon jedzie ze mną chyba tylko jako dodatkowy balast do treningu siłowego, nienaruszony, dumny...

... to był potwornie trudny dzień. Co mi da to całe przemyślanie co byłoby lepsze, że wolałbym ulewę na sam koniec, a nie na początku? Nic to nie da. Jestem tu, gdzie chciałem być. I cieszę się z tego. W ogóle nie kontroluję, który jestem w stawce, na trasie i tak pusto, czasem minie się pojedyncze osoby. Najważniejsze, że asfalty zrobili tu naprawdę dobrej jakości. Jedziesz bezpiecznie, nie ma zagrożenia, że w coś wpadniesz... No cóż. Trzeba będzie jechać dalej.
Tylko tak sobie myślę, że tą noc w której już jestem będę musiał przetrwać,  ale przetrwać ją aktywnie. Kręcić, nie dawać się otumanić, trzymać koło... Wszystko po to, żeby jutro, kiedy przyjdzie kryzys, nie musieć już walczyć z trzecią nocą na trasie. Limit został wyczerpany.
Bieszczady... One już tam są, gdzieś z tyłu głowy, coraz bliżej, coraz bardziej realne. Majaczą na horyzoncie myśli jako ostateczny cel, ale zanim tam dotrę... przede mną kolejne trudności. Kolejne kilometry, które trzeba po prostu wyszarpać.
Zamykam oczy na te krótkie chwile odpoczynku. Odpoczywam z jedną, jedyną nadzieją... że jutrzejszego dnia będzie mi dane zobaczyć to z siodełka. Zobaczyć, jak ta cholerna, przenikliwa noc powoli pęka... i przeistacza się w dzień.
Bo nic piękniejszego na świecie natura nie wymyśliła.





Komentarze
robert1973
| 13:05 poniedziałek, 31 sierpnia 2026 | linkuj super :)
BUS
| 00:09 niedziela, 30 sierpnia 2026 | linkuj Byłem z Tobą przez całą tą noc, przez cały ten deszcz.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!