Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 698625.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



Wpisy archiwalne w miesiącu

Sierpień, 2026

Dystans całkowity:3628.00 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:25
Średnio na aktywność:145.12 km
Więcej statystyk

IMPERIUM KOSMICZNE

Poniedziałek, 31 sierpnia 2026 · dodano: 31.08.2026 | Komentarze 0

122 advanced
16 wigry 3
4 propel

W Kosmosie przejechałem już 695 tysięcy 994 kilometry
wszystkie moje rowery mają przejechane 736 tysięcy 225 kilometrów

rowery:
1) szosowy GIANT tcr ma 200 tysięcy !! - 27,2%
2) szosowy WHEELER route ma 200 tysięcy !! - 27,2%
3) górski GIANT terrago ma 170 tysięcy 370 km - 23,1%
4) szosowy GIANT advanced ma 86 tysięcy 205 km - 11,7%
5) szosowy GIANT propel ma 40 tysięcy 056 km - 5,4%
6) górski GIANT anthem ma 16 tysięcy 641 km - 2,3%
7) kultowe WIGRY 3 ma 14 tysięcy 552 km - 2,0%
8) pierwszy GIANT Chicago 6 tysięcy 530 km - 0,9%
9) miejski NEXTBIKE ma 1 tysiąc 871 km - 0,2%

dni tygodnia:
1) SOBOTA: 120.738 km- 17,3%
2) NIEDZIELA: 114.103 km- 16,4%
3) poniedziałek: 95.899 km- 13,8%
4) środa: 92.399 km- 13,3%
5) wtorek: 92.127 km - 13,2%
6) czwartek: 90.437 km- 13,0%
7) piątek: 90.291 km- 13,0%

miesiące:
1) SIERPIEŃ: 68.977 km - 9,9%
2) MAJ: 66.382 km - 9,6%
3) czerwiec: 65.599 - 9,4%
4) lipiec: 64.277 km - 9,2%
5) marzec: 63.920 km - 9,2%
6) kwiecień: 60.670 km - 8,7%
7) październik: 59.947 km - 8,6%
8) wrzesień: 53.517 km - 7,7%
9) listopad: 51.829 km - 7,5%
10) luty: 48.904 km - 7,0%
11) styczeń: 48.876 km - 7,0%
12) grudzień: 43.096 km - 6,2%

pory roku:
1) LATO: 198.856 km - 28,6 %
2) WIOSNA: 190.969 km - 27,4%
3) jesień: 165.293 km- 23,8%
4) zima: 140.876 km- 20,2%

droga mleczna 2461
konstelacja gwiazd 3500- 3772- 5462- 5608
asteryzm 6635
obszar nieba 18204
orbita 30447

1 miejsce) 2016 czerwiec - 10000 km
2 miejsce) 2018 listopad - 6224 km
3 miejsce) 2015 maj - 6032 km
4 miejsce) 2024 lipiec - 5700 km
5 miejsce) 2024 maj - 5634 km
6 miejsce) 2025 sierpień - 5608 km
7 miejsce) 2023 lipiec - 5536 km
8 miejsce) 2017 sierpień - 5533 km
9 miejsce) 2018 kwiecień - 5528 km
10 miejsce) 2018 październik - 5448 km
11) 2024 grudzień - 5410 km
12) 2018 maj - 5409 km
13) 2020 październik - 5332 km
14) 2021 sierpień - 5329 km
15) 2026 lipiec - 5300 km
16) 2025 lipiec - 5264 km
17) 2023 grudzień - 5216 km
18) 2020 kwiecień - 5215 km
19) 2019 czerwiec - 5205 km
20) 2024 marzec - 5200 km
21) 2023 październik - 5116 km
22) 2019 maj - 5115 km
23) 2014 maj - 5114 km
24) 2018 marzec - 5040 km
25) 2025 styczeń - 5036 km
26) 2020 maj - 5031 km
27) 2024 sierpień - 5001 km
28) 2014 czerwiec - 5000 km
29) 2019 kwiecień - 4962 km
30) 2017 lipiec - 4936 km
31) 2020 marzec - 4905 km
32) 2017 październik - 4875 km
33) 2014 listopad - 4835 km
34) 2018 wrzesień - 4831 km
35) 2021 czerwiec - 4709 km
36) 2018 sierpień - 4707 km
37) 2019 marzec - 4695 km
38) 2017 marzec - 4666 km
39) 2022 lipiec - 4623 km
40) 2015 październik - 4584 km
41) 2024 kwiecień - 4577 km
42) 2014 marzec - 4566 km
43) 2026 maj - 4555 km
44) 2015 czerwiec - 4520 km
45) 2026 kwiecień - 4519 km
46) 2017 styczeń - 4515 km
47) 2023 sierpień - 4505 km
48) 2024 luty - 4501 km
49) 2016 marzec - 4500 km
50) 2026 czerwiec - 4458 km
51) 2023 kwiecień - 4431 km
52) 2026 marzec - 4426 km
53) 2015 sierpień - 4402 km
54) 2014 październik - 4400 km
55) 2020 czerwiec - 4389 km
56) 2014 wrzesień - 4368 km
57) 2019 sierpień - 4329 km
58) 2025 maj - 4300 km
59) 2018 czerwiec - 4295 km
60) 2014 kwiecień - 4280 km
61) 2025 grudzień - 4261 km
62) 2017 luty - 4247 km
63) 2024 styczeń - 4238 km
64) 2014 sierpień - 4217 km
65) 2015 lipiec - 4213 km
66) 2025 październik - 4200 km
67) 2020 sierpień - 4186 km
68) 2012 maj - 4175 km
69) 2025 kwiecień - 4143 km
70) 2013 sierpień - 4142 km
71) 2014 lipiec - 4101 km
72) 2024 wrzesień - 4100 km
73) 2020 listopad - 4097 km
74) 2015 marzec - 4095 km
75) 2020 lipiec - 4088 km
76) 2016 luty - 4074 km
77) 2017 listopad - 4069 km
78) 2020 grudzień - 4047 km
79) 2025 czerwiec - 4043 km
80) 2018 luty - 4029 km
81) 2012 lipiec - 4026 km
82) 2012 czerwiec - 4018 km
83) 2018 styczeń - 4015 km
84) 2011 wrzesień - 4005 km
85) 2025 listopad - 4003 km
86) 2023 kwiecień - 4002 km
87) 2023 listopad - 4001 km
88) 2021 maj - 4000 km
89) 2016 kwiecień - 3965 km
90) 2016 maj - 3894 km
91) 2020 wrzesień - 3891 km
92) 2012 październik - 3845 km
93) 2016 grudzień - 3833 km
94) 2015 wrzesień - 3805 km
95) 2021 lipiec - 3745 km
96) 2012 kwiecień - 3739 km
97) 2013 maj - 3731 km
98) 2017 grudzień - 3727 km
99) 2019 lipiec - 3714 km
100) 2023 wrzesień - 3665 km
101) 2011 czerwiec - 3660 km
102) 2016 styczeń - 3642 km
103) 2021 kwiecień - 3640 km
104) 2025 marzec - 3636 km
105) 2026 sierpień - 3628 km
106) 2025 wrzesień - 3606 km
107) 2017 wrzesień - 3593 km
108) 2014 luty - 3554 km
109) 2024 październik - 3547 km
110) 2022 marzec - 3530 km
111) 2016 sierpień - 3520 km
112) 2015 listopad - 3501 km
113) 2012 sierpień - 3500 km
114) 2013 październik - 3467 km
115) 2012 wrzesień - 3453 km
116) 2019 wrzesień - 3422 km
117) 2026 luty - 3416 km
118) 2015 grudzień - 3319 km
119) 2019 luty - 3301 km
120) 2014 styczeń - 3300 km
121) 2011 lipiec - 3241 km
122) 2011 sierpień - 3239 km
123) 2011 maj - 3230 km
124) 2011 kwiecień - 3216 km
125) 2011 październik - 3205 km
126) 2024 listopad - 3200 km
127) 2022 wrzesień - 3195 km
128) 2021 marzec - 3193 km
129) 2019 październik - 3166 km
130) 2015 styczeń - 3163 km
131) 2022 sierpień - 3131 km
132) 2025 luty - 3100 km
133) 2012 marzec - 3084 km
134) 2015 luty - 3067 km
135) 2021 listopad - 3049 km
136) 2020 luty - 3048 km
137) 2023 marzec - 3030 km
138) 2016 listopad - 3029 km
139) 2021 październik - 3017 km
140) 2015 kwiecień - 3010 km
141) 2022 luty - 3009 km
142) 2024 czerwiec - 3004 km
143) 2023 styczeń - 3002 km
144) 2016 październik - 3000 km
145) 2013 kwiecień - 3000 km
146) 2012 listopad - 2900 km
147) 2022 styczeń - 2864 km
148) 2017 czerwiec - 2839 km
149) 2013 czerwiec - 2830 km
150) 2020 styczeń - 2800 km
151) 2011 marzec - 2764 km
152) 2022 październik - 2745 km
153) 2021 wrzesień - 2739 km
154) 2026 styczeń - 2670 km
155) 2021 grudzień - 2602 km
156) 2013 marzec - 2590 km
157) 2012 styczeń - 2577 km
158) 2016 wrzesień - 2576 km
159) 2022 listopad - 2500 km
160) 2011 listopad - 2470 km
161) 2012 luty - 2457 km
162) 2022 kwiecień - 2445 km
163) 2013 lipiec - 2427 km
164) 2019 styczeń - 2318 km
165) 2012 grudzień - 2302 km
166) 2013 wrzesień - 2268 km
167) 2021 styczeń - 2266 km
168) 2014 grudzień - 2265 km
169) 2021 luty - 2230 km
170) 2022 maj - 2160 km
171) 2023 luty - 2100 km
172) 2013 listopad - 2045 km
173) 2019 grudzień - 2022 km
174) 2019 listopad - 1906 km
175) 2022 czerwiec - 1712 km
176) 2018 lipiec - 1685 km
177) 2016 lipiec - 1678 km
178) 2011 styczeń - 1458 km
179) 2011 luty - 1438 km
180) 2022 grudzień - 1396 km
181) 2013 luty - 1333 km
182) 2013 grudzień - 1231 km
183) 2011 grudzień - 1074 km
184) 2013 styczeń - 1012 km
185) 2023 czerwiec - 917 km
186) 2018 grudzień - 391 km
187) 2017 kwiecień - 0 km
188) 2017 maj - 0 km


1 miejsce - 24 sierpnia - 3661 km
2 miejsce - 25 sierpnia - 3603 km
3 miejsce - 22 sierpnia - 3580 km
4 miejsce - 23 sierpnia - 3469 km
5 miejsce - 26 sierpnia - 3273 km
6 miejsce - 24 lipca - 2930 km
7 miejsce - 03 maja - 2910 km
8 miejsce - 25 lipca - 2860 km
9 miejsce - 01 maja - 2820 km
10 miejsce - 21 sierpnia - 2767 km
11) 27 sierpnia - 2760 km
12) 04 czerwca - 2700 km
13) 08 maja - 2700 km
14) 28 czerwca - 2634 km
15) 05 lipca - 2628 km
16) 25 kwietnia - 2620 km
17) 20 sierpnia - 2610 km
18) 07 czerwca - 2600 km
19) 29 czerwca - 2587 km
20) 26 marca - 2580 km
21) 11 czerwca - 2550 km
22) 18 kwietnia - 2540 km
23) 28 sierpnia - 2520 km
24) 13 kwietnia - 2510 km
25) 31 maja - 2500 km
26) 13 maja - 2490 km
27) 05 czerwca - 2480 km
28) 28 marca - 2430 km
29) 07 lipca - 2418 km
30) 03 czerwca - 2410 km
31) 16 lipca - 2400 km
32) 08 czerwca - 2400 km
33) 09 maja - 2400 km
34) 02 sierpnia - 2400 km
35) 29 marca - 2370 km
36) 11 listopada - 2370 km
37) 21 września - 2370 km
38) 09 marca - 2360 km
39) 11 października - 2350 km
40) 06 kwietnia - 2340 km
41) 20 marca - 2340 km
42) 19 maja - 2330 km
43) 13 lipca - 2320 km
44) 11 maja - 2320 km
45) 26 maja - 2320 km
46) 23 kwietnia - 2320 km
47) 15 kwietnia - 2320 km
48) 25 marca - 2320 km
49) 02 lipca - 2316 km
50) 15 sierpnia - 2310 km
51) 13 czerwca - 2310 km
52) 30 kwietnia - 2310 km
53) 27 marca - 2310 km
54) 01 czerwca - 2300 km
55) 30 maja - 2300 km
56) 01 lipca - 2280 km
57) 18 marca - 2280 km
58) 15 maja - 2271 km
59) 14 kwietnia - 2270 km
60) 23 czerwca - 2260 km
61) 21 maja - 2260 km
62) 27 lutego - 2260 km
63) 27 czerwca - 2247 km
64) 04 lipca - 2241 km
65) 05 kwietnia - 2240 km
66) 28 lipca - 2230 km
67) 26 czerwca - 2230 km
68) 22 września - 2230 km
69) 06 lipca - 2224 km
70) 07 maja - 2220 km
71) 22 marca - 2220 km
72) 10 czerwca - 2210 km
73) 14 czerwca - 2210 km
74) 12 października - 2200 km
75) 17 października - 2200 km
76) 09 września - 2200 km
77) 18 maja - 2180 km
78) 28 kwietnia - 2180 km
79) 08 października - 2170 km
80) 24 marca - 2160 km
81) 24 września - 2160 km
82) 24 czerwca - 2150 km
83) 04 marca - 2150 km
84) 24 października - 2150 km
85) 08 lipca - 2143 km
86) 27 lipca - 2140 km
87) 19 marca - 2140 km
88) 30 czerwca - 2133 km
89) 06 czerwca - 2130 km
90) 22 kwietnia - 2130 km
91) 08 marca - 2130 km
92) 18 października - 2130 km
93) 01 sierpnia - 2130 km
94) 30 sierpnia - 2110 km
95) 10 kwietnia - 2110 km
96) 06 marca - 2110 km
97) 09 sierpnia - 2100 km
98) 29 sierpnia - 2100 km
99) 23 lipca - 2100 km
100) 15 czerwca - 2100 km
101) 12 czerwca - 2100 km
102) 04 maja - 2100 km
103) 23 września - 2100 km
104) 17 lipca - 2090 km
105) 03 kwietnia - 2090 km
106) 11 sierpnia - 2080 km
107) 25 czerwca - 2080 km
108) 02 maja - 2070 km
109) 15 marca - 2070 km
110) 27 października - 2070 km
111) 25 lutego - 2060 km
112) 06 sierpnia - 2060 km
113) 10 września - 2057 km
114) 26 lipca - 2050 km
115) 17 marca - 2050 km
116) 05 marca - 2050 km
117) 23 października - 2050 km
118) 05 maja - 2040 km
119) 04 października - 2040 km
120) 05 listopada - 2021 km
121) 17 maja - 2020 km
122) 29 maja - 2020 km
123) 02 kwietnia - 2020 km
124) 03 października - 2015 km
125) 30 lipca - 2010 km
126) 24 kwietnia - 2010 km
127) 09 października - 2010 km
128) 14 maja - 2000 km
129) 10 maja - 2000 km
130) 10 marca - 2000 km
131) 15 października - 2000 km
132) 14 października - 2000 km
133) 19 października - 2000 km
134) 10 października - 2000 km
135) 03 lipca - 1992 km
136) 06 maja - 1990 km
137) 22 czerwca - 1980 km
138) 12 marca - 1980 km
139) 09 czerwca - 1960 km
140) 30 września - 1960 km
141) 31 października - 1952 km
142) 17 sierpnia - 1950 km
143) 11 lipca - 1950 km
144) 16 maja - 1950 km
145) 07 kwietnia - 1950 km
146) 18 lutego - 1950 km
147) 29 września - 1950 km
148) 16 marca - 1940 km
149) 01 października - 1940 km
150) 26 września - 1935 km
151) 19 kwietnia - 1930 km
152) 02 marca - 1930 km
153) 03 sierpnia - 1922 km
154) 28 maja - 1920 km
155) 16 kwietnia - 1920 km
156) 07 września - 1916 km
157) 19 czerwca - 1915 km
158) 12 lipca - 1910 km
159) 16 czerwca - 1910 km
160) 31 lipca - 1905 km
161) 20 lipca - 1900 km
162) 02 czerwca - 1900 km
163) 23 lutego - 1900 km
164) 25 listopada - 1900 km
165) 06 października - 1900 km
166) 29 października - 1900 km
167) 20 kwietnia - 1890 km
168) 21 kwietnia - 1890 km
169) 21 czerwca - 1883 km
170) 27 maja - 1880 km
171) 01 marca - 1880 km
172) 11 marca - 1880 km
173) 14 marca - 1880 km
174) 15 listopada - 1880 km
175) 25 października - 1880 km
176) 16 września - 1870 km
177) 27 września - 1870 km
178) 29 lipca - 1860 km
179) 29 kwietnia - 1860 km
180) 17 kwietnia - 1860 km
181) 26 lutego - 1860 km
182) 20 września - 1860 km
183) 10 lipca - 1850 km
184) 26 kwietnia - 1850 km
185) 28 stycznia - 1850 km
186) 30 stycznia - 1850 km
187) 22 października - 1850 km
188) 19 lipca - 1840 km
189) 09 listopada - 1840 km
190) 13 października - 1840 km
191) 17 czerwca - 1830 km
192) 21 marca - 1830 km
193) 05 października - 1830 km
194) 22 maja - 1821 km
195) 14 lipca - 1810 km
196) 23 marca - 1810 km
197) 07 marca - 1810 km
198) 22 lutego - 1810 km
199) 18 czerwca - 1800 km
200) 12 maja - 1800 km
201) 13 marca - 1800 km
202) 25 stycznia - 1800 km
203) 14 listopada - 1800 km
204) 26 listopada - 1800 km
205) 18 listopada - 1800 km
206) 07 listopada - 1800 km
207) 28 listopada - 1800 km
208) 25 września - 1800 km
209) 28 września - 1800 km
210) 20 maja - 1790 km
211) 22 listopada - 1790 km
212) 08 listopada - 1780 km
213) 21 listopada - 1780 km
214) 26 października - 1780 km
215) 19 września - 1780 km
216) 14 sierpnia - 1771 km
217) 29 stycznia - 1770 km
218) 12 kwietnia - 1760 km
219) 09 lutego - 1760 km
220) 21 stycznia - 1760 km
221) 20 października - 1760 km
222) 15 września - 1760 km
223) 03 marca - 1750 km
224) 04 lutego - 1750 km
225) 30 października - 1750 km
226) 01 listopada - 1740 km
227) 21 października - 1740 km
228) 17 września - 1740 km
229) 13 września - 1740 km
230) 31 sierpnia - 1730 km
231) 13 lutego - 1730 km
232) 19 lutego - 1730 km
233) 29 listopada - 1730 km
234) 02 listopada - 1730 km
235) 04 listopada - 1722 km
236) 30 marca - 1720 km
237) 14 stycznia - 1720 km
238) 15 lipca - 1710 km
239) 25 maja - 1700 km
240) 11 kwietnia - 1700 km
241) 01 kwietnia - 1700 km
242) 07 lutego - 1700 km
243) 14 lutego - 1700 km
244) 08 lutego - 1700 km
245) 27 stycznia - 1700 km
246) 11 września - 1700 km
247) 07 października - 1690 km
248) 11 lutego - 1680 km
249) 19 stycznia - 1680 km
250) 04 sierpnia - 1670 km
251) 10 sierpnia - 1670 km
252) 17 lutego - 1670 km
253) 06 września - 1666 km
254) 24 maja - 1660 km
255) 07 sierpnia - 1650 km
256) 22 lipca - 1650 km
257) 12 lutego - 1650 km
258) 20 lutego - 1650 km
259) 01 lutego - 1650 km
260) 04 stycznia - 1650 km
261) 13 stycznia - 1650 km
262) 23 listopada - 1650 km
263) 31 marca - 1640 km
264) 05 lutego - 1640 km
265) 19 sierpnia - 1630 km
266) 18 sierpnia - 1630 km
267) 10 lutego - 1630 km
268) 24 lutego - 1630 km
269) 08 sierpnia - 1620 km
270) 06 lutego - 1620 km
271) 13 grudnia - 1620 km
272) 03 września - 1611 km
273) 28 lutego - 1610 km
274) 16 lutego - 1610 km
275) 02 lutego - 1610 km
276) 01 stycznia - 1610 km
277) 22 stycznia - 1610 km
278) 10 listopada - 1610 km
279) 16 listopada - 1610 km
280) 12 sierpnia - 1601 km
281) 21 lipca - 1600 km
282) 20 czerwca - 1600 km
283) 23 maja - 1600 km
284) 04 kwietnia - 1600 km
285) 09 kwietnia - 1600 km
286) 27 kwietnia - 1600 km
287) 18 stycznia - 1600 km
288) 06 listopada - 1600 km
289) 20 listopada - 1600 km
290) 27 listopada - 1600 km
291) 13 listopada - 1600 km
292) 02 października - 1600 km
293) 16 października - 1600 km
294) 05 grudnia - 1580 km
295) 23 stycznia - 1570 km
296) 24 listopada - 1570 km
297) 07 stycznia - 1570 km
298) 17 stycznia - 1560 km
299) 26 stycznia - 1560 km
300) 05 sierpnia - 1550 km
301) 13 sierpnia - 1550 km
302) 08 kwietnia - 1550 km
303) 15 lutego - 1550 km
304) 21 lutego - 1550 km
305) 01 grudnia - 1550 km
306) 16 grudnia - 1550 km
307) 17 listopada - 1550 km
308) 19 listopada - 1550 km
309) 12 listopada - 1550 km
310) 28 października - 1550 km
311) 06 grudnia - 1540 km
312) 05 stycznia - 1536 km
313) 30 listopada - 1536 km
314) 08 września - 1530 km
315) 18 września - 1530 km
316) 20 stycznia - 1520 km
317) 03 listopada - 1520 km
318) 15 stycznia - 1510 km
319) 16 stycznia - 1510 km
320) 16 sierpnia - 1500 km
321) 18 lipca - 1500 km
322) 03 lutego - 1500 km
323) 17 grudnia - 1500 km
324) 03 grudnia - 1500 km
325) 14 września - 1500 km
326) 12 września - 1500 km
327) 06 stycznia - 1500 km
328) 08 stycznia - 1460 km
329) 31 stycznia - 1450 km
330) 24 stycznia - 1450 km
331) 12 grudnia - 1450 km
332) 10 grudnia - 1450 km
333) 09 grudnia - 1450 km
334) 09 lipca - 1420 km
335) 02 stycznia - 1420 km
336) 04 grudnia - 1420 km
337) 21 grudnia - 1410 km
338) 14 grudnia - 1410 km
339) 09 stycznia - 1410 km
340) 01 września - 1402 km
341) 12 stycznia - 1400 km
342) 03 stycznia - 1400 km
343) 15 grudnia - 1400 km
344) 05 września - 1400 km
345) 10 stycznia - 1400 km
346) 11 stycznia - 1400 km
347) 02 grudnia - 1373 km
348) 19 grudnia - 1370 km
349) 20 grudnia - 1350 km
350) 23 grudnia - 1350 km
351) 18 grudnia - 1350 km
352) 07 grudnia - 1345 km
353) 27 grudnia - 1320 km
354) 08 grudnia - 1315 km
355) 31 grudnia - 1313 km
356) 30 grudnia - 1310 km
357) 22 grudnia - 1310 km
358) 28 grudnia - 1300 km
359) 29 grudnia - 1300 km
360) 11 grudnia - 1300 km
361) 04 września - 1300 km
362) 02 września - 1280 km
363) 24 grudnia - 1250 km
364) 26 grudnia - 1210 km
365) 25 grudnia - 1200 km
366) 29 lutego - 744 km
...dzieje się coś, co się nigdy nie powtórzy.



BAŁTYK BIESZCZADY - wspomnienia, dzień 3

Niedziela, 30 sierpnia 2026 · dodano: 30.08.2026 | Komentarze 0

149 advanced

samotność DŁUGODYSTANSOWCA, błękitny GIANT oraz potęga ARBUZA...czyli mój DWUNASTY BAŁTYK BIESZCZADY tour

23 sierpnia 2026 roku, niedziela, cztery minuty po północy. Wjeżdżam do Punktu Kontrolnego nr 8 w Opocznie. Moje wcześniejsze wspomnienia z tego miejsca krążyły wokół traumatycznych obrazów tłoczenia się w ciasnym korytarzu w pełnym słońcu. Albo Opoczno przeszło spektakularną metamorfozę, albo ten punkt – zupełnie jak niektóre kluby nocne – zyskuje na wartości dopiero po zmroku. Czysta rewelacja. Elegancka sala, pokój noclegowy, a na stołach zimna Pepsi i arbuzy. Było mi tam tak dobrze, że zamiast profesjonalnie i szybko uciekać, zasiedziałem się do pierwszej w nocy. Moi dotychczasowi towarzysze podróży stracili wolę walki i postanowili zostać, więc w bezkresną, czarną ciemność ruszyłem zupełnie sam.

Pogoda była wspaniała – ciepło, sucho, idealnie. Jedynym wyzwaniem stała się przerażająca, wręcz filmowa pustka na drogach. Z jednej strony to błogosławieństwo, bo jazda tymi odcinkami za dnia to drogowa tragedia, z drugiej – nocna samotność potrafi płatać figle w głowie.

JEDEN BIDON i...malinowa pokusa.
Zacząłem wracać wspomnieniami do poprzednich edycji BB Touru, z tą legendarną na rowerze składaku na czele. Zwykle w tych rejonach cierpiałem – albo ze zmęczenia nad ranem, albo z totalnego odcięcia prądu po dwóch nieprzespanych nocach. A teraz? Czułem się wyśmienicie. Może dlatego, że wbrew wszelkiej logice logistycznej ultra, wciąż targałem ze sobą tylko jeden bidon. Mogłem przez przypadek zabrać dwa, ale dzięki mojej sklerozie byłem lżejszy o kilkaset gramów. Znajdujący się cały czas w nim napój oczywiście wylałem bojąc się tego, że już się przeterminował. W Opocznie miła pani na do widzenia rzuciła z uśmiechem, że oprócz standardowego izotonika kupili dla nas sok malinowy. No jak miałem nie nalać? Nalałem do pełna. Oczywiście, jak na rasowego ultrasa przystało, przez kolejne godziny nie miałem ani jednej okazji, żeby go skosztować !!
W tej absolutnej ciemności wyprzedziłem jednego zawodnika, a kolejny dogonił mnie. Piotr Sapa z Ustrzyk Dolnych. Nasza współpraca wyglądała bardzo klasycznie dla moich relacji z innymi kolarzami: Piotr bezwzględnie odjeżdżał mi na prostych, a ja bezczelnie doganiałem go na każdym podjeździe. I tak w kółko...aż wreszcie przyszła Ona.

KRÓLOWA USTĘPUJE MIEJSCA
Gdy tak jechaliśmy, nastał ten magiczny moment, dla którego warto zarywać noce na rowerze. Poranek. Zawsze zaczyna się od głębokiej ciszy, w której czuć jednak opór nocy. Ona za wszelką cenę próbuje zatrzymać ciemność. Przegrywa, ale ustępuje powoli, z godnością starej królowej, która wie, że jej czas minął, ale pragnie jeszcze przez chwilę ogrzać się w blasku gasnących gwiazd. I wtedy wchodzi dzień – młody, bezczelny, pewny siebie, niosący nowe możliwości. Ten cichy cud przeistoczenia na trasie ultra zachwyca mnie za każdym razem na nowo.


Do PK 10 w Starachowicach na 699. kilometrze wjeżdżam o 4:49 rano ramię w ramię z Piotrkiem. Wita nas Rafał Janik. Piękny punkt krajobrazowy i świetnie zaopatrzony, choć mój żołądek zwinął flagę i zakomunikował, że nie chce ani jeść, ani pić. Zamiast konsumpcji woleliśmy pogadać z Piotrkiem o Bieszczadach.
Z punktu wyjeżdżamy razem, ale po kilometrze Piotr znika mi z oczu. Zostaję sam na sam z trasą i stertą wspomnień z rejonów Opatowa. Do Sandomierza (775. kilometr) wjeżdżam samotnie o godzinie 08:41. Dziwne uczucie – w całej mojej dotychczasowej karierze chyba nigdy nie zdarzyło mi się być na Punkcie Kontrolnym BB tour całkowicie samemu. Cała uwaga i jedzenie były tylko dla mnie !

W POGONI ZA WIZJĄ KOLACJI
Po Sandomierzu przyszedł czas na mój zdecydowanie najbardziej nielubiany odcinek do Łańcuta. Milion zakrętów, wąskie drogi, chmary samochodów i kompletny brak punktu odniesienia, na którym można by zawiesić oko. Całe to południe nie wywołało we mnie żadnych emocji. Prawdziwa zabawa miała zacząć się dopiero po Łańcucie, gdzie płaskopolskie krajobrazy wreszcie ustępują miejsca podjazdom.
Pogoda wciąż była bezlitosna – w sensie pozytywnym i negatywnym. Sucho, słonecznie i... cholernie gorąco. Jechałem we wszystkim co miałem na sobie (oprócz kurtki). Nie gotowałem się, ale pot spływał strumieniami. Na trasie mijałem się z innymi zawodnikami w milczeniu. Nikt z nikim nie rozmawiał, nikt na nikogo nie czekał. Każdy miał w głowie tylko jeden cel – metę.
Do PK 11 w Łańcucie docieram o 13:27 mając w nogach 876 kilometrów. Spędzam tu raptem pół godziny. Miałem jasny plan: nie chciałem jechać kolejnej nocy. Chciałem być na mecie przed wieczorem. Upał skutecznie blokował mój apetyt, ale napędzała mnie jedna, potężna wizja – wspaniała, upragniona kolacja na mecie. Ta myśl wygrywała z każdym narastającym zmęczeniem.

Misja: ARBUZ
W końcu zaczęły się podjazdy do Birczy. Najważniejsze, że były suche. Gdyby nie ruch samochodowy, byłoby wręcz idealnie. Dojeżdżam do PK 12 w Birczy (934. kilometr) o godzinie 16:32, piękna wczesna godzina. Tradycyjnie wtaszczam rower na górę po schodach i już w połowie drogi głośno komunikuję obsłudze: "Włażę tu tylko i wyłącznie dla arbuzów!". Wiedziałem, że tam będą. Były zawsze.
Mój żołądek zignorował wszystkie inne potrawy. Wypiłem szklankę mleka i zjadłem... stertę arbuzów. Dosłownie wszystkie, które były na stole, plus te, które obsługa doniosła specjalnie dla mnie. Te owoce mają na mnie zbawienny, wręcz magiczny wpływ.
A potem? Potem nastąpiło to, na co czekałem od samego piątku. Bieszczadzkie podjazdy...które nie robią na mnie wrażenia.  Nie piszę tego z pychy czy arogancji – po prostu w tych rejonach bywam chyba częściej niż w Olsztynie, który znajduje się w moim województwie. Jestem tu na każdym ultra, jestem tu w każdym wolnym czasie. Z Birczy wystarczy wjechać kilka kilometrów na górę, a potem zaczynają się zjazdy w przepięknych okolicznościach leśnej przyrody...co można chcieć więcej,  Później prosta, a podjazd dopiero do Czarnej od Ustrzyk i... znowu seria zjazdów i prosta do samej mety.


Na tych ostatnich kilometrach celowo zwalniałem. Nie z braku sił, ale z szacunku do tych miejsc...tak, bardzo chciałem to wszystko spowolnić...opóźnić wjazd na metę, jak tylko się da. Patrząc na te zakręty, nie da się nie widzieć swojej własnej kolarskiej historii. To tutaj był mój pierwszy bieszczadzki raz na rowerze.
Co ciekawe, teraz jadę na rowerze, który jest ze mną od wielu lat, ale akurat na żadnym ultra jeszcze nie był. To już ósmy mój rower, który czuje kultowy Bałtyk-Bieszczady. ÓSMY !! To właśnie ten rower oddał, kiedyś za mnie swoje życie, to na tym rowerze miałem potężny wypadek w roku 2017.

A gdy zaczęło się robić ciemno, pomyślałem o Was wszystkich – o rodzinie, przyjaciołach i znajomych, którzy z nosami w ekranach telefonów śledzili moją małą, cyfrową kropkę na mapie. Szczerze? nie chciałem, aby to się skończyło, gdybym tylko mógł celebrować te chwile dłużej. Ale licznik kilometrów był nieubłagany.
Godzina 21:15. Ustrzyki Górne. Mój błękitny Giant Propel przecina linię mety. To koniec.


Mój 12. BB Tour przechodzi do historii. Na 324 startujących zawodników zająłem 55. miejsce w swojej grupie OPEN oraz 88. miejsce w klasyfikacji generalnej. Do mety dotarło 252 twardzieli, 47 skończyło z bilansem DNF, a 25 w ogóle nie stanęło na starcie.
Uzyskałem czas 50 godzin i 50 minut, średnia z odpoczynkami wyniosła 20,06 km/h, średnia z jazdy to 25,1 km/h.
Dziękuję wszystkim za doping na trasie i przed ekranami. Błękitny Giant idzie odpocząć, a ja... w końcu idę zjeść tę wymarzoną kolację.

Do zobaczenia na kolejnym ultra! Bo nie przestanę jeździć – chociażby po to, żeby w końcu sprawdzić, jak smakuje ten sok malinowy z Opoczna i czy na jednym bidonie da się dojechać jeszcze dalej.

" Życie jest trudne, zawsze szukałem czegoś, co by je odmieniło i nadało mu jakieś znaczenie. Rower, to jest to."





BAŁTYK BIESZCZADY - wspomnienia, dzień 2

Sobota, 29 sierpnia 2026 · dodano: 29.08.2026 | Komentarze 2

158 advanced

Ciemność. Ta przenikliwa ciemność, noc, która nie chce minąć, która przecież dopiero się zaczęła. Ona nie mija, ona po prostu trwa nieustannie... Od razu, kiedy wstaję rano otwieram oczy – rower. Budzę się i pierwsze, co czuję, to ten ciężar. A teraz już w tym wszystkim jestem, Bo Jest północ. Zaczyna kropić. Najpierw delikatnie, jakby od niechcenia, mniej, bardziej... Na moment deszcz się zatrzymuje. Tylko po to, żeby za godzinę był już totalny kataklizm. Leje na całego.

Jedziemy w ośmiu. Nikt nawet nie myśli o zmianach. Po co? Wszystko jakoś tak płynie, przesuwamy się w tym szyku, tasujemy, ale nikogo nie obchodzi pozycja. Wszyscy mokrzy. Ale to nie deszcz był najgorszy. Nawierzchnia... Boże, ta droga to jakaś tragedia. Sterta wyrw, kraterów, dziur. Jakaś kompletna pipidówa, tylko my i te pułapki. Nic nie widzisz. Chłopaki szaleją, nie zwalniają ani na chwilę, a ja? Wpadam w jedną dziurę, serce w gardle i koniec. Odpuszczam. Jeśli tylko asfalt się psuje, jadę wolniej od wszystkich. Fatalnie... wyjątkowo fatalnie się czuję. Dochodzę ich tylko wtedy, kiedy na moment pojawi się kawałek równego, ale przed Piłą? Zapomnij. Tam dobrego asfaltu nie ma prawie wcale. Ciemno, leje coraz mocniej, zaczyna rwać wiatr. Nie ma się gdzie schować. Przystanek odpada, bo musiałoby to być coś zamkniętego, osłoniętego ze wszystkich stron, a wokół tylko pola. Żadnej stacji paliw. Pustka, dziury, czysty dyskomfort... i ta narastająca wściekłość, w nas wszystkich.

Nie zatrzymujemy się. Do następnego punktu kontrolnego kilometry się ciągną, a nikt z nas nie ma pojęcia, co tam zastaniemy. Czy to w ogóle jest w jakimś budynku? W Kaczorach dotychczas nigdy nie było punktu, zawsze robili w Pile... Jedziesz i karmisz się tylko tą jedną, durną nadzieją, że tam będzie dach. Że wypijesz coś gorącego. Cud, że nikt z mojej grupy jeszcze nie złapał awarii...
Wjeżdżamy wreszcie do Piły. Jest wcześnie nad ranem, nadal jest totalnie ciemno...Ludzie, to, co tam się działo... to był materiał na reportaż. Ulice zalane w całości. To nie były kałuże. To były rzeki spływające z góry prosto do centrum. W tym momencie? Było mi już absolutnie wszystko jedno. Kaczory tuż za Piłą, blisko, coraz bliżej... Nie byliśmy po prostu mokrzy. Byliśmy przemoczeni do ostatniej, najgłębszej nitki. Przenikliwe, potężne zimno. Mam na sobie wszystko, co zabrałem, kaptur wiatrówki naciągnięty na głowę, a jedyne ciepło, jakie mam, to to, które sam wyprodukuję, kręcąc nogami. Równy obrót albo zamarzasz.
Są. Kaczory. PK 3, 233 kilometr trasy. Wpadamy wszyscy. Godzina 03:38. I... no nie, kurwa, dramat. Zjeżdżamy z ulicy na plac i widzimy jego. Jacek Kwiatkowski ze znajomymi stoi... pod namiotem. A na nas leje już totalnie. Coś strasznego. Wszyscy wkurzeni, bo człowiek ledwo żywy, chciałby usiąść, odpocząć, a w tych warunkach? Lepiej byłoby w ogóle się nie zatrzymywać, tylko kręcić dalej, żeby nie ostygnąć. Ale stajemy. Między placem a namiotem, na przestrzeni trzech metrów, z trawy zrobił się rów z wodą. Wszystko tam pływało. Oprócz jedzenia, na szczęście.
Ktoś rzuca hasło: „Jest tu jakiś kibel?”. Jest! Wspaniała wiadomość. Żaden ToiToi, normalny, murowany. Nie w szkole, w jakimś budynku technicznym. Wchodzisz – przedsionek i od razu toaleta... i grzejnik. Dostajemy to ciepłe jedzenie na tacach i wszyscy, jak jeden mąż, pakujemy się do tego kibla. Jest nas chyba z dziesięciu. Stoimy ściśnięci, ramię w ramię, jemy ten ryż z mięsem i warzywami i trzęsiemy się z zimna. Wyobraź to sobie: dziesięciu chłopa z talerzami w ubikacji, nikt nawet nie pomyślał, żeby wyciągnąć telefon i to sfocić... Ja nie miałem odwagi włożyć ręki do kieszeni po cokolwiek. Byłem Zamrożony w jednej pozycji, unieruchomiony, sklejony z mokrymi ciuchami, nie ruszałem się byle tylko utrzymać ten gram ciepła... Siedzimy w tym kiblu, co chwilę ktoś dochodzi. Wystarczy, że uchyli drzwi, a ze dworu wpada mróz i od razu leci zbiorowy wrzask: „Zamykaj drzwi!!!”. A każdy wchodzący ma ten sam wyraz twarzy – absolutne osłupienie, że w toalecie jest wejście do innego wymiaru.
Byliśmy tam może z piętnaście minut. Ktoś rzuca: „Może zaraz przestanie...”. Ktoś inny wyciąga telefon, sprawdza radar. No tak. Godzina 4:00 rano, a my jesteśmy w samym sercu cyklonu. Leje i nie zamierza przestać. BUS wysyła mi stertę wiadomości, ale jak mam to odczytać? Telefon zalany, palce zgrabiałe. Pisze, że cały czas będę w tej ulewie, że właśnie idzie kolejna fala... ale za Notecią i Miasteczkiem Krajeńskim wyjadę spod strefy tych najgorszych opadów. Potem ma już tylko padać, a nie lać...jak potem powiedziałem to kumplom to wszyscy się śmialiśmy...ma tylko padać :)  Niesamowite... Dawno czegoś takiego nie przeżyłem.
Z Kaczor od razu na rowery. Nieustanne kręcenie. Jest źle, bardzo źle, ale jedziemy razem. I szczerze? Mi to pomaga. Samotnie w takich warunkach to ja mogę pokręcić pod domem nawet przez wiele godzin, bo wiem, że na koniec wejdę do ciepłego i po krzyku. A tutaj? Tutaj musisz jechać, potem jakoś wyschnąć w locie, a potem znowu jechać... No to pojechaliśmy.

PK 4, Paterek. 295. kilometr. Godzina 06:34. Dojeżdżamy. Z daleka radość – duży budynek, jakaś szkoła. Myślimy: „Wreszcie”. I od razu brutalne zderzenie z ziemią. W szkole zimno. Żadnej kawy, żadnej herbaty, nic gorącego do picia. Do jedzenia? Najgorsza pomidorowa w Polsce. Z prawie najgorszym makaronem, jaki nosiła ta ziemia. Siedzę cały mokry, My wszyscy ociekamy, a jakaś babka chodzi wokół nas z mopem, bo na sali zrobiła się regularna łazienka. Nerwy zaczynają puszczać, ludzie są wściekli o ten brak ciepłego picia. Szybka decyzja: nie zostajemy tu ani minuty dłużej niż trzeba. Jedziemy.
Wyjeżdżam z grupą, która skurczyła się już do czterech osób. Na czele Mariusz Gniado. Kręcimy z jedną myślą: ten deszcz musi się kiedyś skończyć... Skończył się o 10:00. Nareszcie. Nic na nas nie pada. Ubrania mokre jak gnój, ale rower... rower jakoś jedzie, sprzęt działa.
PK 5, Dąbrowa Biskupia. 387. kilometr. Godzina 10:56. I nagle... zaczyna się robić normalnie. Ludzie, co to był za punkt. Jeden z najlepszych na trasie. Przy wejściu winogrona, ale dla mnie? Arbuz. Król arbuz, który uratował mi życie. Było wszystko. Już tak nie ociekaliśmy, można było spokojnie zjeść, podładować lampki, garmina, pogadać, a nawet... zacząć żartować. Byliśmy tam dobrą godzinę. Doszliśmy do siebie.
Wyjeżdżamy w czwórkę: ja, Mariusz Gniado, Mariusz Polewka i ktoś jeszcze... Nawet nie pamiętam, bo po kilkunastu kilometrach chłopak zrezygnował i zjechał z trasy do domu. Została nas trójka. Cel: Łowicz. Nie pada, nie jest zimno. Wreszcie jest Normalnie... bez zbędnych emocji. Ta pustka na drodze jakoś nam pomagała, łapiemy równe, sprawne tempo.
Po drodze zaliczamy jeszcze PK 6 w Gostyninie. Godzina 14:55, na liczniku 465 kilometrów. Rowerowo – pełna norma. Jedzenia trochę mało, ale obsługa nadrabiała wszystkim – mega mili ludzie, gorące napoje i otoczenie... jakiś zamek. Ładnie tam było. Ruszamy dalej w niezmienionym składzie, dochodzi do nas jeszcze Michał Możański.

W Łowiczu na PK 7 (524 kilometr) wjeżdżamy o 18:07. Połowa dystansu za nami. Ciepły posiłek, chwila na krześle, żeby odciążyć tyłek...

Mnóstwo znajomych twarzy. Na supporcie jest Andrzej Seta z RAP-u, atmosfera po prostu wspaniała. Mieliśmy siedzieć godzinę, ale po godzinie... znowu zaczyna lać. I ma tak odcinać przez kolejną godzinę. Czekamy. Koło 20:00 wypogadza się, Andrzej robi nam jeszcze wspólne zdjęcie... i w drogę. Ruszamy na drugą połowę. 

Już nie pada. W Łowiczu dostajemy w prezencie piękny, krwawy zachód słońca... a potem wjeżdżamy w kolejną ciemność. W tę przenikliwą głębię nocy. I wiecie co? W ciągu tego dnia podjąłem decyzję. Nie będę spał. Mimo tych wszystkich godzin w ulewie, poczułem się lepiej. Odpuściło mi spanie. Sam pewnie bym stawał, zamulał, a tak, w grupie, zmieniamy się, trzymamy równe tempo, wgryzamy się w tę noc.
Przed samą północą zbliżamy się do Opoczna. 621 kilometr trasy. Na kilka kilometrów przed miastem zaczynam finiszować. Chcę minąć tablicę „Opoczno” równo z wybiciem północy. Udaje się. Dokładnie 24:00. Punktu kontrolnego jeszcze nie ma, będzie dopiero za kilka minut...

I ten bidon… No nie mogę z samego siebie. Patrzę na niego na ramie – pełny. Przez te wszystkie godziny w ulewie, przez to całe piekło, nie wziąłem z niego ani jednego, nawet najmniejszego łyka. Po co, skoro natura i tak karmiła mnie z góry, rzekami, wiadrami wody prosto w twarz? Człowiek pił przez skórę, pił samym patrzeniem na zalane ulice Piły. Ten bidon jedzie ze mną chyba tylko jako dodatkowy balast do treningu siłowego, nienaruszony, dumny...

... to był potwornie trudny dzień. Co mi da to całe przemyślanie co byłoby lepsze, że wolałbym ulewę na sam koniec, a nie na początku? Nic to nie da. Jestem tu, gdzie chciałem być. I cieszę się z tego. W ogóle nie kontroluję, który jestem w stawce, na trasie i tak pusto, czasem minie się pojedyncze osoby. Najważniejsze, że asfalty zrobili tu naprawdę dobrej jakości. Jedziesz bezpiecznie, nie ma zagrożenia, że w coś wpadniesz... No cóż. Trzeba będzie jechać dalej.
Tylko tak sobie myślę, że tą noc w której już jestem będę musiał przetrwać,  ale przetrwać ją aktywnie. Kręcić, nie dawać się otumanić, trzymać koło... Wszystko po to, żeby jutro, kiedy przyjdzie kryzys, nie musieć już walczyć z trzecią nocą na trasie. Limit został wyczerpany.
Bieszczady... One już tam są, gdzieś z tyłu głowy, coraz bliżej, coraz bardziej realne. Majaczą na horyzoncie myśli jako ostateczny cel, ale zanim tam dotrę... przede mną kolejne trudności. Kolejne kilometry, które trzeba po prostu wyszarpać.
Zamykam oczy na te krótkie chwile odpoczynku. Odpoczywam z jedną, jedyną nadzieją... że jutrzejszego dnia będzie mi dane zobaczyć to z siodełka. Zobaczyć, jak ta cholerna, przenikliwa noc powoli pęka... i przeistacza się w dzień.
Bo nic piękniejszego na świecie natura nie wymyśliła.




BAŁTYK BIESZCZADY - wspomnienia, dzień 1

Piątek, 28 sierpnia 2026 · dodano: 28.08.2026 | Komentarze 1

81 advanced
72 chicago

21 sierpnia 2026 roku, piątek.

Gdzieś na skraju świata, a dokładniej – w Bobolicach nad Zalewem Szczecińskim.
Słońce od rana pali bezlitośnie. Dla jednych to pogoda marzenie, dla mnie… cóż, powiedzmy, że mój wewnętrzny termostat już na starcie zgłaszał błąd systemu. Ale dzień jest bezchmurny, wręcz filmowy. Piękny.
Wokół mnie festiwal logistyki. Koledzy zjechali się z dosłownie każdego zakątka Polski – najbliższy ma do mnie ponad trzysta kilometrów. Na co dzień więc tylko telefony, a teraz ? ...teraz siedzimy w jednym pokoju. Pakują się. Każdy celebruje ten moment, układa sakwy, waży gramy, analizuje każdy centymetr wolnej przestrzeni. A ja? Ja jak zwykle. Metoda „na pustaka”. Sprawdzona, minimalistyczna, bez zbędnego balastu. Po co się stresować suwakami, skoro można po prostu… nie mieć co pakować?
Rozmowy? ...coś wspaniałego. Temat oczywiście tylko jeden. Rower, rower, koła, opony, waty, kilometry. I tak w kółko.
W południe szybki wypad do Wolina. Chciałem złapać kogoś znajomego, ale przede wszystkim – poczuć ten przedstartowy harmider. Miasto tętni dziwną energią. Dziesiątki kolarzy krążących bez celu po ulicach. Szukają czegoś. Sklepu? Cienia? Sensu życia przed zbliżającym się horrorem? Trudno wyczuć.
Wracam do bazy. Cisza przed burzą. Robi się tak leniwie, że nagle… odcina nas wszystkich. Zasypiamy. Cała ekipa. Leżę w pokoju z ogromnym oknem, z którego rozpościera się widok na monumentalny Zalew Szczeciński. Ta tafla wody, ten spokój… Piękne uczucie. Ostatni moment, kiedy serce bije jeszcze w spokojnym, bezpiecznym rytmie. Bo potem…
Potem znowu będzie Wolin. Szybki obiad, ładowanie węglowodanów i ta chwila, w której żarty się kończą. Jedziemy na miejsce startu pod wieżę widokową.
Zegar tyka. Start mamy dopiero po 18:00. Patrzę na tę wieżę i myślę sobie…dlaczego do mnie nie dzwonisz i nie piszesz ?

Wieża widokowa w Wolinie. Słońce zaczyna powoli schodzić niżej, ale powietrze wciąż jest gęste, gorące. Kręcę się między ludźmi, wokół ten specyficzny, przedstartowy szum. I nagle dociera do mnie coś dziwnego. Gdzie są moje emocje? Gdzie ten znajomy ucisk w żołądku, który zawsze towarzyszy człowiekowi przed porwaniem się na coś absolutnie irracjonalnego?
Nie ma we mnie nic. dosłownie Nic. Pustka.
To nie jest spokój mistrza. To raczej totalne odcięcie. Stres przedstartowy zabiłem w sobie już lata temu, ale to, co czuję teraz, to coś zupełnie odmiennego. Zachowuję się tak, jakbym kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co wydarzy się za godzinę. Jakbym był tu tylko przejazdem, a nie na tysiąc kilometrów walki z samym sobą.
Może to przez tę myśl, która siedzi z tyłu głowy od rana... Od samego początku będę sam. Moi ludzie, ta cała ekipa z bazy, z którą jeszcze przed chwilą spałem w jednym pokoju – nikt nie pojedzie ze mną. Nie będzie ich obok. Dziwne, wręcz abstrakcyjne uczucie: wszyscy jedziemy tę samą trasę, wszyscy będziemy w tym samym piekle, a jednak każdy z nas będzie tam zupełnie sam. Bez rozmów, bez klepania po plecach. Tylko ja i asfalt. Albo i nie asfalt...
Po kilku dniach, gdy spojrzałem na swoje zdjęcie ze startu... te oczy... Widać w nich czystą, podręcznikową obojętność. Jakbym patrzył przez ścianę. Sam nie wiem, czy to mechanizm obronny organizmu, czy po prostu faza głębokiego „wszystko mi jedno”.


Żeby zabić tę dziwną pustkę, biorę się za mechanikę. Godzina do odpalenia maszyny, a ja... wymieniam jedynie blok w bucie. Klasyk. Ostatni moment na majstrowanie przy sprzęcie, jakby nie można było tego zrobić wczoraj. Potem naklejanie naklejek na ramę, kask, pakowanie jedynego przepaka na metę...bo na trasę nic nie wysyłam. Ręce robią swoje, a głowa wciąż dryfuje.
I wtedy zaczynają się spotkania. Wolin pęka w szwach od znajomych twarzy. Kumple, których nie było na kwaterze, ludzie z całej Polski, twarze znane z tras, z internetu, z poprzednich edycji. Nagle ta obojętność trochę pęka. Rozmowy, uściski dłoni, szybkie „powodzenia”. Jest ich tak wielu, że nie sposób spamiętać, wymienić. Cudowna społeczność wariatów.
Sędzia wywołuje moją grupę. Czas podejść do boksów.
Zegarek pika. Spojrzenie na opony. Spojrzenie na wieżę.
Wpinam buty w pedały. Ten nowy blok zatrzaskuje się z głośnym, metalicznym kliknięciem. Klamka zapadła. Ruszamy...

21 sierpnia 2026. Godzina 18:25. Grupa szósta. Mój numer startowy: 127.

Pikanie Garmina. Oficjalny komunikat, że to już. Jestem tu właśnie, właśnie dziś i o tej dokładnie godzinie. Stoję na kresce kultowego ultramaratonu Bałtyk-Bieszczady Tour.
Tysiąc dwadzieścia kilometrów. 1020. Liczba, która dla normalnego człowieka brzmi jak wyrok albo abstrakcja. Dla mnie? To już moje dwunaste „ultra”. Dwunaste… Kiedy to minęło? Jak te wszystkie poprzednie tysiące kilometrów zdołały tak szybko przeminąć, zostawiając po sobie tylko wspomnienia i wytarte spodenki z wkładką? Nie wiem. Zresztą, teraz o tym nie myślę.

Logistyka odzieżowa to zawsze loteria. Postawiłem na sprawdzony zestaw. Krótkie spodenki, ale na nogi od razu wjechały nogawki. Góra to cebulka: podkoszulka z długim rękawem, na to krótka koszulka RAP i wisienka na torcie – letnia, pamiątkowa bluza Bałtyk-Bieszczady Tour z długim rękawem. Do tego letnie kominy na szyję i głowę, a na dłoniach rękawiczki bez palców. Jestem calutki niebieski. W kieszeniach, niczym naboje w magazynku, czekają pełne rękawiczki i ochraniacze na buty zakrywające tylko palce. No i oczywiście kask oraz kurtka przeciwwiatrowa, bez powerbanka. Dwie przednie lampki Lezyne 1400 i dwie tylne czerwone. 
Mój Giant Propel to maszyna stworzona do szybkiej jazdy, więc i setup musiał być minimalistyczny. Sposób „na pustaka” zobowiązuje. Mała sakwa podsiodłowa, a w niej tylko to, co ratuje życie w razie awarii: narzędzia i części...bez lemondki. Do tego jeden jedyny bidon 0,7 litra. I tu pojawia się pierwszy element czarnego humoru tego dnia… Ten bidon przetrwał ze mną nienaruszony aż do północy. Ani jednego łyka. Nie otworzyłem go nawet na sekundę. Czy to znaczy, że jechałem na sucho? Skądże. Po prostu piłem i jadłem na punktach kontrolnych. Szybko, przekąskowo, bez zbędnego rozkładania majdanu i celebrowania posiłków. Czysta efektywność.

Dzisiejszego dnia moje myśli nie wybiegały w Bieszczady. Nie wyprzedzam faktów. Mój horyzont kończy się dzisiaj o północy. Prosty plan: do końca dnia chcę być jak najdalej stąd. Jak najdalej od Wolina, głęboko w nocy, w ciemności… najlepiej z kimś. Ze starymi kumplami, z kimkolwiek, z kim można by dzielić te kilometry.
Tymczasem rzeczywistość na początku trasy brutalnie weryfikuje plany o jeździe w grupie. Za Wolinem już jestem sam. Po prostu odjeżdżam wszystkim ze swojego koszyka startowego. Czy gonię jak szalony? Skądże. Jadę swoim rytmem, tak jak pod domem na niedzielnej przejażdżce. Znam te rejony doskonale, trasa nie ma przede mną tajemnic. Początek jest więc nudny, spokojny, wręcz monotonny. Potem Kogoś doganiam, ktoś wyprzedza mnie. Rutyna. Wielka kolarska migracja na południe Polski rozpoczęta.
I nagle… klasyk. Tradycji musi stać się zadość. Szlabany kolejowe idą w dół. Czerwone światła mrugają mi prosto w twarz, zmuszając do wypięcia tego nowego, błyszczącego bloku z pedału. Los rzuca mi pierwszą kłodę pod nogi już na samym starcie.
Inny by się wściekał. Liczył sekundy, przeklinał PKP. Ja tylko wzruszam ramionami. Nic się nie stało. Na dystansie tysiąca kilometrów uciekające minuty przed zamkniętym przejazdem są jak kropla w morzu. Prawdziwa walka i tak zacznie się dopiero wtedy, gdy zgasną te czerwone lampki, a wokół zostanie już tylko absolutna, głęboka noc…

Jedzie się bardzo dobrze. Asfalt jest suchy i – co w tym sporcie zakrawa na cud – jeszcze nie leje. Ale to tylko iluzja. Gra pozorów. Prognozy są bezlitosne i wszyscy wiemy, co nadchodzi. Od godziny 22:00 moje ciało weszło już w stan pełnej, absolutnej akceptacji. Moja głowa też. Jadę prosto w ulewę, a wraz ze mną setki innych szaleńców rozproszonych po zachodniopomorskich drogach. Nawet mój Giant Propel zdaje się cicho poskrzypywać ze świadomością, że za chwilę jego aerodynamiczne linie utoną w błocie i wodzie. Rower też wie, że zmoknie…
Ale póki co – czysta, kolarska ekstaza.

Punkt Kontrolny nr 1: Płoty. 61 kilometr trasy.
Zegarek pokazuje 20:32. Melduję się tu po 2 godzinach i 7 minutach jazdy. Jakość asfaltu do tej pory? No cóż… można nie mieć większych zastrzeżeń, ale do ideału daleko. Rower sprawnie jedzie, a to najważniejsze. Na punkcie czeka niespodzianka – Paulina z amerykańskiego supportu. Krótka wymiana zdań, objęcia, buzi buzi, zastrzyk dobrej energii i lecę dalej.

Punkt Kontrolny nr 2: Drawsko Pomorskie. 115 kilometr trasy.
Jest 22:33. Od startu minęły dokładnie 4 godziny i 8 minut. Robi się już gęsto od ciemności. Na punkcie trafiam na Jacka Zielińskiego, jego rodzinę i znajomych. Atmosfera jest niesamowita. Wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, napędzani czystą adrenaliną i tą specyficzną, przedstartową ekscytacją. Gadamy chwilę. Wokół słychać tylko jeden temat: ulewa. Każdy o niej mówi. Każdy na nią czeka jak na wyrok, który i tak zostanie wykonany....to ma być, to będzie potężna ściana wody.
Po opuszczeniu Drawska wiem jedno: dzisiaj więcej punktów już nie będzie. Została tylko noc. Ciemność gęstnieje z każdym obrotem korby, a w powietrzu czuć już wilgoć.
Zegar nieubłaganie odlicza ostatnie minuty dnia. O równej północy mój licznik zatrzymuje się na wartości 142 kilometrów. Dokładnie o 24:00 kończy się dzisiejszy dzień. Magiczna granica daty zostaje przekroczona. Dzisiejszy etap dobiegł końca…
A po północy? Po północy oczywiście pojadę dalej. Przecież przed chwilą wymieniłem bloki w butach. Zabawa dopiero się zaczyna.




WARSZAWA to moje MIASTO

Czwartek, 27 sierpnia 2026 · dodano: 27.08.2026 | Komentarze 2

51 propel 


Po kultowym ultra wracałem jeszcze na pełnych obrotach — zmęczony, ale w środku rozświetlony jak neon nad Wisłą. Zajechałem do kochanej Warszawy, wciąż czując w nogach każdy kilometr, a w sercu ten dziwny, piękny spokój po przekroczeniu kolejnych własnych kosmicznych granic.

Potem już w Elblągu, gdy jeszcze nie dojechałem do własnego domu, a więc z całymi bagażami, zmęczony, obładowany i kompletnie rozemocjonowany… zamiast iść odpocząć, skręciłem do kolegi. Do tego, który jest w czołówce moich kibiców, który przeżywał każdy mój kilometr jak własny.
Wszedłem z medalem w dłoni — jeszcze ciepłym od jazdy i od dumy — i poczułem, że to jest ten moment, kiedy sukces naprawdę staje się realny. 

Bo dopiero w oczach Kogoś, kto wierzył w ciebie od startu do mety, widać pełnię tego, co zrobiłeś. I nagle cała trasa, cały pot, cały ból i cała radość wracają jak fala, ale już nie jako wysiłek, tylko jako historia, którą można opowiedzieć, przeżyć jeszcze raz i podzielić się nią z kimś, kto naprawdę rozumie.



WARSZAWA to moje MIASTO

Środa, 26 sierpnia 2026 · dodano: 26.08.2026 | Komentarze 0

30 propel 

Już po raz dwunasty ukończyłem kultowe ultra Bałtyk–Bieszczady. Dwanaście razy ta sama trasa, a za każdym razem inne serce, inny ciężar, inna radość. Tym razem jednak jest w tym coś więcej.

Ciekawostką, może dla innych dziwną, a dla mnie zupełnie naturalną, jest to, że przejechałem ten dystans na ósmym z moich dziewięciu rowerów...tym razem na szosowym Giant propel. Taką zasadę przyjąłem lata temu — żeby każdy z nich poczuł tę radość, tę ważność, ten moment, który w moim życiu znaczy więcej niż tylko kolejne kilometry. Każdy z nich dostał swoją szansę, swój udział w historii, którą piszę nogami, sercem i uporem.


Po każdym ultra zabieram ten rower ze sobą do Warszawy. Do miejsca, które kocham równie mocno jak góry, choć inaczej...a potem do domu, gdzie odpoczywa, tam stoi obok pozostałych, jakby mówił: „Ja też tam byłem. Ja też dałem radę.”

Dwanaście razy Bałtyk–Bieszczady. Dwanaście powrotów. Dwanaście historii zapisanych w ramie, w łańcuchu, w zmęczeniu, które nie boli — tylko przypomina, że wciąż potrafię.
A dziewiąty rower… jego czas dopiero nadejdzie. Może szybciej, niż myślę.


WAKACJE !!

Wtorek, 25 sierpnia 2026 · dodano: 26.08.2026 | Komentarze 0

Wielka Rawka 1304 m.n.p.m oraz trochę niższy Krzemieniec... trójstyk granic Polski, Słowacji i Ukrainy.

z rowerowymi przyjaciółmi.



WAKACJE !!

Poniedziałek, 24 sierpnia 2026 · dodano: 26.08.2026 | Komentarze 0

Kiedyś po ultra następnego dnia znów wsiadałem na rower. Choć na chwilę, choć symbolicznie — jakby trzeba było udowodnić sobie, że nadal jestem w rytmie. Dziś, po wielu latach i kilometrach, zmieniam zasady gry.

Teraz wybieram wakacje i góry. Czas, w którym nie gonię liczb, tylko szukam przestrzeni. Chcę mieć tych gór w swoim rowerowym życiu jak najwięcej — nie jako dodatek, ale jako kierunek.
Jeżdżę trochę inaczej niż kiedyś, jeżdżę teraz tak, jak naprawdę chcę.





BAŁTYK BIESZCZADY tour

Niedziela, 23 sierpnia 2026 · dodano: 24.08.2026 | Komentarze 0

401 propel 

Opoczno - Starachowice - Sandomierz - Łańcut - Bircza - Ustrzyki Dolne - Ustrzyki Górne 

To koniec.
Czas 50:50
wjechałem na metę o godzinie 21:15


BAŁTYK BIESZCZADY tour

Sobota, 22 sierpnia 2026 · dodano: 24.08.2026 | Komentarze 0

480 propel 

Kamień Pomorski - Piła - Łowicz - Opoczno