Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 696192.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



BAŁTYK BIESZCZADY - wspomnienia, dzień 1

Piątek, 28 sierpnia 2026 · dodano: 28.08.2026 | Komentarze 1

81 advanced
72 chicago

21 sierpnia 2026 roku, piątek.

Gdzieś na skraju świata, a dokładniej – w Bobolicach nad Zalewem Szczecińskim.
Słońce od rana pali bezlitośnie. Dla jednych to pogoda marzenie, dla mnie… cóż, powiedzmy, że mój wewnętrzny termostat już na starcie zgłaszał błąd systemu. Ale dzień jest bezchmurny, wręcz filmowy. Piękny.
Wokół mnie festiwal logistyki. Koledzy zjechali się z dosłownie każdego zakątka Polski – najbliższy ma do mnie ponad trzysta kilometrów. Na co dzień więc tylko telefony, a teraz ? ...teraz siedzimy w jednym pokoju. Pakują się. Każdy celebruje ten moment, układa sakwy, waży gramy, analizuje każdy centymetr wolnej przestrzeni. A ja? Ja jak zwykle. Metoda „na pustaka”. Sprawdzona, minimalistyczna, bez zbędnego balastu. Po co się stresować suwakami, skoro można po prostu… nie mieć co pakować?
Rozmowy? ...coś wspaniałego. Temat oczywiście tylko jeden. Rower, rower, koła, opony, waty, kilometry. I tak w kółko.
W południe szybki wypad do Wolina. Chciałem złapać kogoś znajomego, ale przede wszystkim – poczuć ten przedstartowy harmider. Miasto tętni dziwną energią. Dziesiątki kolarzy krążących bez celu po ulicach. Szukają czegoś. Sklepu? Cienia? Sensu życia przed zbliżającym się horrorem? Trudno wyczuć.
Wracam do bazy. Cisza przed burzą. Robi się tak leniwie, że nagle… odcina nas wszystkich. Zasypiamy. Cała ekipa. Leżę w pokoju z ogromnym oknem, z którego rozpościera się widok na monumentalny Zalew Szczeciński. Ta tafla wody, ten spokój… Piękne uczucie. Ostatni moment, kiedy serce bije jeszcze w spokojnym, bezpiecznym rytmie. Bo potem…
Potem znowu będzie Wolin. Szybki obiad, ładowanie węglowodanów i ta chwila, w której żarty się kończą. Jedziemy na miejsce startu pod wieżę widokową.
Zegar tyka. Start mamy dopiero po 18:00. Patrzę na tę wieżę i myślę sobie…dlaczego do mnie nie dzwonisz i nie piszesz ?

Wieża widokowa w Wolinie. Słońce zaczyna powoli schodzić niżej, ale powietrze wciąż jest gęste, gorące. Kręcę się między ludźmi, wokół ten specyficzny, przedstartowy szum. I nagle dociera do mnie coś dziwnego. Gdzie są moje emocje? Gdzie ten znajomy ucisk w żołądku, który zawsze towarzyszy człowiekowi przed porwaniem się na coś absolutnie irracjonalnego?
Nie ma we mnie nic. dosłownie Nic. Pustka.
To nie jest spokój mistrza. To raczej totalne odcięcie. Stres przedstartowy zabiłem w sobie już lata temu, ale to, co czuję teraz, to coś zupełnie odmiennego. Zachowuję się tak, jakbym kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, co wydarzy się za godzinę. Jakbym był tu tylko przejazdem, a nie na tysiąc kilometrów walki z samym sobą.
Może to przez tę myśl, która siedzi z tyłu głowy od rana... Od samego początku będę sam. Moi ludzie, ta cała ekipa z bazy, z którą jeszcze przed chwilą spałem w jednym pokoju – nikt nie pojedzie ze mną. Nie będzie ich obok. Dziwne, wręcz abstrakcyjne uczucie: wszyscy jedziemy tę samą trasę, wszyscy będziemy w tym samym piekle, a jednak każdy z nas będzie tam zupełnie sam. Bez rozmów, bez klepania po plecach. Tylko ja i asfalt. Albo i nie asfalt...
Po kilku dniach, gdy spojrzałem na swoje zdjęcie ze startu... te oczy... Widać w nich czystą, podręcznikową obojętność. Jakbym patrzył przez ścianę. Sam nie wiem, czy to mechanizm obronny organizmu, czy po prostu faza głębokiego „wszystko mi jedno”.


Żeby zabić tę dziwną pustkę, biorę się za mechanikę. Godzina do odpalenia maszyny, a ja... wymieniam jedynie blok w bucie. Klasyk. Ostatni moment na majstrowanie przy sprzęcie, jakby nie można było tego zrobić wczoraj. Potem naklejanie naklejek na ramę, kask, pakowanie jedynego przepaka na metę...bo na trasę nic nie wysyłam. Ręce robią swoje, a głowa wciąż dryfuje.
I wtedy zaczynają się spotkania. Wolin pęka w szwach od znajomych twarzy. Kumple, których nie było na kwaterze, ludzie z całej Polski, twarze znane z tras, z internetu, z poprzednich edycji. Nagle ta obojętność trochę pęka. Rozmowy, uściski dłoni, szybkie „powodzenia”. Jest ich tak wielu, że nie sposób spamiętać, wymienić. Cudowna społeczność wariatów.
Sędzia wywołuje moją grupę. Czas podejść do boksów.
Zegarek pika. Spojrzenie na opony. Spojrzenie na wieżę.
Wpinam buty w pedały. Ten nowy blok zatrzaskuje się z głośnym, metalicznym kliknięciem. Klamka zapadła. Ruszamy...

21 sierpnia 2026. Godzina 18:25. Grupa szósta. Mój numer startowy: 127.

Pikanie Garmina. Oficjalny komunikat, że to już. Jestem tu właśnie, właśnie dziś i o tej dokładnie godzinie. Stoję na kresce kultowego ultramaratonu Bałtyk-Bieszczady Tour.
Tysiąc dwadzieścia kilometrów. 1020. Liczba, która dla normalnego człowieka brzmi jak wyrok albo abstrakcja. Dla mnie? To już moje dwunaste „ultra”. Dwunaste… Kiedy to minęło? Jak te wszystkie poprzednie tysiące kilometrów zdołały tak szybko przeminąć, zostawiając po sobie tylko wspomnienia i wytarte spodenki z wkładką? Nie wiem. Zresztą, teraz o tym nie myślę.

Logistyka odzieżowa to zawsze loteria. Postawiłem na sprawdzony zestaw. Krótkie spodenki, ale na nogi od razu wjechały nogawki. Góra to cebulka: podkoszulka z długim rękawem, na to krótka koszulka RAP i wisienka na torcie – letnia, pamiątkowa bluza Bałtyk-Bieszczady Tour z długim rękawem. Do tego letnie kominy na szyję i głowę, a na dłoniach rękawiczki bez palców. Jestem calutki niebieski. W kieszeniach, niczym naboje w magazynku, czekają pełne rękawiczki i ochraniacze na buty zakrywające tylko palce. No i oczywiście kask oraz kurtka przeciwwiatrowa, bez powerbanka. Dwie przednie lampki Lezyne 1400 i dwie tylne czerwone. 
Mój Giant Propel to maszyna stworzona do szybkiej jazdy, więc i setup musiał być minimalistyczny. Sposób „na pustaka” zobowiązuje. Mała sakwa podsiodłowa, a w niej tylko to, co ratuje życie w razie awarii: narzędzia i części...bez lemondki. Do tego jeden jedyny bidon 0,7 litra. I tu pojawia się pierwszy element czarnego humoru tego dnia… Ten bidon przetrwał ze mną nienaruszony aż do północy. Ani jednego łyka. Nie otworzyłem go nawet na sekundę. Czy to znaczy, że jechałem na sucho? Skądże. Po prostu piłem i jadłem na punktach kontrolnych. Szybko, przekąskowo, bez zbędnego rozkładania majdanu i celebrowania posiłków. Czysta efektywność.

Dzisiejszego dnia moje myśli nie wybiegały w Bieszczady. Nie wyprzedzam faktów. Mój horyzont kończy się dzisiaj o północy. Prosty plan: do końca dnia chcę być jak najdalej stąd. Jak najdalej od Wolina, głęboko w nocy, w ciemności… najlepiej z kimś. Ze starymi kumplami, z kimkolwiek, z kim można by dzielić te kilometry.
Tymczasem rzeczywistość na początku trasy brutalnie weryfikuje plany o jeździe w grupie. Za Wolinem już jestem sam. Po prostu odjeżdżam wszystkim ze swojego koszyka startowego. Czy gonię jak szalony? Skądże. Jadę swoim rytmem, tak jak pod domem na niedzielnej przejażdżce. Znam te rejony doskonale, trasa nie ma przede mną tajemnic. Początek jest więc nudny, spokojny, wręcz monotonny. Potem Kogoś doganiam, ktoś wyprzedza mnie. Rutyna. Wielka kolarska migracja na południe Polski rozpoczęta.
I nagle… klasyk. Tradycji musi stać się zadość. Szlabany kolejowe idą w dół. Czerwone światła mrugają mi prosto w twarz, zmuszając do wypięcia tego nowego, błyszczącego bloku z pedału. Los rzuca mi pierwszą kłodę pod nogi już na samym starcie.
Inny by się wściekał. Liczył sekundy, przeklinał PKP. Ja tylko wzruszam ramionami. Nic się nie stało. Na dystansie tysiąca kilometrów uciekające minuty przed zamkniętym przejazdem są jak kropla w morzu. Prawdziwa walka i tak zacznie się dopiero wtedy, gdy zgasną te czerwone lampki, a wokół zostanie już tylko absolutna, głęboka noc…

Jedzie się bardzo dobrze. Asfalt jest suchy i – co w tym sporcie zakrawa na cud – jeszcze nie leje. Ale to tylko iluzja. Gra pozorów. Prognozy są bezlitosne i wszyscy wiemy, co nadchodzi. Od godziny 22:00 moje ciało weszło już w stan pełnej, absolutnej akceptacji. Moja głowa też. Jadę prosto w ulewę, a wraz ze mną setki innych szaleńców rozproszonych po zachodniopomorskich drogach. Nawet mój Giant Propel zdaje się cicho poskrzypywać ze świadomością, że za chwilę jego aerodynamiczne linie utoną w błocie i wodzie. Rower też wie, że zmoknie…
Ale póki co – czysta, kolarska ekstaza.

Punkt Kontrolny nr 1: Płoty. 61 kilometr trasy.
Zegarek pokazuje 20:32. Melduję się tu po 2 godzinach i 7 minutach jazdy. Jakość asfaltu do tej pory? No cóż… można nie mieć większych zastrzeżeń, ale do ideału daleko. Rower sprawnie jedzie, a to najważniejsze. Na punkcie czeka niespodzianka – Paulina z amerykańskiego supportu. Krótka wymiana zdań, objęcia, buzi buzi, zastrzyk dobrej energii i lecę dalej.

Punkt Kontrolny nr 2: Drawsko Pomorskie. 115 kilometr trasy.
Jest 22:33. Od startu minęły dokładnie 4 godziny i 8 minut. Robi się już gęsto od ciemności. Na punkcie trafiam na Jacka Zielińskiego, jego rodzinę i znajomych. Atmosfera jest niesamowita. Wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni, napędzani czystą adrenaliną i tą specyficzną, przedstartową ekscytacją. Gadamy chwilę. Wokół słychać tylko jeden temat: ulewa. Każdy o niej mówi. Każdy na nią czeka jak na wyrok, który i tak zostanie wykonany....to ma być, to będzie potężna ściana wody.
Po opuszczeniu Drawska wiem jedno: dzisiaj więcej punktów już nie będzie. Została tylko noc. Ciemność gęstnieje z każdym obrotem korby, a w powietrzu czuć już wilgoć.
Zegar nieubłaganie odlicza ostatnie minuty dnia. O równej północy mój licznik zatrzymuje się na wartości 142 kilometrów. Dokładnie o 24:00 kończy się dzisiejszy dzień. Magiczna granica daty zostaje przekroczona. Dzisiejszy etap dobiegł końca…
A po północy? Po północy oczywiście pojadę dalej. Przecież przed chwilą wymieniłem bloki w butach. Zabawa dopiero się zaczyna.





Komentarze
BUS
| 00:12 sobota, 29 sierpnia 2026 | linkuj Jak to czytam to tam jestem..
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!