Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 696192.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



BAŁTYK BIESZCZADY - wspomnienia, dzień 3

Niedziela, 30 sierpnia 2026 · dodano: 30.08.2026 | Komentarze 0

149 advanced

samotność DŁUGODYSTANSOWCA, błękitny GIANT oraz potęga ARBUZA...czyli mój DWUNASTY BAŁTYK BIESZCZADY tour

23 sierpnia 2026 roku, niedziela, cztery minuty po północy. Wjeżdżam do Punktu Kontrolnego nr 8 w Opocznie. Moje wcześniejsze wspomnienia z tego miejsca krążyły wokół traumatycznych obrazów tłoczenia się w ciasnym korytarzu w pełnym słońcu. Albo Opoczno przeszło spektakularną metamorfozę, albo ten punkt – zupełnie jak niektóre kluby nocne – zyskuje na wartości dopiero po zmroku. Czysta rewelacja. Elegancka sala, pokój noclegowy, a na stołach zimna Pepsi i arbuzy. Było mi tam tak dobrze, że zamiast profesjonalnie i szybko uciekać, zasiedziałem się do pierwszej w nocy. Moi dotychczasowi towarzysze podróży stracili wolę walki i postanowili zostać, więc w bezkresną, czarną ciemność ruszyłem zupełnie sam.

Pogoda była wspaniała – ciepło, sucho, idealnie. Jedynym wyzwaniem stała się przerażająca, wręcz filmowa pustka na drogach. Z jednej strony to błogosławieństwo, bo jazda tymi odcinkami za dnia to drogowa tragedia, z drugiej – nocna samotność potrafi płatać figle w głowie.

JEDEN BIDON i...malinowa pokusa.
Zacząłem wracać wspomnieniami do poprzednich edycji BB Touru, z tą legendarną na rowerze składaku na czele. Zwykle w tych rejonach cierpiałem – albo ze zmęczenia nad ranem, albo z totalnego odcięcia prądu po dwóch nieprzespanych nocach. A teraz? Czułem się wyśmienicie. Może dlatego, że wbrew wszelkiej logice logistycznej ultra, wciąż targałem ze sobą tylko jeden bidon. Mogłem przez przypadek zabrać dwa, ale dzięki mojej sklerozie byłem lżejszy o kilkaset gramów. Znajdujący się cały czas w nim napój oczywiście wylałem bojąc się tego, że już się przeterminował. W Opocznie miła pani na do widzenia rzuciła z uśmiechem, że oprócz standardowego izotonika kupili dla nas sok malinowy. No jak miałem nie nalać? Nalałem do pełna. Oczywiście, jak na rasowego ultrasa przystało, przez kolejne godziny nie miałem ani jednej okazji, żeby go skosztować !!
W tej absolutnej ciemności wyprzedziłem jednego zawodnika, a kolejny dogonił mnie. Piotr Sapa z Ustrzyk Dolnych. Nasza współpraca wyglądała bardzo klasycznie dla moich relacji z innymi kolarzami: Piotr bezwzględnie odjeżdżał mi na prostych, a ja bezczelnie doganiałem go na każdym podjeździe. I tak w kółko...aż wreszcie przyszła Ona.

KRÓLOWA USTĘPUJE MIEJSCA
Gdy tak jechaliśmy, nastał ten magiczny moment, dla którego warto zarywać noce na rowerze. Poranek. Zawsze zaczyna się od głębokiej ciszy, w której czuć jednak opór nocy. Ona za wszelką cenę próbuje zatrzymać ciemność. Przegrywa, ale ustępuje powoli, z godnością starej królowej, która wie, że jej czas minął, ale pragnie jeszcze przez chwilę ogrzać się w blasku gasnących gwiazd. I wtedy wchodzi dzień – młody, bezczelny, pewny siebie, niosący nowe możliwości. Ten cichy cud przeistoczenia na trasie ultra zachwyca mnie za każdym razem na nowo.


Do PK 10 w Starachowicach na 699. kilometrze wjeżdżam o 4:49 rano ramię w ramię z Piotrkiem. Wita nas Rafał Janik. Piękny punkt krajobrazowy i świetnie zaopatrzony, choć mój żołądek zwinął flagę i zakomunikował, że nie chce ani jeść, ani pić. Zamiast konsumpcji woleliśmy pogadać z Piotrkiem o Bieszczadach.
Z punktu wyjeżdżamy razem, ale po kilometrze Piotr znika mi z oczu. Zostaję sam na sam z trasą i stertą wspomnień z rejonów Opatowa. Do Sandomierza (775. kilometr) wjeżdżam samotnie o godzinie 08:41. Dziwne uczucie – w całej mojej dotychczasowej karierze chyba nigdy nie zdarzyło mi się być na Punkcie Kontrolnym BB tour całkowicie samemu. Cała uwaga i jedzenie były tylko dla mnie !

W POGONI ZA WIZJĄ KOLACJI
Po Sandomierzu przyszedł czas na mój zdecydowanie najbardziej nielubiany odcinek do Łańcuta. Milion zakrętów, wąskie drogi, chmary samochodów i kompletny brak punktu odniesienia, na którym można by zawiesić oko. Całe to południe nie wywołało we mnie żadnych emocji. Prawdziwa zabawa miała zacząć się dopiero po Łańcucie, gdzie płaskopolskie krajobrazy wreszcie ustępują miejsca podjazdom.
Pogoda wciąż była bezlitosna – w sensie pozytywnym i negatywnym. Sucho, słonecznie i... cholernie gorąco. Jechałem we wszystkim co miałem na sobie (oprócz kurtki). Nie gotowałem się, ale pot spływał strumieniami. Na trasie mijałem się z innymi zawodnikami w milczeniu. Nikt z nikim nie rozmawiał, nikt na nikogo nie czekał. Każdy miał w głowie tylko jeden cel – metę.
Do PK 11 w Łańcucie docieram o 13:27 mając w nogach 876 kilometrów. Spędzam tu raptem pół godziny. Miałem jasny plan: nie chciałem jechać kolejnej nocy. Chciałem być na mecie przed wieczorem. Upał skutecznie blokował mój apetyt, ale napędzała mnie jedna, potężna wizja – wspaniała, upragniona kolacja na mecie. Ta myśl wygrywała z każdym narastającym zmęczeniem.

Misja: ARBUZ
W końcu zaczęły się podjazdy do Birczy. Najważniejsze, że były suche. Gdyby nie ruch samochodowy, byłoby wręcz idealnie. Dojeżdżam do PK 12 w Birczy (934. kilometr) o godzinie 16:32, piękna wczesna godzina. Tradycyjnie wtaszczam rower na górę po schodach i już w połowie drogi głośno komunikuję obsłudze: "Włażę tu tylko i wyłącznie dla arbuzów!". Wiedziałem, że tam będą. Były zawsze.
Mój żołądek zignorował wszystkie inne potrawy. Wypiłem szklankę mleka i zjadłem... stertę arbuzów. Dosłownie wszystkie, które były na stole, plus te, które obsługa doniosła specjalnie dla mnie. Te owoce mają na mnie zbawienny, wręcz magiczny wpływ.
A potem? Potem nastąpiło to, na co czekałem od samego piątku. Bieszczadzkie podjazdy...które nie robią na mnie wrażenia.  Nie piszę tego z pychy czy arogancji – po prostu w tych rejonach bywam chyba częściej niż w Olsztynie, który znajduje się w moim województwie. Jestem tu na każdym ultra, jestem tu w każdym wolnym czasie. Z Birczy wystarczy wjechać kilka kilometrów na górę, a potem zaczynają się zjazdy w przepięknych okolicznościach leśnej przyrody...co można chcieć więcej,  Później prosta, a podjazd dopiero do Czarnej od Ustrzyk i... znowu seria zjazdów i prosta do samej mety.


Na tych ostatnich kilometrach celowo zwalniałem. Nie z braku sił, ale z szacunku do tych miejsc...tak, bardzo chciałem to wszystko spowolnić...opóźnić wjazd na metę, jak tylko się da. Patrząc na te zakręty, nie da się nie widzieć swojej własnej kolarskiej historii. To tutaj był mój pierwszy bieszczadzki raz na rowerze.
Co ciekawe, teraz jadę na rowerze, który jest ze mną od wielu lat, ale akurat na żadnym ultra jeszcze nie był. To już ósmy mój rower, który czuje kultowy Bałtyk-Bieszczady. ÓSMY !! To właśnie ten rower oddał, kiedyś za mnie swoje życie, to na tym rowerze miałem potężny wypadek w roku 2017.

A gdy zaczęło się robić ciemno, pomyślałem o Was wszystkich – o rodzinie, przyjaciołach i znajomych, którzy z nosami w ekranach telefonów śledzili moją małą, cyfrową kropkę na mapie. Szczerze? nie chciałem, aby to się skończyło, gdybym tylko mógł celebrować te chwile dłużej. Ale licznik kilometrów był nieubłagany.
Godzina 21:15. Ustrzyki Górne. Mój błękitny Giant Propel przecina linię mety. To koniec.


Mój 12. BB Tour przechodzi do historii. Na 324 startujących zawodników zająłem 55. miejsce w swojej grupie OPEN oraz 88. miejsce w klasyfikacji generalnej. Do mety dotarło 252 twardzieli, 47 skończyło z bilansem DNF, a 25 w ogóle nie stanęło na starcie.
Uzyskałem czas 50 godzin i 50 minut, średnia z odpoczynkami wyniosła 20,06 km/h, średnia z jazdy to 25,1 km/h.
Dziękuję wszystkim za doping na trasie i przed ekranami. Błękitny Giant idzie odpocząć, a ja... w końcu idę zjeść tę wymarzoną kolację.

Do zobaczenia na kolejnym ultra! Bo nie przestanę jeździć – chociażby po to, żeby w końcu sprawdzić, jak smakuje ten sok malinowy z Opoczna i czy na jednym bidonie da się dojechać jeszcze dalej.

" Życie jest trudne, zawsze szukałem czegoś, co by je odmieniło i nadało mu jakieś znaczenie. Rower, to jest to."






Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!