Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 702594.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



RAP - wspomnienia dzień 11

Poniedziałek, 27 lipca 2026 · dodano: 27.07.2026 | Komentarze 1

80 propel
19 wigry 3

DZIEŃ 11 - dzień 7 lipca 2026 roku, godzina 3:00.
Szypliszki...wspaniałe szypliszki.

To był moment, kiedy człowiek budzi się w środku nocy i zadaje sobie jedno pytanie:
"czy ja naprawdę jestem tu z własnej woli ?"
Bo leje. Jest ciemno. Jest zimno.
a ja muszę wyjść z hotelu i pojechać dalej.

To już nie jest jazda - to jest moje trwanie.
Wszystko, co mam na sobie, jest na sobie. Kaptur na głowie,
ręce sztywne, ciało jakby ktoś zanurzył w lodowatej wodzie.
W Sejnach robię sobie selfie bo jeszcze nie jest tak źle...tu na chwilę przestało padać,

ale tu właśnie marzę już o gorącej herbacie, ale o 4 nad ranem wszystko jest pozamykane,
jak ma być otwarte skoro ludzie jeszcze śpią w domach.
Giby, Płaska, Rubcowo - wszystkie sklepy zamknięte. Świat śpi, a ja jadę jak poranny listonosz,
który dostarcza tylko jedną przesyłkę: swoją własną determinację.

Po przejechaniu 80- ciu kilometrów w Lipsku wjeżdżam na przystanek,
żeby w czymś osłoniętym złapać choć odrobinę ciepła.
I wtedy - cud.
Przestaje lać.
nie jest to może cud na miarę objawienia, ale w tej sytuacji to jakby ktoś z góry powiedział do mnie:
" Dobra, chłopie, jedź dalej, zobaczymy, czy to naprawdę chcesz skończyć".

Granica, Nowy Dwór, Kuźnica, Krynki...
droga pusta, taka jak lubię. za Lipskiem dogania mnie Maciek Sala - wczoraj odjechał, dziś znów jest obok.
Ale nie razem. Porozmawialiśmy chwilę, to nie jest dzień na wspólne rozmowy.
To jest dzień na przejechanie.
W Nowym Dworze jemy nawet pod sklepem śniadanie...to wszystko.
nic pożywnego, ale trzeba było cos kupić i wrzucić do żołądka.
W Krynkach po 150- ciu kilometrach robi się nawet gorąco, ale tylko po to, żeby za godzinę znowu lało.
I to nie tak "lało" jak rano. Nie, nie.
To było lało 2.0 - wersja premium, czyli ulewa z funkcją przenikliwego wiatru.
Wiatr jest niby boczny, ale odczucie takie, jakby wiał prosto w twarz. jakby ktoś specjalnie 
ustawił wentylator na maksymalna moc i powiedział: "no to teraz sprawdzimy, czy się poddasz".

kolejne są BOBROWNIKI, GRÓDEK, MICHAŁOWO

tu mam swoje wspomnienia, mnóstwo przemiłych wspomnień.
MRDP, deszcz, kontuzja, hotel, koledzy, to są moje miejsca, moje drogi, moje historie.
I właśnie tutaj wspomnienia trzymają mnie w trudnościach, bo ciało już dawno mi powiedziało:
"stary, ja bym gdzieś w pościeli poleżało".
jadę dalej, bo jutro jest finał.
Jutro o tej porze będę już w hotelu.
Jutro będzie koniec.
myślę o tym ostrożnie, jak o czymś kruchym, co można łatwo zepsuć.
ale ta myśl właśnie niesie mnie dalej.

NAREWKA.
15:00. Maciej jest tu od godziny, śpi.
Jesteśmy sami...no z panią, która mi przyrządza ciepły posiłek, a nawet daje słodycze.
Jem i potem też się kładę w pościel.
Plan był na 1,5 godziny, wyszło 2.
Jestem zły, bo zostało mi jeszcze 100 km, a pogoda ma zamiar zrobić ze mnie mokrą wersję człowieka.
wyjeżdżam o 17.
kropi od samego początku, ale jest ciepło, nawet jest dobrze.
Do czasu.

KLESZCZELE - godzina jakoś przed 19.
- ulewa Apokaliptyczna.

to już nie jest deszcz.
to jest atak wodny.
Wiatr jakby ktoś włączył tryb "zamrażarka".
Zimno takie, że nawet wspomnienia zaczynają marznąć
Jadę sam, Maciej z punktu nie wyjeżdża.
A ja w tej ulewie staram się czuć jak bohater filmu, który zapomniał, 
że nie ma ekipy filmowej, nie ma muzyki w tle i nie ma efektów specjalnych.
jestem tylko ja i pogoda, która chce mnie dosłownie zjeść.

CZEREMCHA - cud kolejowy.

Widzę zamykające się w oddali szlabany. I myślę wtedy:
"mam do nich jakiś kilometr, jeśli się one nie otworzą, to tam właśnie zamarznę"
Czuję, że nie mogę się zatrzymać.
Ba, nie mogę nawet zwolnić. Muszę jechać...pociąg przejeżdża.
Dojeżdżam, szlabany się otwierają. Przejeżdżam, szlabany się zamykają.
to nie był przypadek. To był cud kolejowy. Ktoś tam na kamerach, których nie widziałem
musiał mnie zobaczyć, ktoś pomyślał: " dobra, otworzymy mu bo inaczej będzie dramat".

tak bardzo było mi zimno, ale abyście mieli pełny obraz tego, co wtedy czułem opiszę jeszcze coś innego.
ZUBACZE, KLUKOWICZE...przed tą miejscowością było totalne pustkowie, sam las, zero samochodów, zero domów,
brak ludzi, nikogo. Jadę w tym wszystkim longiem już od jakichś trzech godzin, jestem zmęczony, ale wiem,
że nie mogę się zatrzymać, zresztą gdzie ? tu nic nie ma oprócz asfaltu i drzew...
widzę przystanek, Klukowicze...
ja się zatrzymuję i...przestaje padać. Kolejny cud.
wchodzę w przystanek. wyciągam wszystko z kieszeni bo już sam nie wiem, gdzie mam jesienne kominy,
gdzie telefon, gdzie godność...i wtedy nagle nie wiadomo skąd podjeżdża gość w osobowym mercedesie, otwiera szybę i mówi:
"Pan mówi tylko gdzie, a ja pana z tym rowerkiem tam zawiozę".
bez "dzień dobry"
bez "co się stało"...wszystko rozumiał, całą sytuację...

tak było, naprawdę i na pewno.

a potem? 
blisko MIELNIK, a za nim zaraz OSŁOWO.

jestem mokry, zmęczony, głodny.
dojeżdżam po godzinie 21. Dostaję nawet kolację.
W pokoju zdejmuję wszystko, co mokre...czyli wszystko i kładę się nago w pościel
bo tylko w ten sposób mogę odzyskać ciepło.
I zasypiam prawdopodobnie jako najszczęśliwszy obywatel kraju.

...bo jutro jest ten poranek, który jest najwspanialszy ze wszystkich poranków
na Race Around Poland.
Poranek Finału.

337 km
1400 metrów przewyższeń.
Najtrudniejszy dzień całej trasy, nie przez dystans, nie przez profil.
przez pogodę, samotność, zimno.

ostatnio w Internecie czytałem post z tematem, kiedy zaczyna się ultra,
po przejechaniu ilu kilometrów, jakich miejsc i na jakim rowerze ?...
według mnie ultra nigdy nie powinno być wyznaczane głównie w wyniku pewnej ilości przejechanych kilometrów.
Bo ultra dzieje się wtedy, kiedy jedziesz, a na ciebie nikt nie patrzy, kiedy jedziesz w ulewie,
w ciemnościach, w zimnie, w samotności, w chwilach, kiedy jedyną rzeczą, która Cię trzyma, jest myśl, że
od jutra...znowu będzie to samo. 
to jest ultra.


RAP- wspomnienia dzień 10

Niedziela, 26 lipca 2026 · dodano: 26.07.2026 | Komentarze 1

75 propel
45 chicago

Dziesiąty dzień.
Ten moment, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze ultra, czy już jakaś
prywatna pielgrzymka po własnych wspomnieniach. A tu nagle - słońce. I Kopernik.

Podobno wstrzymał słońce, ruszył Ziemię, ale tej nocy zrobił wyjątek: zatrzymał to wszystko dla mnie,
żebym mógł ruszyć o świcie, jak człowiek, a nie jak nocny stwór z czołówką na czole.
W końcu spałem u Niego, więc wypadało okazać gościnność.
Gdybym Mu powiedział że jadę najdłuższe ultra w Polsce, pewnie by jeszcze orbitę poprawił,
abym miał lekki wiatr w plecy.

Ruszam i od razu czuję, że to nie będzie zwykły etap. Mało samochodów, asfalty jakby świeżo wyprasowane, a we mnie
uczucie, że jadę...jakby do domu. Chociaż przecież jestem w samym środku gigantycznej trasy, która normalnie wywołuje
w człowieku mieszankę euforii, zmęczenia i lekkiej paniki. 
Ale jak jest dziś ? Jak jest dzisiaj właśnie ?
Dziś jest inaczej.
Od Górowa Iławeckiego zaczyna się ta dziwna miękka emocja - jakbym właśnie wyjechał z własnego 
podwórka na ukochaną Suwalszczyznę.
Potem Bartoszyce, Kętrzyn, Węgorzewo.
Moje miejsca, moje drogi, moje rytuały.

W Węgorzewie obiad - obowiązkowo - i nie byle jaki,
tylko ten Mój, ten właściwy, ten który smakuje najlepiej właśnie wtedy, kiedy jestem tu o 
odpowiedniej porze. I jeszcze maciek Sala, tylko on pojawia się mi w tej części trasy, jak taki ultra kolega widmo:
raz ja go wyprzedzam, raz on mnie. Do Węgorzewa.
Bo ja tu zostaję na dłużej. Bo mogę. Bo chcę.

Węgorzewo - Banie Mazurskie - Gołdap - odcinek, który mógłby być
moją prywatną pętlą życia.
To jest ta droga właśnie, na której mógłbym jeździć przez cały dzień. W tą i z powrotem...
z przerwą na kultowe lody w Baniach, bo inaczej byłaby to profanacja.
Jest słońce, jest ciepło, jest asfalt gładki, który znam jak własna kieszeń.
To nie jest zwykły etap - to jest emocjonalny powrót do miejsc, które mnie
ukształtowały jako ultrasa.

W Gołdapi mamy punkt kontrolny.
Pokój jak z katalogu - wysoki standard, cisza, miękka świeża pościel.
Wchodzę tylko na chwilę, a zostaję na dłużej. Prysznic, pięć minut na łóżku...
i budzę się przestraszony, bo pięć minut snu ultra to jak teleportacja.
Ale jednocześnie było mi tak wygodnie, że gdyby meta była w Gołdapi...to nie miałbym nic przeciwko.
ale nie, pojadę dziś jeszcze dalej.

i tu pojawia się zgrzyt.
Remont drogi przez Kiepojcie i Stańczyki, więc wszyscy jedziemy naokoło...albo w gorszym asfalcie bez samochodów,
albo w lepszym w stercie blachosmrodów...kurz, nerwy - ciężko. Dopiero Wiżajny przynoszą spokój, tu trafiamy na stary ślad, 
na pierwotną dotychczasową drogę. I znowu jestem w miejscu, w którym przejechałem tyle kilometrów, byłem tu tak wiele razy,
że asfalt powinien mieć moje imię.

Jest wieczór, na drodze jestem sam.
Plan: Sejny
Realizacja: Szypliszki.

dlaczego Szypliszki ? 
Bo czasem człowiek musi zrobić coś inaczej niż zwykle.
Bo byłem tu wiele razy, ale nigdy tu nie spałem.
A w Sejnach i pobliskich miejscowościach już tak, po kilka razy.
Więc tu zostaję.
Bo ultra dla mnie to nie tylko kilometry.
To budowanie nowych wspomnień w miejscach, które już znam.
Kolacja w hotelowym barze, wczesna godzina 20, ale decyzja zapada jednogłośnie: 
KONIEC na DZIŚ.

nic mnie ni boli, zero otarć, a rower jedzie jakby też był z Suwalszczyzny i wiedział, że tu trzeba się spisać.
Ale w głowie - przygotowania ciała do jutrzejszej ulewy...całodziennej.
takiej, która potrafi zmyć uśmiech z twarzy nawet najbardziej zaprawionemu zawodnikowi.
Budzik nastawiony na 2:00.
Bo jutro nie będzie łatwo.
Ale jutro stworzę kolejną część historii na tym królewskim etapie Race Around Poland.

I tak kończy się mój dziesiąty dzień  - nie z krzykiem, nie z euforią, tylko cichą,
głęboką zgodą na to, że jestem tu, gdzie chciałem być.
309 kilometrów przejechane z sumą przewyższeń 2300 metrów.

( mój dziesiąty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Piotrka )


Dzień bez roweru

Sobota, 25 lipca 2026 · dodano: 25.07.2026 | Komentarze 1

80 propel 

... dzień bez roweru.
Bez rowerowych myśli nawet.

Jak to się w ogóle stało?
...nie mam pojęcia 


MIKOŁAJ KOPERNIK

Piątek, 24 lipca 2026 · dodano: 24.07.2026 | Komentarze 2

200 propel


Dzisiaj ta sama trasa, którą jechałem trzy dni temu, czyli wypad do Kopernika na obiad...tym razem elegancko, na sucho, w Słońcu, w garniturze, z pysznym śniadaniem nad Motławą w Gdańsku, no i szybciej....


Włożyłem mu kask i okulary Rudy Project...i napiszę tak: jeśli Mikołaj marzył kiedyś o jeździe na rowerze to właśnie spełniłem Jego renesansowe fantazje.


RAP - wspomnienia dzień 9

Czwartek, 23 lipca 2026 · dodano: 23.07.2026 | Komentarze 1

194 propel
3 nextbike

Dzień dziewiąty. Powrót do domu. Powrót do siebie.

dziewiąty dzień.
A ja już wiem od nocy, że będzie wyjątkowy.
Nie dlatego, że jest łatwiej - bo nie jest.
Nie dlatego, że pogoda sprzyja - bo nie sprzyja.
Ale dlatego, że dziś wracam na swoje podwórko, dosłownie.
A to zmienia wszystko.

Wyjeżdżam z Mielenka o pierwszej w nocy.
Na tym pasie wybrzeża jazda o tej porze to czysta magia.
W dzień nienawidzę tych miejsc - samochody, tłumy, turystyczny chaos,
który potrafi zabić każdą przyjemność z jazdy. Ale nocą ? 
Nocą to jest mój świat.
Pusto. Cicho.
Wiatr wieje w plecy, co oznacza jedno: że będzie źle.
Doświadczenie mnie nauczyło, że jak wiatr pomaga to wystawia rachunek.
Mi nikt i nic nie musi pomagać, to dużo, że coś nie przeszkadza.
Mielno, Darłowo, Ustka - wszystko puste.
Przez wiele kilometrów jadę środkiem drogi, jak król szos, który ma własna autostradę.
Niedzielny poranek, trzecia, może czwarta - świat jeszcze śpi, nie wstał, a ja jestem już daleko.
Minus ? Orleny.
Są, ale jakby ich nie było.
Nic do jedzenia.
Pierwszy hot dog dopiero po ponad stu kilometrach w Główczycach.
A od godziny już leje.

Nie tak, że "pada". 
Leje.
Tak, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie jedzie w środku jakiegoś
eksperymentu meteorologicznego.
na chwilę przestaje. Robi się gorąco.
Zaczynam się rozbierać....a za dwie minuty już - ulewa jak z filmu
katastroficznego.
I wtedy ten wiatr, który wcześniej pomagał, zaczyna współpracować z deszczem.
Zamiast pchać mnie do przodu, pcha mi zimno pod kurtkę, potężne zimno.
mam już na sobie wszystko, wszystko założyłem na siebie, co miałem...włącznie z kapturem na głowę.
Jest mi bardzo zimno, przenikliwie. Trasa zmienia kierunki, więc czas jedzie się pod wiatr,
ponadto podjazdy, zjazdy - wszystko tak ułożone, żeby nas sprawdzić, kto ile wytrzyma...
bo ja uwielbiam się gotować...trudno, dawno tak nie cierpiałem.

W rejonie Krokowej i jeziora Żarnowieckiego było mi najgorzej.
Tu byłem w istnej walce, drogi były tak zalane, że samochód jadący z przeciwka kołami swoimi lał całą wodę z asfaltu na bok...na mnie,
dodatkowa dawka zimnej wody. Było trudno...robiłem wszystko, aby się tylko nie zatrzymać na drodze.
Bałem się zatrzymać na wolnym powietrzu, a schować się nie było gdzie...sklepy to nie był dobry pomysł, musiałem coś ciepłego wypić.
Na trasie tasuję się z Dawidem Horn i Maćkiem Sala - nie jedziemy razem, ale widzimy się chwilami, jak duchy na trasie.
W końcu spotykamy się na Orlenie w okolicy Rybna.
Dwieście kilometrów przejechane, a ja nadal nie mogę zjeść coś pożywnego...nadal jade na jednym Hot dogu.
Kupuję czekolady, stertę czekolad i herbatę.
To trochę pomaga... ludzie ze zdziwieniem na mnie patrzą jak wykręcam rękawiczki z których woda leci jak z wiadra...
jestem przemoczony do suchej nitki.
naprawdę dawno tak nie cierpiałem.
Dużo wpływ na ten dyskomfort miał fakt, że droga tu był bardzo ruchliwa, sterta samochodów,
nie można było poluzować, ale ciągle uważać...zero prostych odcinków, ciągle jakieś zakręty, tragedia.

Po orlenie zmieniam kominy na jesienne, grubsze.
jadę dalej, już nie pada, a będzie padać potem tylko chwilami, tyle, że nadal jest
mi zimno i teraz muszę szybciej jechać, aby się rozgrzać, aby wjechać w swoje ciepło...udaje się po kilkunastu minutach.
Takie chwile kojarzą mi  się z MRDP na ścianach wschodnich...dobrze, że w tych miejscach jest dużo podjazdów.
Prawie jak w górach. I to mnie ratuje - bo podjazd to gwarancja ciepła, a ciepło to życie.
Już długo nie pada...koledzy zmieniają ciuchy na przystankach. Ja schnę w ruchu, nie mam innej opcji.
A lało ze trzy godziny.

Straszyn.
290 km na hot dogu. Za to powinni dać mi już medal.
Dopiero tutaj jem poważny, odżywczy posiłek.
To moje miejsce. To mój teren...zostało 70 km.
I wtedy włącza się we mnie coś, czego nie da się zatrzymać, i opisać inaczej niż: dom.
Nie wiem kto będzie czekał.
Z nikim się nie umawiam.
Ale wiem, że ktoś będzie.
I tego właśnie nie mogę się doczekać.

jadę jak pod domem, choć do mety mam jeszcze 1000 km to czuję się już teraz,
jakbym wracał do domu z Trójmiasta.
Dziwne uczucie - bo czasem jadą tu pod domem myślami jestem jak bym był na RAP- ie.
wszystko może się poplątać.

Nie pada.
Jest ciepło.
Teraz wiatr pomaga.

W Rychnowach Żuławskich nie zajeżdżam na punkt kontrolny.
Zatrzymuję się na rondzie, sprawdzam Garmina i jadę dalej bo wiem, że co najmniej kilka osób
obserwuje moją kropkę zastanawiając się czy pojedzie dalej, czy tez nie ?
Jadę dalej.

Elbląg. Około 19- tej.
Na wlocie stoją pierwsi Kibice: Jola, Sławek, Mario.
Zatrzymuję się. Rozmawiamy długo. Czas ?
A co mnie obchodzi czas ? Oni są ważniejsi.
Potem Siostra ze Szwagrem, kawałek za Elblągiem, w Jagodnie, gdzie dojeżdża również Piotrek Dylewski.
Szkoda tylko, że Henia nie zobaczyłem - źle odczytał kropkę. Nie zdążył.

To były spotkania rodzinne. Ważne. takie, które zostają w sercu na zawsze...a to jeszcze nie koniec dnia.
Plan był prosty: dojechać dziś na chatę do Kopernika.
A Kopernik ? no cóż. Zobowiązuje.

Dzisiejszy dzień był więc najdłuższy ze wszystkich na tegorocznym RAP- ie, pełne 398 kilometrów
z sumą przewyższeń 2500 metrów.
Czy spotkałem się z Kopernikiem ? ...widziało mnie nawet kilku Koperników.
I to było wyśmienite....we Fromborku spotkanie z Beatą - kilka godzin...taka wisienka na torcie, który jadłem cąły dzień.
Wjechałem tu po godzinie 21....było cudnie.

a więc jeszcze raz.
Mija dziewiąty dzień jazdy. A ja ?
Ja Jadę z tym samym numerem startowym, w tym samy ubraniu, na tym samym rowerze.
Mam wszystko to, co miałem na sobie i ze sobą na starcie w Warszawie...tylko wyglądam inaczej.

Jestem szczęśliwy. Zwłaszcza po spotkaniach z tymi wszystkimi osobami, które były
dziś ze mną na trasie.
I pomyśleć, że będąc we Fromborku często po godzinie jestem w domu,
A teraz ? Teraz mam w nogach 2800 km, a od jutra do przejechania jeszcze 800.

I to jest właśnie ultra.

( mój dziewiąty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Siostry )


RAP - wspomnienia dzień 8

Środa, 22 lipca 2026 · dodano: 22.07.2026 | Komentarze 1

93 propel
20 nextbike
7 advanced

Ósmy dzień.
Godzina druga w nocy, Kostrzyn nad Odrą śpi, a ja już jestem w drodze.
Uwielbiam ten moment - ciemność, która nie straszy, tylko otula.
Droga z Kostrzyna do Osinowa Dolnego jest jak stary kolega, przejrzysta, spokojna, przewidywalna.
Las pojawia się tylko na chwilę, jakby nie chciał przeszkadzać. Pusto. Cicho. Idealnie rowerowo.
ale to, co dobre na RAP-ie nigdy nie trwa długo.

Po kilku godzinach, wcześnie nad ranem zaczyna się ta część, której nie lubię, którą wolałbym omijać szerokim łukiem.
Byłem tu tyle razy, że już nawet nie walczę z niechęcią. Pogodziłem się.
To tylko odcinek. To tylko zadanie.

Dzisiaj nie ma filozofii - trzeba ten dzień przejechać i tyle.
Robię więc absolutne minimum: 315 km, przewyższeń zaledwie 1500 metrów.
Za Goleniowem jest odmiennie, robi się pusto, jakby świat wreszcie przypomniał sobie, że jestem na trasie ultra,
a nie na wycieczce po województwie.
Mam tu swoje miejsca - te obiadowe, te relaksujące - wszystko na drodze do Kołobrzegu.
Ale prawda jest taka, że niewiele to zmienia.
Bo jutro nie będzie lepiej.
Wiatr nie pomaga, ale przynajmniej nie przeszkadza tak, jak wczoraj. Po tylu przejechanych kilometrach
i tak mnie szybciej nie popchnie na metę.
Nie jestem wycieńczony, ale swoje w nogach mam.
I nie chcę zmieniać systemu jazdy. Pogoda dobra, nic więcej nie trzeba.

Niektórzy po tylu dniach, po takiej odległości, po tylu kryzysach - rezygnują.
Nie oceniam. Każdy z nas ma swoją historię. Każdy z nas jest czymś więcej niż kropką na trasie.
Ja jadę z poczuciem, że jest coraz bliżej. Mam w głowie problemy, które mogą nadejść - i mam nadzieję, że
będą to tylko problemy pogodowe...


Wieczorem dojeżdżam do punktu kontrolnego w Mielenku. Cudowne warunki.
Cisza, spokój, znajome twarze.
Wybieram za totalne free pokój, jem to, co lubię i to co jest odżywcze.
Kładę się już o godzinie 20, z zamiarem spania do północy...krótki opis bo dla mnie krótki to był dzień.
Nadal pamiętam o kibicach, którzy są wpatrzeni w moją rowerową sytuację każdego dnia.
To poczucie i to przekonanie, że nie jestem w tym wszystkim sam...to bardzo miłe uczucie.

Takie jest moje Race Around Poland.
Nie sprawdzam pogody na kolejne dni - no bo po co ?
To mogę robić pod domem.
Tu trzeba jechać.
Tu trzeba poddać się każdej sytuacji.
Tu nie ma miejsc na słowo "nie".

( mój ósmy dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Sebastiana )


MIKOŁAJ KOPERNIK

Wtorek, 21 lipca 2026 · dodano: 21.07.2026 | Komentarze 1

200 propel

dzisiaj przejechałem 200 km


ale tylko w tych godzinach, kiedy pogoda postanowiła zrobić ze mnie
test wytrzymałościowy dla nowych modeli łodzi podwodnych.
Wiało natomist tak z północy, że gdybym na głowie miał czapkę, to już by była w Czechach.
a deszcz ? Ten deszcz był tak konsekwentny, że chyba miał grafik i nie chciał się spóźnić w żadnej z moich chwil.

Postanowiłem pojechać do Kopernika


do Kopernika przez Gdańsk, bo plan miałem piękny...najpierw śniadanko nad Motławą,
elegancko, jak człowiek. Ale po trzech godzinach byłem już tak mokry...jak klapki w basenie, więc zrobiłem jedyne
logiczne w takiej sytuacji: skręt do elbląga i śniadanie w domu, w suchych ciuchach, jak cywilizowany człowiek.

Potem oczywiście wróciłem na trasę, bo przecież Kopernik czekał.
A pogoda ? Pogoda powiedziała: " Ooo, Robert wrócił !! To dawaj, od początku - pełny deszcz, pełny wiatr,
proszę wszystkie opcje włączyć".

Wiało z każdej strony, jakby dwa żywioły zrobiły naradę i uznały, że dziś będą pracować zespołowo.
Deszcz lał tak, że nawet ryby w pobliskich stawach zastanawiały się, czy ktoś tu nie przesadza bo woda
w wielu miejscach wlewała się dosłownie na drogę.

a ja mimo to jechałem.
Bo jak wiadomo.
Kopernik zatrzymał Słońce, ruszył Ziemię,
Ja natomiast zatrzymałem zdrowy rozsądek i ruszyłem w trasę.




RAP - wspomnienia dzień 7

Poniedziałek, 20 lipca 2026 · dodano: 20.07.2026 | Komentarze 1

100 góral
22 wigry 3

Wyjechałem z Grudzy przed czwartą w tym dziwnie przyjemnym deszczu, który
bardziej cieszył niż moczył. To był ten rodzaj opadu, który przyjmuje się na znak - że skoro już tyle
przejechałem, tyle pokonałem kilometrów, to teraz nawet pogoda postanowiła być dla mnie miła.
Dla mnie teraz może padać non stop, aż do samego końca. Zawsze powtarzam, że dla mnie najważniejsze
jest to...żeby tylko nie lało w górach. Tyle. Wiadomo dlaczego.
...jadę dalej, szkoda tylko, że jest jeszcze zbyt ciemno, żeby zobaczyć raz jeszcze góry, które są teraz
za moimi plecami, te same, które jeszcze kilka godzin temu dawały mi radość, tak wielką, że aż trudno było
mi ją zmieścić w sobie samym.

dziś miało być płasko. I było. Potężnie płasko.
Ale "łatwo" to słowo, które dzisiaj nie miało zamiaru się pojawić.
Pierwszy przystanek: Zgorzelec.
Śniadanie zjadłem szybko, ale z takim spokojem, który pojawia się tylko wtedy,
gdy człowiek wie, że ma przed sobą długi dzień i jeszcze dłuższą drogę.
To była jazda wzdłuż zachodniej ściany kraju - centralnie pod wiatr.
Na szczęście w początkowej fazie drogi lasy robiły co mogły, chroniły, osłaniały,
czasem wręcz przytulały drogę, żeby nikt z nas nie musiał się zatrzymywać.
Jechałem, cieszyłem się, choć emocje były we mnie jakby trochę mniejsze.
Może to przez monotonię, może przez płaskość, a może przez to, że już tyle przejechałem,
że zaczynam patrzeć no te ultra inaczej.

Wiedziałem, że obiad zjem w swoim miejscu w Krośnie Odrzańskim.
I to był obiad, który napełnił moje dwa żołądki, mnóstwo zjadłem...był bogaty odżywczo,
dał mi siłę na kilka dni. Po nim człowiek jedzie dalej nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce.
Od tego miejsca do punktu kontrolnego w Kostrzynie nad Odrą było zaledwie 70 km.
Wiedziałem, że dalej dziś nie pojadę.
Bo lubię tu zostawać, bo PK obsługuje Leszek. A z Leszkiem trzeba się nagadać.
To jest obowiązek, tradycja i przyjemność w jednym.
No i hotel Bastion - ma zdecydowanie najlepsze łóżka w Polsce...
to już teraz wiecie, jak ważne dla mnie na takich ultra są wygody takie jak spanie, kąpanie się, posiłki...
że najbardziej muszę mieć tylko swoje słodycze, swoje ulubione napoje.
Wtedy te kilometry kręcą się właściwie, a i dni mijają pozytywnie.

Ostatnie 70 km - wiatr, który postanowił zostać bohaterem dnia.

te ostatnie kilometry były już jazdą pod wiatr tak silny, że zaczynałem się zastanawiać, czy 
przypadkiem nie jadę w przeciwna stronę niż wszyscy inni...ale nie, ja tu się już nie potrafię zgubić.
Od jutra wiatr miał pomagać, za dwa dni wręcz pchać. Ale dziś ?
Dziś był jak strażnik, który mówił: "jeśli chcesz przejechać, pokaż, że naprawdę ci zależy".
i takie sytuacje mnie już zmieniły. Bo kiedyś denerwowałem się podczas nich mocno, 
i cóż z tego, że mi natychmiast to uczucie przechodziło po zrealizowaniu celu...byłem zły w takich
chwilach i tyle, i to bardzo mocno. Nauczyłem się przez wiele lat w tym wszystkim innego zachowania...
cierpliwości, że to jest tylko kwestia czasu, że to kiedy się skończy. I się udaje.

dzisiaj za dnia nie padało, nie było zimno,
musiałem dać tylko z siebie trochę więcej,
więcej przeznaczyć czasu na drogę.
Proste, choć niełatwe.

Kostrzyn nad Odrą 


Leszek przywitał mnie z zadowoleniem. Byliśmy sami, więc tematów poruszyliśmy tyle, że gdyby
ktoś nagrywał, wyszedłby z tego podcast o życiu, rowerach i wszystkim pomiędzy.
Kupiłem swoje słodycze, zjadłem wyśmienitą kolację i poszedłem do hotelu.
Kilka godzin spokoju. Kilka godzin bycia w miejscu, które lubię.

jadę sam.
Nikogo dzisiaj nie spotkałem na trasie.
Drogi tego ultra przecinają się z innymi ultra, znam je jak własną kieszeń.
Naprawdę nie potrafię się tu zgubić.

dzisiaj przejechałem 268 kilometrów z sumą przewyższeń 2000 metrów.
Robi się coraz bliżej mety....to już 2100 przejechanych kilometrów.
Stopień trudności maleje.
Ale to właśnie teraz trzeba mieć w sobie dyscyplinę.
Bo kiedy robi się łatwiej, człowiek zaczyna odpuszczać.
A ultra nie wybacza odpuszczania.
Jadę więc dalej, bo taka jest droga.
jadę dalej, bo taka jest moja natura.
jadę dalej bo meta nie przyjeżdża do ludzi - to ludzie jadą do mety.

PS...okazało się, że łatwiej w przyszłych dniach wcale nie będzie.

( mój siódmy dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Joli )


RAP - wspomnienia dzień 6

Niedziela, 19 lipca 2026 · dodano: 19.07.2026 | Komentarze 1

120 propel
10 wigry 3

Wyjechałem ze Złotego Stoku przed trzecią w nocy - w godzinie, w której świat jest jeszcze w stanie surowym,
nieprzetworzonym, bez ludzi, bez hałasu, bez niczego co mogłoby mnie rozpraszać.
Początek dnia od razu pod górę, jakby ultra chciało mi powiedzieć: "dobrze, skoro wstałeś to teraz pokaż, że naprawdę tu należysz".

więc pokazuję.

Droga pusta, serpentyny ciche, tylko patyki trzaskają pod zwierzyną, która przebiega gdzieś po skarpach obok - 
niewidoczna, ale obecna. To jest cisza, którą znam i kocham, Cisza, w której każdy dźwięk jest jak wiadomość od świata:
"jedź, wszystko jest dobrze".
Lądek Zdrój, Stronie Śląskie.
Wiem, że ktoś jedzie przede mną. Wiem, że zaraz za mną ktoś będzie jechał. Ale pierwsze godziny są moje.
Samotne, spokojne, prawdziwe.
Sienna, Idzików, Wilkanów - moje muzyczne requiem Mozarta. Kiedyś te podjazdy były dla mnie jak kara boska, dziś są jak powrót
do rodzinnego domu. Wschód słońca w Międzylesiu wygląda jak scena z filmu, w którym bohater właśnie zaczyna rozumieć, że jest na właściwej drodze. Jest tu pięknie, a nawet przepięknie...w Wilkanowie, bo znowu z tego miejsca widzę kolejne góry w które będę musiał jeszcze dzisiaj wjechać.
Międzylesie - obiecane śniadanie.
I wtedy pojawia się myśl, której nikt by nie przewidział.

Perfumy - brakujący element mojego ultra.
Po pięciu dniach ultra brakuje mi tylko...perfum.
Tak, perfum. 
Bo perfumy to czystość.
Czystość to dom.
A dom to radość.
A radość to znak, że ultra już przejechałem.
kilka razy przejeżdżałem obok kogoś, kto na chodniku ładnie pachniał.
I wtedy zapominałem się na chwilę - na długość tego zapachu.
Było tak, jakby ktoś psiknął mi w duszę i powiedział: "hej, pamiętaj, że życie może pachnieć"
Brakuje mi perfum, brakuje wanny.
Ale dziś będzie i jedno i drugie.

Międzylesie 


a za Międzylesiem zaczynają się podjazdy do Zieleńca. Oprócz tego zaraz za Międzylesiem pozostałe nie są trudne.
Ale jest ich mnóstwo. Sterta. Cała góra małych górek.
Pierwszy raz byłem tutaj z Lucjanem dokładnie trzynaście lat temu.
Nocą. Po wjechaniu na Zieleniec położyłem się wtedy na asfalt jak bohater...musiałem odpocząć wiele minut.
Dzisiaj odpoczywam inaczej, ale łatwo wciąż nie jest.

Widoki są piękne, droga jest piękna, tyle, że ja zaczynam chorować...efekt napojów z lodem.

Gardło mnie znowu boli, samopoczucie schodzi z roweru...kilka godzin męczarni aż do Karpacza.
Perfumy nie pomagają - bo ich nie ma, ale przecież jest coś, co mnie trzyma przy życiu...wanna w Grudzy.
Przełęcz kowarska, Karpacz - jadę dobrze, jadę mocno, jadę w tempie, robi mi się nawet zimno,
nie jest tak upalnie, ale mi jest normalnie zimno...może to przez wiatr.
Ruch samochodowy jest taki, że gdyby nie te góry to bym tu nie wjechał.
Bo nie może być tak, że ja daję z siebie wszystko, rower daje z siebie wszystko, a jakiś przypadkowy kierowca
jednym ruchem jest w stanie to wszystko popsuć.

...na szczęście po Karpaczu zdrowie wraca.
Teraz mam mniejsze górki, ale wcale nie jest łatwiej.
Bo łatwość w ultra nie istnieje.
Wanna trzyma moje pozytywne emocje,
wanna jest moją motywacją,
wanna jest moją nagrodą.

Do Grudzy wjeżdżam dokładnie o godzinie 21.
Sylwia wita mnie jak króla. Kilka rozmów i...prosto do wanny, na dodatek prosto z pokoju
schodkami w dół !! chciałbym mieć takie coś w domu :)
I to wcale nie jest koniec dnia.
286 przejechanych kilometrów to dzisiaj niby mało, ale 4400 metrów przewyższeń
w upale zmienia wszystko. Zwłaszcza, że to już szósty dzień ultra, a nie dzisiejsza wycieczka z domu.

Powinny mnie, a także Was nudzić te liczne opisywanie tego, co jest w górach.
Dziś oficjalnie, terytorialnie jest połowa Race Around Poland.
Ten, kto tu nie był powie...jest już połowa, i to ta trudniejsza, pozostała łatwiejsza, RAP jest mój - 
nic bardziej mylnego. Kilka osób w całej historii nie ukończyła RAP- u będąc już w jego drogiej połowie.
Gór od jutra nie będzie, ale będzie kolejna sterta przewyższeń...najważniejsze, żeby oprócz dyscypliny
mieć nadal w sobie jeszcze więcej radości w tej właśnie części, od jutra.
upalnie już nie będzie, czekają na nas jednak potężne wiatry oraz ulewy, a także znaczny
spadek temperatury powietrza.

Jestem dumny z kolegów i koleżanek.
Z tych, którzy są przede mną.
Z tych, którzy są za mną.
Z tych, którzy wciąż jadą.

Bo nie wystarczy przyjechać na start.
Trzeba jechać.
Trzeba walczyć.
Trzeba żyć tym ultra.

( mój szósty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Henia )




RAP - wspomnienia dzień 5

Sobota, 18 lipca 2026 · dodano: 18.07.2026 | Komentarze 1

120 góral ( wszystko w deszczu )

....wyjechałem o północy - tak jak obiecałem sobie i światu, który o tej porze jeszcze nie ma nic
do powiedzenia. Dla mnie to nie jest za późno. To jest początek dnia, jest dokładnie pierwszy dzień lipca,
właściwy dzień, jedyny, który ma sens. I znowu Jeleśnia nocą: moje prywatne przejście graniczne
między zwykłym życiem, a ultra rzeczywistością.
Bo noce tutaj należą tylko do mnie.

Droga pusta, jakby ktoś specjalnie dla mnie ją zamknął. Kilka samochodów na sześćdziesiąt kilometrów - 
statystyka, która w każdym innym kontekście byłaby absurdem, a tu jest luksusem.
Saren było więcej więcej niż ludzi, w latach ubiegłych
przebiegały mi przez drogę, a dziś ? - dzisiaj stały grzeczne przy drodze jak widownia, która przyszła tylko,
żeby zobaczyć jak jadę. Niesamowite, ale naprawdę tak się poczułem.
Ciemność była gęsta, taka, że można by ją kroić nożem, ale ja to lubię. W tej ciemności jest prawda.
W tej ciszy jest sens. Wszystko przez lasy, aż do Bielska Białej, gdzie dopiero zrobiło się widno...do Bielska w stercie podjazdów.
I jak zwykle - ta część trasy była piękna, podoba mi się. Nie "ładna". Nie "fajna". Piękna.

Koniaków, Istebna, Wisła....- góry, które nie robią na mnie wrażenia wysokościowo.
Pierwszy raz wiele lat temu tak tu zabłądziłem, że nawet jechałem przez chwilę w przeciwną stronę,
dziś to już po raz kolejny, znam tu każdy podjazd, to jest jedno wielkie moje miejsce. Oczywiście nie nudzę
się tu wcale, ta część trasy kosztem Szczyrku nie powinna być nigdy zmieniana bo tu jest więcej podjazdów oraz
miejsc które wymagają mnóstwo uwagi zwłaszcza podczas zjazdów nie tyle do samej Wisły, przed nią, co już w Istebnej - tych chwil nie lubię - za dnia bo jest tu za dużo samochodów, a nocą...bo jest za ciemno, choć nocą jest mimo wszystko łatwiej.
Góry tu są, ale ja już jestem na takim etapie, że patrzę na nie jak na starych znajomych.
mam nadzieję, że nikt nigdy ich stąd nie zabierze.

Jest już przed południe, zaczyna się kolejny upalny dzień. Przed Wisłą trzeba się trochę wysilić, ale później...później już nie.
Płasko, Za płasko. Zbyt płasko. Płasko jak naleśnik, który ktoś rozwałkował za mocno.
To nie moja bajka. Bo na płaskim wszyscy, których dotąd wyprzedziłem w górach zaczynają mnie doganiać...żartuję.
Ja się śmieję z tego. Bo to nie jest mój wyścig z nimi. Ścigam się sam z sobą, tylko sam z sobą.

Od Raciborza zaczyna się na drodze piekarnik. Wchodzę już do każdego sklepu.
Picie, picie, picie. Nic nowego, nawet nie chce mi się czekolady...AMAZING !!
Kolejny dzień, ta sama walka.
W Szonowie robię coś, co już jest moją legendą: pakuję się do sklepu z rowerem.
W oczach innych ultrasów widzę zdziwienie, może podziw, może nawet lekką zazdrość.
Idę prosto do lodówek, jakby to był mój salon. W przyzwoitej temperaturze jem posiłek w formie obiadu.
Wyglądam jak ktoś, kto znalazł sposób na życie, a to po prostu mój zaprzyjaźniony sklep znajdujący się w odległości 700 kilometrów od domu. Dobre, co nie ?

po wyjściu znów patelnia. Oczywiście.

Od tej chwili zamierzam do swojej miejscowości Głuchołazy. O tym miejscu, o swoich uczuciach napisałem już tak wiele...nic się nie zmieniło.


Dwadzieścia kilometrów przed Złotym Stokiem chmury próbują mnie postraszyć.
Trochę padało, ale drogi i tak były suche, obniżyła się też temperatura powietrza do tej normalnej.
Wjeżdżam na PK z grupą kilku osób, przy mnie znowu jest Paweł Sojecki. Ten Gość jest jak motyw przewodni mojego ultra - 
pojawia się zawsze wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam. Myślałem, że jest już grubo przede mną, a tymczasem...
w ogóle nie kontroluję gdzie kto jest, czasem spojrzę wieczorem na te przesuwające się "kropki", przed snem, przez chwilę, nigdy podczas jazdy, w czasie jej przerw. Jadę samemu nieustannie, nikt mi nie jest potrzebny, a to, że kogoś zobaczę przypadkiem, niespodziewanie, jest znacznie lepsze od tego, czego mógłbym się spodziewać.

Dzisiejszy dzień ?
Tylko do przejechania.
348 kilometrów i 3800 metrów przewyższeń.
Góry tylko w pierwszej części dnia. Za dużo płaskich asfaltów.
Za mało tego, co mnie napędza.
ale jutro będzie ciekawiej.
I ta myśl jest jak obietnica.

Zasypiam o godzinie 22, po zjedzeniu tego, co lubię.
Po prostu tego potrzebowałem, swoich napojów, swoich słodyczy.
Spałem w pokoju dwudziestoosobowym, ale byłem sam - jak król w pałacu, który
ktoś zapomniał zapełnić, z fajnymi oknami na poddaszu,
przed zaśnięciem zawsze przez nie spoglądam dokładnie na to, w co jutro wjadę...
to już moja taka mała tradycja.
Wolontariusze skakali przy każdym z nas, abyśmy mieli tu jak najlepiej.
Ktoś nawet obiecał, że sprawdzi, czy obudzę się na czas. Miłe, choć wiem,
że budzę się zawsze wtedy, kiedy chcę.

Minął piąty dzień.
Jadę w tym samym stroju, z tym samym numerem startowym, z tym samym celem.
mam te same emocje, tę samą wiarę.
Szkoda tylko, że nie ma już truskawkowego Księżyca.
Był piękny.
Ale ultra też jest piękne.

Bo wiecie co ? 
To ultra mi się należy.
Za to, że od jego zakończenia, aż do samego ponownego startu każdy mój dzień jest wypełniony rowerem,
nie odpuszczam nawet przez chwilę. Za każdy podjazd, za każdą kroplę potu, za te wszystkie chwile w których jestem
całkowicie sam, za to poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.

Złoty Stok.
Piąty dzień.
A ja jutro pojadę jeszcze dalej

( mój piąty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Mariusza )