Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 700696.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



MPP - wspomnienia, dzień 2

Niedziela, 20 września 2026 · dodano: 20.09.2026 | Komentarze 0

80 advanced
74 wigry 3

Niedzielny taniec cieni i wielkie łódzkie tarki

13 września, grubo po północy. Ciemność taka, że można by ją kroić nożem, ale w sumie jest przyjemnie. Nie pada. Jadę. No, „jadę” to duże słowo – biorę udział w kolarskich szybkich randkach. Mój peleton zmienia się dynamicznie: raz lecę w luksusowym, 10-osobowym pociągu, by po pięciu minutach zorientować się, że zostaliśmy we trzech. Ludzie pękają, nie trzymają koła, zwalniają, odpadają. Rytm szarpany jak sumienie grzesznika. Nikogo nie gonię, na nikogo nie czekam. Oficjalnie: jestem z kimś, ale tak naprawdę z nikim.
Mijam Nakło, mijam Szubin. Potem zaczyna się sterta miejscowości, których nazwy brzmią, jakby ktoś rzucił garść liter na mapę. Totalnie nic mi to nie mówi. Jedyne, co ratuje psychikę, to błogosławiona sieć stacji paliw. Czynny Orlen w nocy na ultra to jak oaza na Saharze. Ale twardo trzymam fason – jeden bidon wystarcza, lecę dalej.
Po czwartej rano następuje jednak kapitulacja. Wjeżdżamy na jakąś stację. Widok? Żywe trupy. Ultramaratończycy śpią na siedząco, oparci o lodówki z energetykami.

Pół godziny resetu i z nową, trzyosobową ekipą ruszamy witać świt, przępiękny kolejny dzień zbliżający mnie do gór.
I wtedy wjeżdża ono. Województwo łódzkie. Całe na szaro i całe w łatach.
To, co tam się działo, to nie były dziury. To była zemsta drogowców. Wyobraźcie sobie drogę, gdzie na czternastej łacie leży piętnasta, a na niej szesnasta. Karbonowa rama miała tłumić drgania, ale przy tej tarce poddała się i zaczęła udawać wibrator przemysłowy. Rower trzęsie się tak, że plomby w zębach chcą zmienić właściciela. Rozpędzić się nie da, system rozwalony, emocje zmasakrowane. Żeby chociaż był jakiś podjazd, cokolwiek! A tu płasko jak na stole w prosektorium i ten ból, że nawet nie ma jak się zmęczyć pod górę, tylko trzeba cierpieć na płaskim. Tragedia.

Radiowy mecz i ucieczka w samotność
Gdzie jadłem śniadanie około 11:00? Nie mam zielonego pojęcia. Jakaś stacja, nawet na mapie nie mogę tego znaleźć, masakra. Pamiętam za to obiad – wjechała normalna, upragniona zupka i soczyste drugie danie z colą i lodem. Od tego momentu zostałem sam. Jeden, jedyny na szosie. Ludzie wokół zniknęli: jedni zrezygnowali, inni zalegli w rowach i hotelach, żeby odespać. Pogoda niby wspaniała, ale żeby nie było za nudno, co jakiś czas dostaję w pysk wiatrem. Nie za mocnym, takim akurat, żeby przypomnieć mi, gdzie jest moje miejsce w szeregu.
Żeby nie zwariować w tej samotności, odpalam w telefonie... mecz Legii z Widzewem. Ekran w kieszeni, ja tylko słucham. Klasyk polskiej piłki jako ścieżka dźwiękowa do kolarskiego tyrania – idealne połączenie.
Szczerze? Ten dzień był dla mnie bez większych emocji. Odhaczyłem go jak pańszczyznę. Moje myśli już dawno uciekły do przodu. Żyłem górami. Widziałem już oczami wyobraźni ten hotel, w którym spędzę kilka dni, to schronisko na początku... Te wizje tak bardzo mąciły mi w głowie, że kompletnie nie potrafiłem skupić się na tym, gdzie aktualnie zostawiam swoje pot i łzy.

Olkusz: powrót do żywych i nocny deszczowy hardcore
Ale przed Olkuszem – celem mojej dzisiejszej poniewierki – krajobraz wreszcie się zlitował. Pojawiły się góry! Rower odżył, ja też. Chwilami gotowałem się na podjazdy, pić chciało się niemiłosiernie, ale przetrwałem. Najważniejsze, że wciąż było ciepło, choć na trasie straszyli, że w poniedziałek przed Zakopanem ma przyjść biblijny potop.
Parę kilometrów przed miastem zaczyna kropić. Potem przechodzi to w solidną mrzawkę. Na stację w Olkuszu wjeżdżam idealnie o godzinie 23 – lekko mokry, ale z wielkim bananem na twarzy. Jest wspaniale. Jestem tu dokładnie o tej porze, o której planowałem. Pozycja w rankingu? Mam ją głęboko w nosie, nawet jej nie sprawdzam. Liczy się tylko to, że trwam w tym ultra, a na ostatni dzień zostaje mi „tylko” 200 kilometrów.
Siedzę na tym Orlenie, patrzę przez szybę, a na zewnątrz zaczyna się regularna ulewa. Za chwilę muszę wyjechać w noc – w totalną ciemność, w lasy, na wąskie drogi małych miasteczek, na stertę niebezpiecznych zjazdów i podjazdów na mokrym asfalcie. Będzie ciężko. Ale w pamięci mam niedawny Bałtyk i tamto urwanie chmury – tamto piekło było gorsze, więc ta ulewa to dla mnie zaledwie letni prysznic. Poza tym, jazda nocą ma jeden potężny plus: w dzień te drogi są tak zawalone samochodami, że jazda rowerem to walka o życie. Teraz mam je tylko dla siebie.

Dopiero tutaj, w Olkuszu, dociera do mnie, jak bardzo jest mi miło rowerowo. Cała wcześniejsza, bezpłciowa część dnia mogłaby dla mnie nie istnieć. Myślę o wszystkich, którzy mi kibicują. Czuję tę bliskość, chociaż wiem, że pewnie wszyscy już smacznie śpią.
A ja? Ja mam genialnie. Posiedzę jeszcze chwilę, dopiję frugo i ruszam w tę ulewę i ciemność, bo mam swój cel. To postanowione, nie będę spał drugiej nocy....
A jutro... jutro czeka mnie coś wspaniałego. Bo będzie Tradycyjny telefon na trasie od rodziny, ważny telefon który tym razem przyniesie miłą niespodziankę, o której nawet Rodzina jeszcze teraz nie ma pojęcia bo przecież wszyscy śpią, bo jeszcze się to nie wydarzyło, ale jest już naprawdę blisko. To skomplikowane, ale dowiecie się w poniedziałek.
Zwijam manatki. Deszcz napieprza, góry czekają. Ruszam przed północą!





Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!