Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 700696.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



MPP- wspomnienia, dzień 1

Sobota, 19 września 2026 · dodano: 19.09.2026 | Komentarze 0

150 advanced

RACHUNEK SUMIENIA POD LATARNIĄ MORSKĄ

Sobota, 12 września 2026 roku. Hel. Godzina 9:00 rano.
Stoję pod latarnią morską, wokół mnie ponad setka kolarzy, szum napiętych łańcuchów, pikające liczniki i ten specyficzny, przedstartowy gwar. A we mnie... cisza. I chłód. Nie ten wynikający z temperatury, ale ten, który Hel zawsze we mnie pompował wraz ze swoim cholernym, nieustającym wiatrem. Nie lubię tu być pogodowo. Zawsze tu wieje, zawsze tnie po twarzy z tą samą, bezwzględną monotonią. 
Mój 34. ultramaraton w życiu o powierzchni ponad tysiąca kilometrów. Trzy MPP mam już za sobą.  Ta impreza ma dla mnie twarz dziwnego, bolesnego paradoksu. Z jednej strony Hel jest mi bliski rowerowo – znam te drogi, znam ten asfalt. Z drugiej – MPP rzuca na mnie cień złych emocji i fatum, z którymi dzisiaj muszę się zmierzyć na nowo. 

To tutaj, podczas jednej z poprzednich edycji, odebrałem telefon, którego nikt nigdy nie chce odebrać. Wiadomość o śmierci Mamy uderzyła we mnie już na początku drogi, rozrywając serce na strzępy i na zawsze wiążąc ten wyścig z żałobą. Innym razem – ślub siostrzenicy. Kolejny moment z życia rodziny, z którego wycięła mnie chęć kolarskiej rywalizacji. Kolejny raz, kiedy mnie nie było, bo wybrałem inną drogę. Jakby tego było mało, ten wyścig zawsze zostawiał we mnie niedosyt. Wcześniej Maraton Północ-Południe nigdy nie miał pełnego tysiąca. Zawsze brakowało niewiele, kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrów do tej magicznej, psychologicznej granicy. Od kilku lat organizatorzy w końcu to zmienili – oficjalna trasa to 1010 kilometrów. Licznik w końcu pokaże cztery cyfry. Ale czy to wystarczy, żeby uciszyć demony? 
Przede mną ponad tysiąc kilometrów samotności, ból w nogach, brak snu i droga, która ostatecznie ma mnie zaprowadzić na tatrzańską Głodówkę. Ale tym razem nie jadę tylko po medal finishera. Jadę po to, żeby na tych tysiącu kilometrach w końcu pogodzić się z Helem. I z samym sobą.


Wybiła równo 9:00. Ruszyliśmy wszyscy jednocześnie, prosto spod helskiej latarni morskiej. Na ten start ubrałem się dokładnie tak samo, jak na Bałtyku – warstwowo: koszulka z długim rękawem, na to krótka koszulka RAP i jesienna bluza Bałtyku z długim rękawem oczywiście. Krótkie spodenki uzupełniłem o nogawki, na głowę wjechały dwa letnie kominy, a na dłonie rękawiczki bez palców. To mój zestaw bazowy. Dopóki pogoda jest łaskawa, trzymam ten zestaw. Dopiero gdy aura pokaże pazury, wyciągnę ciężki kaliber: kurtkę przeciwwiatrową, zimowe kominy i długie rękawice, a jak będzie zagrożone moje życie z powodu zbyt niskiej temperatury to na głowę dopiero wtedy założę kaptur.
GIANT propel lśnił w słońcu swoim pięknym, głębokim błękitem. To dopiero jego drugie ultra w życiu, ale o sprzęt jestem spokojny. Ma nowy, świeżo uszyty garnitur osprzętu, więc maszyna nie zawiedzie. Wszystko – absolutnie wszystko – zależy dzisiaj wyłącznie od mojej głowy i nóg. Żadnego zbędnego balastu. Mała sakwa podsiodłowa mieszcząca tylko niezbędne części i jeden jedyny bidon. Dwóch nie będę ze sobą targał, szkoda energii na wożenie zbędnych kilogramów. Na butach mam tylko "noski" – ochraniacze zakrywające przednią część stopy. Ten minimalizm bagażowy rzucał się w oczy. Ci, którzy mnie jeszcze nie znali, z podziwem komentowali brak tobołków,a dwóch bikerów wręcz poznało we mnie tego wariata, który kiedyś przejechał Bałtyk na... składaku. 

Pierwsze 40 kilometrów jechaliśmy wspólnie. Z przodu eskorta policji torująca drogę, z tyłu dyskoteka – karetka pogotowia z bez przerwy włączonymi, niebieskimi kogutami. Jechałem spokojnie, powoli, swoim tempem, aż wylądowałem na samym końcu stawki. Cały peleton wciąż miałem w zasięgu wzroku. Początek był świetny – zamknięty ruch sprawił, że samochody nie przeszkadzały, a na poboczach stali przypadkowi przechodnie, którzy zgotowali nam wspaniały doping.
Miałem plan, żeby z kimś się zabrać, doczepić do kolarza jadącego moim rytmem. Ale na ultra plany weryfikuje życie. Nic z tego nie wyszło. Jeśli z kimś jechałem, to najwyżej przez kilkanaście kilometrów. Większość czasu spędziłem sam na sam ze swoimi myślami.
Dzień minął potwornie szybko, a licznik nabił aż 362 kilometry. Co z nich zapamiętam? Piękną, ciepłą aurę, perfekcyjne asfalty i mnóstwo podjazdów, które dzisiaj wyjątkowo dobrze mi wchodziły. Zmiana trasy w tej części Polski przez organizatorów to był strzał w dziesiątkę. Rower pracował jak marzenie. Czasem z kimś rzuciło się parę słów, czasem z kimś poszło na noże na krótkim segmencie... 
Ale najjaśniejszym punktem dnia był 140. kilometr w Brodnicy Dolnej. Nagle zza zakrętu wyłaniają się oni: rapowiec Maciek Sala, Ania i Mirek! Kibicowali mi tak głośno i wspaniale, że aż dostałem gęsiej skórki. Zupełnie się ich tam nie spodziewałem. Taki zastrzyk energii na trasie jest bezcenny. 

Smutne jest tylko to, że na sam start na Hel musiałem z domu jechać zupełnie sam. Z moich stron nikt już nie jeździ na te ultra.  Wszyscy odpuścili. Zostałem sam na placu boju. Jeśli chodzi o jedzenie... cóż, klasyka ultra-samotności. Żadnej fajnej restauracji na trasie. Cały dzień karmiłem się "śmieciami" i hot-dogami na stacjach Orlenu.
Ale jadę dalej. Cieszy mnie fakt, że znowu zmierzam w kierunku gór. Innych niż te poprzednie, ale równie cudownych. Dlaczego to robię, skoro jestem już trochę zmęczony tymi wszystkimi rowerowymi emocjami? Bo tylko tutaj spotykam starych kumpli, których widuję wyłącznie na ultramaratonach. Bo jestem w miejscach, w których uwielbiam być. I wreszcie dlatego, że muszę tu trwać, jeśli chcę spełniać swoje kosmiczne marzenia. 

Wybija północ. Kończy się dzień, ale nie kończy się moja podróż. Dotarłem właśnie do miejscowości Kania. To niesamowity zbieg okoliczności, bo rano na starcie pod latarnią stałem ramię w ramię z moim sympatycznym kolegą, Witkiem Kanią. Los lubi pisać takie scenariusze.
Mój plan na tę noc jest prosty: nie kładę się spać. Północ minęła, a ja kręcę dalej w ciemność. Ale o tym, co przyniesie noc i kolejny poranek, napiszę jutro...




Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!