Info
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Październik13 - 7
- 2026, Wrzesień30 - 9
- 2026, Sierpień31 - 13
- 2026, Lipiec31 - 26
- 2026, Czerwiec30 - 9
- 2026, Maj31 - 8
- 2026, Kwiecień30 - 13
- 2026, Marzec31 - 21
- 2026, Luty28 - 17
- 2026, Styczeń31 - 44
- 2025, Grudzień31 - 28
- 2025, Listopad30 - 10
- 2025, Październik31 - 13
- 2025, Wrzesień30 - 20
- 2025, Sierpień31 - 17
- 2025, Lipiec31 - 12
- 2025, Czerwiec30 - 5
- 2025, Maj31 - 0
- 2025, Kwiecień30 - 6
- 2025, Marzec31 - 12
- 2025, Luty28 - 1
- 2025, Styczeń31 - 22
- 2024, Grudzień31 - 17
- 2024, Listopad30 - 10
- 2024, Październik31 - 19
- 2024, Wrzesień30 - 14
- 2024, Sierpień31 - 20
- 2024, Lipiec31 - 10
- 2024, Czerwiec30 - 7
- 2024, Maj31 - 9
- 2024, Kwiecień30 - 14
- 2024, Marzec31 - 16
- 2024, Luty29 - 7
- 2024, Styczeń31 - 7
- 2023, Grudzień31 - 9
- 2023, Listopad30 - 6
- 2023, Październik31 - 7
- 2023, Wrzesień30 - 5
- 2023, Sierpień31 - 12
- 2023, Lipiec31 - 10
- 2023, Czerwiec30 - 1
- 2023, Maj31 - 5
- 2023, Kwiecień30 - 2
- 2023, Marzec31 - 8
- 2023, Luty28 - 21
- 2023, Styczeń31 - 7
- 2022, Grudzień31 - 5
- 2022, Listopad30 - 1
- 2022, Październik31 - 0
- 2022, Wrzesień30 - 6
- 2022, Sierpień31 - 14
- 2022, Lipiec31 - 13
- 2022, Czerwiec30 - 6
- 2022, Maj31 - 4
- 2022, Kwiecień30 - 5
- 2022, Marzec31 - 3
- 2022, Luty28 - 11
- 2022, Styczeń31 - 6
- 2021, Grudzień31 - 5
- 2021, Listopad30 - 7
- 2021, Październik31 - 8
- 2021, Wrzesień30 - 20
- 2021, Sierpień31 - 33
- 2021, Lipiec31 - 6
- 2021, Czerwiec30 - 9
- 2021, Maj31 - 18
- 2021, Kwiecień30 - 17
- 2021, Marzec31 - 21
- 2021, Luty28 - 8
- 2021, Styczeń31 - 26
- 2020, Grudzień31 - 25
- 2020, Listopad30 - 10
- 2020, Październik31 - 15
- 2020, Wrzesień30 - 28
- 2020, Sierpień31 - 62
- 2020, Lipiec31 - 28
- 2020, Czerwiec30 - 16
- 2020, Maj31 - 20
- 2020, Kwiecień30 - 55
- 2020, Marzec31 - 26
- 2020, Luty29 - 14
- 2020, Styczeń31 - 15
- 2019, Grudzień31 - 1
- 2019, Listopad31 - 79
- 2019, Październik31 - 84
- 2019, Wrzesień30 - 90
- 2019, Sierpień31 - 186
- 2019, Lipiec31 - 76
- 2019, Czerwiec30 - 35
- 2019, Maj31 - 86
- 2019, Kwiecień30 - 52
- 2019, Marzec31 - 32
- 2019, Luty28 - 48
- 2019, Styczeń31 - 71
- 2018, Grudzień31 - 178
- 2018, Listopad30 - 183
- 2018, Październik31 - 163
- 2018, Wrzesień30 - 129
- 2018, Sierpień31 - 118
- 2018, Lipiec31 - 107
- 2018, Czerwiec30 - 135
- 2018, Maj31 - 183
- 2018, Kwiecień30 - 184
- 2018, Marzec31 - 184
- 2018, Luty28 - 191
- 2018, Styczeń31 - 73
- 2017, Grudzień31 - 26
- 2017, Listopad30 - 39
- 2017, Październik31 - 29
- 2017, Wrzesień30 - 21
- 2017, Sierpień31 - 19
- 2017, Lipiec31 - 33
- 2017, Czerwiec30 - 75
- 2017, Maj32 - 33
- 2017, Kwiecień28 - 13
- 2017, Marzec31 - 50
- 2017, Luty28 - 30
- 2017, Styczeń31 - 75
- 2016, Grudzień31 - 29
- 2016, Listopad30 - 18
- 2016, Październik31 - 11
- 2016, Wrzesień30 - 9
- 2016, Sierpień31 - 3
- 2016, Lipiec31 - 5
- 2016, Czerwiec30 - 52
- 2016, Maj31 - 27
- 2016, Kwiecień30 - 34
- 2016, Marzec31 - 26
- 2016, Luty29 - 76
- 2016, Styczeń31 - 195
- 2015, Grudzień31 - 83
- 2015, Listopad30 - 91
- 2015, Październik31 - 72
- 2015, Wrzesień30 - 55
- 2015, Sierpień31 - 41
- 2015, Lipiec31 - 69
- 2015, Czerwiec30 - 22
- 2015, Maj31 - 40
- 2015, Kwiecień30 - 65
- 2015, Marzec31 - 39
- 2015, Luty28 - 54
- 2015, Styczeń31 - 62
- 2014, Grudzień31 - 160
- 2014, Listopad30 - 1
- 2014, Październik31 - 0
- 2014, Wrzesień30 - 0
- 2014, Sierpień31 - 0
- 2014, Lipiec31 - 0
- 2014, Czerwiec30 - 0
- 2014, Maj31 - 52
- 2014, Kwiecień30 - 26
- 2014, Marzec31 - 55
- 2014, Luty28 - 95
- 2014, Styczeń31 - 89
- 2013, Grudzień31 - 20
- 2013, Listopad30 - 0
- 2013, Październik31 - 0
- 2013, Wrzesień30 - 0
- 2013, Sierpień31 - 0
- 2013, Lipiec31 - 0
- 2013, Czerwiec30 - 0
- 2013, Maj31 - 0
- 2013, Kwiecień30 - 0
- 2013, Marzec31 - 0
- 2013, Luty28 - 0
- 2013, Styczeń31 - 0
- 2012, Grudzień31 - 1
- 2012, Listopad30 - 0
- 2012, Październik31 - 0
- 2012, Wrzesień30 - 0
- 2012, Sierpień31 - 11
- 2012, Lipiec31 - 37
- 2012, Czerwiec30 - 56
- 2012, Maj31 - 24
- 2012, Kwiecień30 - 51
- 2012, Marzec31 - 120
- 2012, Luty29 - 15
- 2012, Styczeń31 - 34
- 2011, Grudzień31 - 11
- 2011, Listopad30 - 14
- 2011, Październik31 - 2
- 2011, Wrzesień30 - 5
- 2011, Sierpień31 - 31
- 2011, Lipiec31 - 19
- 2011, Czerwiec30 - 36
- 2011, Maj31 - 34
- 2011, Kwiecień30 - 51
- 2011, Marzec31 - 31
- 2011, Luty28 - 34
- 2011, Styczeń31 - 0
- DST 150.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
699 400 kilometrów bikestats jeszcze nie widział
Środa, 23 września 2026 · dodano: 23.09.2026 | Komentarze 0
150 advancedJeszcze tylko jutro...
Ostatnie godziny w trybach tej samej maszyny, tych samych ruchów, jeszcze tylko jutro będzie ten sam znajomy, nużący szum... a potem wreszcie ta chwila, gdy zamykają się jedne drzwi, a otwierają...
trochę wolnego, wreszcie oddech, który smakuje inaczej. Trochę czegoś, co nie jest planem, obowiązkiem, schematem... Ucieczka od tego, co codzienne, prosto w tamten świat. Świat niby nierealny, tak daleki od szarej rutyny, a jednak... dla mnie tak niesamowicie, boleśnie wręcz rzeczywisty...i trochę na pewno zobowiązujący.
Będzie znowu ta droga. Znowu ten moment, kiedy zostajesz sam na sam ze swoimi myślami, ze swoim tempem... A jednocześnie wiesz, że gdzieś tam, przed Tobą albo tuż za, są oni. Koledzy, z którymi dzielisz tę samą pasję, choć w ciągu roku...
porozmawiamy tylko przed, i po całym tym wszystkim, bo Pewnie na samej trasie nawet się nie dostrzeżemy, przemkniemy obok siebie jak cienie, zajęci własną walką... Ale to bez znaczenia. Bo świadomość, że jedziemy po tym samym asfalcie, pod tym samym niebem, w tym samym kierunku...i czasie
i Będę dokładnie tam, gdzie oni...
- DST 20.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
699 250 kilometrów - widzicie to ?
Wtorek, 22 września 2026 · dodano: 22.09.2026 | Komentarze 2
13 nextbike7 propel
...dzisiaj jeździć mi się nie chciało.
- DST 140.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
MPP - wspomnienia, dzień 3
Poniedziałek, 21 września 2026 · dodano: 21.09.2026 | Komentarze 1
140 advancedRzeki zamiast dróg, zjazdy z duszą na ramieniu i niespodzianka na mecie
14 września, poniedziałek. Wybiła północ, a ja minąłem Olkusz.
W tym momencie romantyczna wizja nocnej jazdy prysła jak bańka mydlana. Niebo otworzyło zawory, deszcz zaczął naparzać z siłą wodospadu, a temperatura spadła tak, że moje własne zęby zaczęły grać na perkusji. Przez chwilę jechałem w potrójnym pakiecie z dwoma gośćmi. Szybko jednak uznałem, że nasz „związek” nie ma przyszłości. Chłopaki mieli dziwną taktykę: pod górę zwalniali tak, że prawie stawałem w miejscu, a w dół lecieli jak samobójcy. A warunki? Ulice zamieniły się w rwące, górskie rzeki. Woda z syfem lała się strumieniami. Wizja wpadnięcia w jakąś głębszą dziurę oznaczała jedno: natychmiastową ewakuację do Krainy Wiecznych Łowów. Nie dało się jechać wolniej, bo zjazdy były tak długie, że od samego hamowania stopiłbym klocki do cna. Paradoksalnie, po raz kolejny autentycznie cieszyłem się na widok podjazdów. Przynajmniej człowiek nie czuł, że zaraz zamarznie.
Wokół egipska ciemność. Wąskie dróżki w małych wioskach, ściany drzew i ja. Staram się kontrolować myśli – pod żadnym pozorem nie wkręcam sobie awarii sprzętu, bo w tych egipskich ciemnościach naprawianie czegokolwiek skończyłoby się chyba załamaniem nerwowym. Po dwóch godzinach z nieba przestało lecieć, ale co z tego? Wilgoć weszła w kości tak głęboko, że suszenie w tych warunkach było jak szukanie logiki w ultra. Na słońce przed świtem nie ma co liczyć.
Około czwartej rano dopadł mnie kryzys idealny. To nawet nie była senność. Moje ciało po prostu kulturalnie, ale stanowczo powiedziało: „Stary, weź się odczep, nigdzie nie jadę”. Głowa pusta, motywacja na poziomie zera. Pomyślałem, że dobrze byłoby do kogoś gębę otworzyć, żeby nie zwariować. Po kilku podjazdach robię minutę, dwie przerwy. Stoję, patrzę w ciemność, wypatruję światełek z tyłu. Nic. Totalna pustka. No to schodzę z roweru. Siadam bezwładnie na ławce, czasem prosto na mokrej trawie. I tak co chwilę sprawdzam zegarek, odliczając minuty do szóstej rano, żeby te przeklęte ciemności w końcu poszły sobie w diabły.
Przed siódmą rano wjeżdżam do Jeleśnej. Moje rejony! Znam tu każdy kamień, każdy zakręt aż do samej mety. Do końca „tylko” 120 kilometrów. Czas na wykwintne, sportowe śniadanie: zamiast owsianki wjeżdża potężna sterta słodyczy popita czymś równie niezdrowym. Ale działa! Deszcz nie pada, wiatr mnie trochę osuszył, humor wraca.
Pół godziny po wyjeździe z Jeleśnej – j*b! Kolejna ulewa. Klasyka gatunku. Cisnę pod górę, woda leje się litrami, jestem przemoczony do suchej nitki. Narzucam kaptur na głowę i przyjmuję to na klatę z godnością godną mnicha z Shaolin. W Stryszawie nagle odcina wodę z nieba. Na 10-kilometrowym podjeździe w Zawoi asfalt jest wręcz suchy. Wjeżdżam swoim, równym tempem. Cierpliwie, metr po metrze. Wyprzedzam jakiegoś gościa – nawet z nim pogadałem kilka zdań, po czym jadę swoje. Na szczycie chwila oddechu i szybkie wciąganie resztek słodyczy zachowanych za bluzą.
Kilometr zjazdu i… zgadnijcie co? Tak, kolejna ulewa. Tym razem złośliwa. Zrobiło się tak potwornie ślisko, że całe 10 kilometrów w dół zjeżdżam bez jednego obrotu korbą. Efekt? Telepie mną z zimna tak, że przed Jabłonką, już na prostej, muszę się zatrzymać. Paradoksalnie – samo to, że przestałem pędzić w pędzie zimnego powietrza, sprawiło, że zrobiło mi się cieplej. Stoję na poboczu i toczę mentalną walkę z własnym organizmem, żeby go jakoś uspokoić. Do mety 80 kilometrów. Praktycznie czuję się, jakbym stał przed własnym domem.
Niestety, na drodze w kierunku Czarnego Dunajca zaczyna się drogowe zoo. Samochody jeżdżą jak wściekłe, wyprzedzając mnie „na gazetę”. Każdy mi powtarza: „Uważaj na siebie na trasie!”. Tylko co ja mam zrobić, skoro w tym momencie moje życie zależy wyłącznie od tego, czy kierowca z tyłu nie przegląda akurat TikToka? Miałem już na to totalnie wywalone. Będzie co ma być. Za Czarnym Dunajcem kapituluję na małej stacji paliw. Wpadam tam tylko po to, żeby w cieple odzyskać czucie w dłoniach. Wyglądam jak zmokła kura, ale psychicznie się pocieszam: zostały mi tylko dwa poważne zjazdy – przed Poroninem i za Zębem.
Gdy mijam Murzasichle, wjeżdżam w tryb „pełnoprawnego obywatela gór”. Do mety marne 11 kilometrów. I co z tego, że prawie cały czas pod górę? Co z tego, że niebo znowu się wścieka i zrywa się ostatnia ulewa? W pewnym momencie zacząłem nawet po cichu prosić niebiosa: „Dobra, lejcie solidnie, chcę wjechać na metę z pompą, w totalnym deszczu!”. Oczywiście złośliwość losu zadziałała i na sam koniec deszcz odpuścił.
Na metę wjeżdżam dokładnie o 13:54. Czas stop.

Ostatecznie melduję się na 30. miejscu na 124 startujących (z czego do mety dotarło tylko 99 twardzieli). Średnia prędkość z uwzględnieniem postojów to 19,1 km/h. Łącznie w trakcie wyścigu odpoczywałem 6 godzin i 48 minut. Dystans: 1010 kilometrów.
W ten sposób na moje konto wpada 34. ukończone ultra o dystansie powyżej 1000 kilometrów. Liczba kosmiczna. I w tym miejscu moglibyśmy postawić kropkę, napisać „koniec relacji”, ale to ultra miało dla mnie jeszcze jeden, niesamowity zwrot akcji.
Wchodzę do schroniska, witam się z chłopakami, wyciągam zmarznięty telefon, żeby sprawdzić wiadomości. Odpalam ekran i zamieram....czytam wiadomość ze zdjęciem: "cześć Wujek, mam na imię Wandzia, witam Cię ". Moja siostrzenica właśnie urodziła córeczkę. Dała jej na imię Wanda – po mojej zmarłej Mamie.
W jednej sekundzie całe zmęczenie, zimno i ból nóg zniknęły. Tradycji stało się zadość – moje MPP znowu potoczyło się rodzinnie, ale tym razem w najpiękniejszy, niesamowicie szczęśliwy sposób.
Nowe życie na mecie tysiąca kilometrów.
- DST 154.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
MPP - wspomnienia, dzień 2
Niedziela, 20 września 2026 · dodano: 20.09.2026 | Komentarze 0
80 advanced74 wigry 3
Niedzielny taniec cieni i wielkie łódzkie tarki
13 września, grubo po północy. Ciemność taka, że można by ją kroić nożem, ale w sumie jest przyjemnie. Nie pada. Jadę. No, „jadę” to duże słowo – biorę udział w kolarskich szybkich randkach. Mój peleton zmienia się dynamicznie: raz lecę w luksusowym, 10-osobowym pociągu, by po pięciu minutach zorientować się, że zostaliśmy we trzech. Ludzie pękają, nie trzymają koła, zwalniają, odpadają. Rytm szarpany jak sumienie grzesznika. Nikogo nie gonię, na nikogo nie czekam. Oficjalnie: jestem z kimś, ale tak naprawdę z nikim.
Mijam Nakło, mijam Szubin. Potem zaczyna się sterta miejscowości, których nazwy brzmią, jakby ktoś rzucił garść liter na mapę. Totalnie nic mi to nie mówi. Jedyne, co ratuje psychikę, to błogosławiona sieć stacji paliw. Czynny Orlen w nocy na ultra to jak oaza na Saharze. Ale twardo trzymam fason – jeden bidon wystarcza, lecę dalej.
Po czwartej rano następuje jednak kapitulacja. Wjeżdżamy na jakąś stację. Widok? Żywe trupy. Ultramaratończycy śpią na siedząco, oparci o lodówki z energetykami.
Pół godziny resetu i z nową, trzyosobową ekipą ruszamy witać świt, przępiękny kolejny dzień zbliżający mnie do gór.I wtedy wjeżdża ono. Województwo łódzkie. Całe na szaro i całe w łatach.
To, co tam się działo, to nie były dziury. To była zemsta drogowców. Wyobraźcie sobie drogę, gdzie na czternastej łacie leży piętnasta, a na niej szesnasta. Karbonowa rama miała tłumić drgania, ale przy tej tarce poddała się i zaczęła udawać wibrator przemysłowy. Rower trzęsie się tak, że plomby w zębach chcą zmienić właściciela. Rozpędzić się nie da, system rozwalony, emocje zmasakrowane. Żeby chociaż był jakiś podjazd, cokolwiek! A tu płasko jak na stole w prosektorium i ten ból, że nawet nie ma jak się zmęczyć pod górę, tylko trzeba cierpieć na płaskim. Tragedia.
Radiowy mecz i ucieczka w samotność
Gdzie jadłem śniadanie około 11:00? Nie mam zielonego pojęcia. Jakaś stacja, nawet na mapie nie mogę tego znaleźć, masakra. Pamiętam za to obiad – wjechała normalna, upragniona zupka i soczyste drugie danie z colą i lodem. Od tego momentu zostałem sam. Jeden, jedyny na szosie. Ludzie wokół zniknęli: jedni zrezygnowali, inni zalegli w rowach i hotelach, żeby odespać. Pogoda niby wspaniała, ale żeby nie było za nudno, co jakiś czas dostaję w pysk wiatrem. Nie za mocnym, takim akurat, żeby przypomnieć mi, gdzie jest moje miejsce w szeregu.
Żeby nie zwariować w tej samotności, odpalam w telefonie... mecz Legii z Widzewem. Ekran w kieszeni, ja tylko słucham. Klasyk polskiej piłki jako ścieżka dźwiękowa do kolarskiego tyrania – idealne połączenie.
Szczerze? Ten dzień był dla mnie bez większych emocji. Odhaczyłem go jak pańszczyznę. Moje myśli już dawno uciekły do przodu. Żyłem górami. Widziałem już oczami wyobraźni ten hotel, w którym spędzę kilka dni, to schronisko na początku... Te wizje tak bardzo mąciły mi w głowie, że kompletnie nie potrafiłem skupić się na tym, gdzie aktualnie zostawiam swoje pot i łzy.
Olkusz: powrót do żywych i nocny deszczowy hardcore
Ale przed Olkuszem – celem mojej dzisiejszej poniewierki – krajobraz wreszcie się zlitował. Pojawiły się góry! Rower odżył, ja też. Chwilami gotowałem się na podjazdy, pić chciało się niemiłosiernie, ale przetrwałem. Najważniejsze, że wciąż było ciepło, choć na trasie straszyli, że w poniedziałek przed Zakopanem ma przyjść biblijny potop.
Parę kilometrów przed miastem zaczyna kropić. Potem przechodzi to w solidną mrzawkę. Na stację w Olkuszu wjeżdżam idealnie o godzinie 23 – lekko mokry, ale z wielkim bananem na twarzy. Jest wspaniale. Jestem tu dokładnie o tej porze, o której planowałem. Pozycja w rankingu? Mam ją głęboko w nosie, nawet jej nie sprawdzam. Liczy się tylko to, że trwam w tym ultra, a na ostatni dzień zostaje mi „tylko” 200 kilometrów.
Siedzę na tym Orlenie, patrzę przez szybę, a na zewnątrz zaczyna się regularna ulewa. Za chwilę muszę wyjechać w noc – w totalną ciemność, w lasy, na wąskie drogi małych miasteczek, na stertę niebezpiecznych zjazdów i podjazdów na mokrym asfalcie. Będzie ciężko. Ale w pamięci mam niedawny Bałtyk i tamto urwanie chmury – tamto piekło było gorsze, więc ta ulewa to dla mnie zaledwie letni prysznic. Poza tym, jazda nocą ma jeden potężny plus: w dzień te drogi są tak zawalone samochodami, że jazda rowerem to walka o życie. Teraz mam je tylko dla siebie.
Dopiero tutaj, w Olkuszu, dociera do mnie, jak bardzo jest mi miło rowerowo. Cała wcześniejsza, bezpłciowa część dnia mogłaby dla mnie nie istnieć. Myślę o wszystkich, którzy mi kibicują. Czuję tę bliskość, chociaż wiem, że pewnie wszyscy już smacznie śpią.
A ja? Ja mam genialnie. Posiedzę jeszcze chwilę, dopiję frugo i ruszam w tę ulewę i ciemność, bo mam swój cel. To postanowione, nie będę spał drugiej nocy....
A jutro... jutro czeka mnie coś wspaniałego. Bo będzie Tradycyjny telefon na trasie od rodziny, ważny telefon który tym razem przyniesie miłą niespodziankę, o której nawet Rodzina jeszcze teraz nie ma pojęcia bo przecież wszyscy śpią, bo jeszcze się to nie wydarzyło, ale jest już naprawdę blisko. To skomplikowane, ale dowiecie się w poniedziałek.
Zwijam manatki. Deszcz napieprza, góry czekają. Ruszam przed północą!
- DST 150.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
MPP- wspomnienia, dzień 1
Sobota, 19 września 2026 · dodano: 19.09.2026 | Komentarze 0
150 advancedRACHUNEK SUMIENIA POD LATARNIĄ MORSKĄ
Sobota, 12 września 2026 roku. Hel. Godzina 9:00 rano.
Stoję pod latarnią morską, wokół mnie ponad setka kolarzy, szum napiętych łańcuchów, pikające liczniki i ten specyficzny, przedstartowy gwar. A we mnie... cisza. I chłód. Nie ten wynikający z temperatury, ale ten, który Hel zawsze we mnie pompował wraz ze swoim cholernym, nieustającym wiatrem. Nie lubię tu być pogodowo. Zawsze tu wieje, zawsze tnie po twarzy z tą samą, bezwzględną monotonią.
Mój 34. ultramaraton w życiu o powierzchni ponad tysiąca kilometrów. Trzy MPP mam już za sobą. Ta impreza ma dla mnie twarz dziwnego, bolesnego paradoksu. Z jednej strony Hel jest mi bliski rowerowo – znam te drogi, znam ten asfalt. Z drugiej – MPP rzuca na mnie cień złych emocji i fatum, z którymi dzisiaj muszę się zmierzyć na nowo.
To tutaj, podczas jednej z poprzednich edycji, odebrałem telefon, którego nikt nigdy nie chce odebrać. Wiadomość o śmierci Mamy uderzyła we mnie już na początku drogi, rozrywając serce na strzępy i na zawsze wiążąc ten wyścig z żałobą. Innym razem – ślub siostrzenicy. Kolejny moment z życia rodziny, z którego wycięła mnie chęć kolarskiej rywalizacji. Kolejny raz, kiedy mnie nie było, bo wybrałem inną drogę. Jakby tego było mało, ten wyścig zawsze zostawiał we mnie niedosyt. Wcześniej Maraton Północ-Południe nigdy nie miał pełnego tysiąca. Zawsze brakowało niewiele, kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrów do tej magicznej, psychologicznej granicy. Od kilku lat organizatorzy w końcu to zmienili – oficjalna trasa to 1010 kilometrów. Licznik w końcu pokaże cztery cyfry. Ale czy to wystarczy, żeby uciszyć demony?
Przede mną ponad tysiąc kilometrów samotności, ból w nogach, brak snu i droga, która ostatecznie ma mnie zaprowadzić na tatrzańską Głodówkę. Ale tym razem nie jadę tylko po medal finishera. Jadę po to, żeby na tych tysiącu kilometrach w końcu pogodzić się z Helem. I z samym sobą.

Wybiła równo 9:00. Ruszyliśmy wszyscy jednocześnie, prosto spod helskiej latarni morskiej. Na ten start ubrałem się dokładnie tak samo, jak na Bałtyku – warstwowo: koszulka z długim rękawem, na to krótka koszulka RAP i jesienna bluza Bałtyku z długim rękawem oczywiście. Krótkie spodenki uzupełniłem o nogawki, na głowę wjechały dwa letnie kominy, a na dłonie rękawiczki bez palców. To mój zestaw bazowy. Dopóki pogoda jest łaskawa, trzymam ten zestaw. Dopiero gdy aura pokaże pazury, wyciągnę ciężki kaliber: kurtkę przeciwwiatrową, zimowe kominy i długie rękawice, a jak będzie zagrożone moje życie z powodu zbyt niskiej temperatury to na głowę dopiero wtedy założę kaptur.
GIANT propel lśnił w słońcu swoim pięknym, głębokim błękitem. To dopiero jego drugie ultra w życiu, ale o sprzęt jestem spokojny. Ma nowy, świeżo uszyty garnitur osprzętu, więc maszyna nie zawiedzie. Wszystko – absolutnie wszystko – zależy dzisiaj wyłącznie od mojej głowy i nóg. Żadnego zbędnego balastu. Mała sakwa podsiodłowa mieszcząca tylko niezbędne części i jeden jedyny bidon. Dwóch nie będę ze sobą targał, szkoda energii na wożenie zbędnych kilogramów. Na butach mam tylko "noski" – ochraniacze zakrywające przednią część stopy. Ten minimalizm bagażowy rzucał się w oczy. Ci, którzy mnie jeszcze nie znali, z podziwem komentowali brak tobołków,a dwóch bikerów wręcz poznało we mnie tego wariata, który kiedyś przejechał Bałtyk na... składaku.
Pierwsze 40 kilometrów jechaliśmy wspólnie. Z przodu eskorta policji torująca drogę, z tyłu dyskoteka – karetka pogotowia z bez przerwy włączonymi, niebieskimi kogutami. Jechałem spokojnie, powoli, swoim tempem, aż wylądowałem na samym końcu stawki. Cały peleton wciąż miałem w zasięgu wzroku. Początek był świetny – zamknięty ruch sprawił, że samochody nie przeszkadzały, a na poboczach stali przypadkowi przechodnie, którzy zgotowali nam wspaniały doping.
Miałem plan, żeby z kimś się zabrać, doczepić do kolarza jadącego moim rytmem. Ale na ultra plany weryfikuje życie. Nic z tego nie wyszło. Jeśli z kimś jechałem, to najwyżej przez kilkanaście kilometrów. Większość czasu spędziłem sam na sam ze swoimi myślami.
Dzień minął potwornie szybko, a licznik nabił aż 362 kilometry. Co z nich zapamiętam? Piękną, ciepłą aurę, perfekcyjne asfalty i mnóstwo podjazdów, które dzisiaj wyjątkowo dobrze mi wchodziły. Zmiana trasy w tej części Polski przez organizatorów to był strzał w dziesiątkę. Rower pracował jak marzenie. Czasem z kimś rzuciło się parę słów, czasem z kimś poszło na noże na krótkim segmencie...
Ale najjaśniejszym punktem dnia był 140. kilometr w Brodnicy Dolnej. Nagle zza zakrętu wyłaniają się oni: rapowiec Maciek Sala, Ania i Mirek! Kibicowali mi tak głośno i wspaniale, że aż dostałem gęsiej skórki. Zupełnie się ich tam nie spodziewałem. Taki zastrzyk energii na trasie jest bezcenny.
Smutne jest tylko to, że na sam start na Hel musiałem z domu jechać zupełnie sam. Z moich stron nikt już nie jeździ na te ultra. Wszyscy odpuścili. Zostałem sam na placu boju. Jeśli chodzi o jedzenie... cóż, klasyka ultra-samotności. Żadnej fajnej restauracji na trasie. Cały dzień karmiłem się "śmieciami" i hot-dogami na stacjach Orlenu.
Ale jadę dalej. Cieszy mnie fakt, że znowu zmierzam w kierunku gór. Innych niż te poprzednie, ale równie cudownych. Dlaczego to robię, skoro jestem już trochę zmęczony tymi wszystkimi rowerowymi emocjami? Bo tylko tutaj spotykam starych kumpli, których widuję wyłącznie na ultramaratonach. Bo jestem w miejscach, w których uwielbiam być. I wreszcie dlatego, że muszę tu trwać, jeśli chcę spełniać swoje kosmiczne marzenia.
Wybija północ. Kończy się dzień, ale nie kończy się moja podróż. Dotarłem właśnie do miejscowości Kania. To niesamowity zbieg okoliczności, bo rano na starcie pod latarnią stałem ramię w ramię z moim sympatycznym kolegą, Witkiem Kanią. Los lubi pisać takie scenariusze.
Mój plan na tę noc jest prosty: nie kładę się spać. Północ minęła, a ja kręcę dalej w ciemność. Ale o tym, co przyniesie noc i kolejny poranek, napiszę jutro...
- DST 150.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
260 983 kilometry do MILIONA
Piątek, 18 września 2026 · dodano: 18.09.2026 | Komentarze 0
121 advanced29 wigry 3
w mojej kosmicznej drodze nic się nie zmieniło.
Dalej jest pięknie.
- DST 11.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
261 133 kilometry do MILIONA
Czwartek, 17 września 2026 · dodano: 17.09.2026 | Komentarze 0
11 propel

- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
261 144 kilometry do MILIONA
Środa, 16 września 2026 · dodano: 16.09.2026 | Komentarze 0
... to uczucie, gdy otwieram oczy i nie muszę iść na rower, to dla mnie najwyższa forma kolarskiego luksusu.




- DST 20.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
261 144 kilometry do MILIONA
Wtorek, 15 września 2026 · dodano: 15.09.2026 | Komentarze 0
20 propelGłodówka - Zakopane

CZTERY RAZY PÓŁNOC POŁUDNIE, czyli o tym, jak zostałem schroniskowym „morsem” we wrzątku
Meta! Wjechałem na nią w dniu wczorajszym totalnie przemoczony, potwornie zmęczony i… cholernie szczęśliwy. Czwarty raz w życiu zamknąłem klamrą Ultramaraton Północ-Południe. Ale tym razem zamiast tradycyjnej, natychmiastowej ewakuacji do Zakopanego, postanowiłem zaryzykować coś nowego. Zostałem na noc w schronisku na Głodówce. I wiecie co? To była najlepsza decyzja w mojej całej „ultrasowej” karierze.
Zanim jednak przeszedłem do celebracji, musiałem przejść przez najważniejszy punkt programu. Reset systemu.
Operacja: Prysznicowa Hibernacja
Po odebraniu medalu i uściśnięciu dłoni, mój mózg wysyłał już tylko jeden, zapętlony sygnał: "Ciepło. Dużo ciepła". Natychmiast.
Wbiłem się pod prysznic, odkręciłem kurek z gorącą wodą na pozycję „bliską lawy” i… po prostu usiadłem na kafelkach kabiny. Przez kolejne 45 minut świat zewnętrzny przestał dla mnie istnieć. Gdyby ktoś wtedy wszedł do łazienki, pomyślałby pewnie, że kręcą tu film o katastrofie ekologicznej albo że w schronisku zamieszkał ugotowany na miękko leniwiec. Woda lała się na mnie strumieniami, a ja w tym saunowym letargu powoli przypominałem sobie, jak nazywam się ja i moi bliscy. Po trzech kwadransach, pomarszczony jak dobrze wysuszona śliwka kalifornijska, ale w końcu rozmrożony, uznałem, że czas wrócić do żywych.

Głodówka i „Górna Półka”
Dopiero potem, pachnący i zresetowany, dołączyłem do reszty ekipy. I tu olśnienie numer dwa tego dnia: warto przyjechać na metę w poniedziałek już w południe! Dlaczego? Bo o tej porze w schronisku czeka już tzw. „górna półka” kolarskich wyjadaczy. Wszyscy wykąpani, pachnący (w miarę możliwości) i gotowi na najważniejszą dyscyplinę tych zawodów: jedzenie na czas.
Od tamtego momentu nasz plan dnia wygląda następująco: jemy, rozmawiamy, wspominamy trasę, jemy, zmieniamy pozycję na ławkach, znowu jemy i znowu rozmawiamy. Ilości pochłanianego paliwa mogłyby zasilić małą elektrownię.
Teraz siedzę z chłopakami i przeżywamy najtrudniejszy etap całego ultramaratonu. Trasa z Północy na Południe to przy tym pikuś. Obecnie toczymy tytaniczną walkę z grawitacją naszych własnych powiek. Każdy z nas marzy tylko o tym, żeby rzucić się na łóżko i odpłynąć w krainę snu, ale nikt nie chce być pierwszym, który wymięknie! Robimy absolutnie wszystko, co w ludzkiej mocy – opowiadamy kolejne anegdoty, gestykulujemy, pijemy kolejną herbatę – byle tylko opóźnić ten moment i nacieszyć się swoim towarzystwem.
To niesamowite, jak wspólny ból na trasie potrafi zbliżyć ludzi. Cztery razy meldowałem się na mecie tego klasyka, ale ten poniedziałek na Głodówce, spędzony z rowerowymi bratnimi duszami, zapamiętam na bardzo, bardzo długo.
Wspaniały dzień. A teraz wybaczcie… moje powieki właśnie wygrały tę walkę. Dobranoc!
- DST 217.00km
- Sprzęt GIANT ANTHEM 3
- Aktywność Jazda na rowerze
Maraton Północ Południe
Poniedziałek, 14 września 2026 · dodano: 15.09.2026 | Komentarze 0
217 propelMaraton Północ Południe
Olkusz - Gościniec - Trzebinia - Bolęcin - Zator - Wieprz - Łękawica - Pawel Mała - Jeleśnia - Koszarawa - Stryszawa - Zawoja - Zubrzyca Górna - Jabłonka - Czarny Dunajec - Ząb - Poronin - Murzasichle - Głodówka








