Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 695311.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



MIKOŁAJ KOPERNIK

Piątek, 24 lipca 2026 · dodano: 24.07.2026 | Komentarze 2

200 propel


Dzisiaj ta sama trasa, którą jechałem trzy dni temu, czyli wypad do Kopernika na obiad...tym razem elegancko, na sucho, w Słońcu, w garniturze, z pysznym śniadaniem nad Motławą w Gdańsku, no i szybciej....


Włożyłem mu kask i okulary Rudy Project...i napiszę tak: jeśli Mikołaj marzył kiedyś o jeździe na rowerze to właśnie spełniłem Jego renesansowe fantazje.


RAP - wspomnienia dzień 9

Czwartek, 23 lipca 2026 · dodano: 23.07.2026 | Komentarze 1

194 propel
3 nextbike

Dzień dziewiąty. Powrót do domu. Powrót do siebie.

dziewiąty dzień.
A ja już wiem od nocy, że będzie wyjątkowy.
Nie dlatego, że jest łatwiej - bo nie jest.
Nie dlatego, że pogoda sprzyja - bo nie sprzyja.
Ale dlatego, że dziś wracam na swoje podwórko, dosłownie.
A to zmienia wszystko.

Wyjeżdżam z Mielenka o pierwszej w nocy.
Na tym pasie wybrzeża jazda o tej porze to czysta magia.
W dzień nienawidzę tych miejsc - samochody, tłumy, turystyczny chaos,
który potrafi zabić każdą przyjemność z jazdy. Ale nocą ? 
Nocą to jest mój świat.
Pusto. Cicho.
Wiatr wieje w plecy, co oznacza jedno: że będzie źle.
Doświadczenie mnie nauczyło, że jak wiatr pomaga to wystawia rachunek.
Mi nikt i nic nie musi pomagać, to dużo, że coś nie przeszkadza.
Mielno, Darłowo, Ustka - wszystko puste.
Przez wiele kilometrów jadę środkiem drogi, jak król szos, który ma własna autostradę.
Niedzielny poranek, trzecia, może czwarta - świat jeszcze śpi, nie wstał, a ja jestem już daleko.
Minus ? Orleny.
Są, ale jakby ich nie było.
Nic do jedzenia.
Pierwszy hot dog dopiero po ponad stu kilometrach w Główczycach.
A od godziny już leje.

Nie tak, że "pada". 
Leje.
Tak, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie jedzie w środku jakiegoś
eksperymentu meteorologicznego.
na chwilę przestaje. Robi się gorąco.
Zaczynam się rozbierać....a za dwie minuty już - ulewa jak z filmu
katastroficznego.
I wtedy ten wiatr, który wcześniej pomagał, zaczyna współpracować z deszczem.
Zamiast pchać mnie do przodu, pcha mi zimno pod kurtkę, potężne zimno.
mam już na sobie wszystko, wszystko założyłem na siebie, co miałem...włącznie z kapturem na głowę.
Jest mi bardzo zimno, przenikliwie. Trasa zmienia kierunki, więc czas jedzie się pod wiatr,
ponadto podjazdy, zjazdy - wszystko tak ułożone, żeby nas sprawdzić, kto ile wytrzyma...
bo ja uwielbiam się gotować...trudno, dawno tak nie cierpiałem.

W rejonie Krokowej i jeziora Żarnowieckiego było mi najgorzej.
Tu byłem w istnej walce, drogi były tak zalane, że samochód jadący z przeciwka kołami swoimi lał całą wodę z asfaltu na bok...na mnie,
dodatkowa dawka zimnej wody. Było trudno...robiłem wszystko, aby się tylko nie zatrzymać na drodze.
Bałem się zatrzymać na wolnym powietrzu, a schować się nie było gdzie...sklepy to nie był dobry pomysł, musiałem coś ciepłego wypić.
Na trasie tasuję się z Dawidem Horn i Maćkiem Sala - nie jedziemy razem, ale widzimy się chwilami, jak duchy na trasie.
W końcu spotykamy się na Orlenie w okolicy Rybna.
Dwieście kilometrów przejechane, a ja nadal nie mogę zjeść coś pożywnego...nadal jade na jednym Hot dogu.
Kupuję czekolady, stertę czekolad i herbatę.
To trochę pomaga... ludzie ze zdziwieniem na mnie patrzą jak wykręcam rękawiczki z których woda leci jak z wiadra...
jestem przemoczony do suchej nitki.
naprawdę dawno tak nie cierpiałem.
Dużo wpływ na ten dyskomfort miał fakt, że droga tu był bardzo ruchliwa, sterta samochodów,
nie można było poluzować, ale ciągle uważać...zero prostych odcinków, ciągle jakieś zakręty, tragedia.

Po orlenie zmieniam kominy na jesienne, grubsze.
jadę dalej, już nie pada, a będzie padać potem tylko chwilami, tyle, że nadal jest
mi zimno i teraz muszę szybciej jechać, aby się rozgrzać, aby wjechać w swoje ciepło...udaje się po kilkunastu minutach.
Takie chwile kojarzą mi  się z MRDP na ścianach wschodnich...dobrze, że w tych miejscach jest dużo podjazdów.
Prawie jak w górach. I to mnie ratuje - bo podjazd to gwarancja ciepła, a ciepło to życie.
Już długo nie pada...koledzy zmieniają ciuchy na przystankach. Ja schnę w ruchu, nie mam innej opcji.
A lało ze trzy godziny.

Straszyn.
290 km na hot dogu. Za to powinni dać mi już medal.
Dopiero tutaj jem poważny, odżywczy posiłek.
To moje miejsce. To mój teren...zostało 70 km.
I wtedy włącza się we mnie coś, czego nie da się zatrzymać, i opisać inaczej niż: dom.
Nie wiem kto będzie czekał.
Z nikim się nie umawiam.
Ale wiem, że ktoś będzie.
I tego właśnie nie mogę się doczekać.

jadę jak pod domem, choć do mety mam jeszcze 1000 km to czuję się już teraz,
jakbym wracał do domu z Trójmiasta.
Dziwne uczucie - bo czasem jadą tu pod domem myślami jestem jak bym był na RAP- ie.
wszystko może się poplątać.

Nie pada.
Jest ciepło.
Teraz wiatr pomaga.

W Rychnowach Żuławskich nie zajeżdżam na punkt kontrolny.
Zatrzymuję się na rondzie, sprawdzam Garmina i jadę dalej bo wiem, że co najmniej kilka osób
obserwuje moją kropkę zastanawiając się czy pojedzie dalej, czy tez nie ?
Jadę dalej.

Elbląg. Około 19- tej.
Na wlocie stoją pierwsi Kibice: Jola, Sławek, Mario.
Zatrzymuję się. Rozmawiamy długo. Czas ?
A co mnie obchodzi czas ? Oni są ważniejsi.
Potem Siostra ze Szwagrem, kawałek za Elblągiem, w Jagodnie, gdzie dojeżdża również Piotrek Dylewski.
Szkoda tylko, że Henia nie zobaczyłem - źle odczytał kropkę. Nie zdążył.

To były spotkania rodzinne. Ważne. takie, które zostają w sercu na zawsze...a to jeszcze nie koniec dnia.
Plan był prosty: dojechać dziś na chatę do Kopernika.
A Kopernik ? no cóż. Zobowiązuje.

Dzisiejszy dzień był więc najdłuższy ze wszystkich na tegorocznym RAP- ie, pełne 398 kilometrów
z sumą przewyższeń 2500 metrów.
Czy spotkałem się z Kopernikiem ? ...widziało mnie nawet kilku Koperników.
I to było wyśmienite....we Fromborku spotkanie z Beatą - kilka godzin...taka wisienka na torcie, który jadłem cąły dzień.
Wjechałem tu po godzinie 21....było cudnie.

a więc jeszcze raz.
Mija dziewiąty dzień jazdy. A ja ?
Ja Jadę z tym samym numerem startowym, w tym samy ubraniu, na tym samym rowerze.
Mam wszystko to, co miałem na sobie i ze sobą na starcie w Warszawie...tylko wyglądam inaczej.

Jestem szczęśliwy. Zwłaszcza po spotkaniach z tymi wszystkimi osobami, które były
dziś ze mną na trasie.
I pomyśleć, że będąc we Fromborku często po godzinie jestem w domu,
A teraz ? Teraz mam w nogach 2800 km, a od jutra do przejechania jeszcze 800.

I to jest właśnie ultra.

( mój dziewiąty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Siostry )


RAP - wspomnienia dzień 8

Środa, 22 lipca 2026 · dodano: 22.07.2026 | Komentarze 1

93 propel
20 nextbike
7 advanced

Ósmy dzień.
Godzina druga w nocy, Kostrzyn nad Odrą śpi, a ja już jestem w drodze.
Uwielbiam ten moment - ciemność, która nie straszy, tylko otula.
Droga z Kostrzyna do Osinowa Dolnego jest jak stary kolega, przejrzysta, spokojna, przewidywalna.
Las pojawia się tylko na chwilę, jakby nie chciał przeszkadzać. Pusto. Cicho. Idealnie rowerowo.
ale to, co dobre na RAP-ie nigdy nie trwa długo.

Po kilku godzinach, wcześnie nad ranem zaczyna się ta część, której nie lubię, którą wolałbym omijać szerokim łukiem.
Byłem tu tyle razy, że już nawet nie walczę z niechęcią. Pogodziłem się.
To tylko odcinek. To tylko zadanie.

Dzisiaj nie ma filozofii - trzeba ten dzień przejechać i tyle.
Robię więc absolutne minimum: 315 km, przewyższeń zaledwie 1500 metrów.
Za Goleniowem jest odmiennie, robi się pusto, jakby świat wreszcie przypomniał sobie, że jestem na trasie ultra,
a nie na wycieczce po województwie.
Mam tu swoje miejsca - te obiadowe, te relaksujące - wszystko na drodze do Kołobrzegu.
Ale prawda jest taka, że niewiele to zmienia.
Bo jutro nie będzie lepiej.
Wiatr nie pomaga, ale przynajmniej nie przeszkadza tak, jak wczoraj. Po tylu przejechanych kilometrach
i tak mnie szybciej nie popchnie na metę.
Nie jestem wycieńczony, ale swoje w nogach mam.
I nie chcę zmieniać systemu jazdy. Pogoda dobra, nic więcej nie trzeba.

Niektórzy po tylu dniach, po takiej odległości, po tylu kryzysach - rezygnują.
Nie oceniam. Każdy z nas ma swoją historię. Każdy z nas jest czymś więcej niż kropką na trasie.
Ja jadę z poczuciem, że jest coraz bliżej. Mam w głowie problemy, które mogą nadejść - i mam nadzieję, że
będą to tylko problemy pogodowe...


Wieczorem dojeżdżam do punktu kontrolnego w Mielenku. Cudowne warunki.
Cisza, spokój, znajome twarze.
Wybieram za totalne free pokój, jem to, co lubię i to co jest odżywcze.
Kładę się już o godzinie 20, z zamiarem spania do północy...krótki opis bo dla mnie krótki to był dzień.
Nadal pamiętam o kibicach, którzy są wpatrzeni w moją rowerową sytuację każdego dnia.
To poczucie i to przekonanie, że nie jestem w tym wszystkim sam...to bardzo miłe uczucie.

Takie jest moje Race Around Poland.
Nie sprawdzam pogody na kolejne dni - no bo po co ?
To mogę robić pod domem.
Tu trzeba jechać.
Tu trzeba poddać się każdej sytuacji.
Tu nie ma miejsc na słowo "nie".

( mój ósmy dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Sebastiana )


MIKOŁAJ KOPERNIK

Wtorek, 21 lipca 2026 · dodano: 21.07.2026 | Komentarze 1

200 propel

dzisiaj przejechałem 200 km


ale tylko w tych godzinach, kiedy pogoda postanowiła zrobić ze mnie
test wytrzymałościowy dla nowych modeli łodzi podwodnych.
Wiało natomist tak z północy, że gdybym na głowie miał czapkę, to już by była w Czechach.
a deszcz ? Ten deszcz był tak konsekwentny, że chyba miał grafik i nie chciał się spóźnić w żadnej z moich chwil.

Postanowiłem pojechać do Kopernika


do Kopernika przez Gdańsk, bo plan miałem piękny...najpierw śniadanko nad Motławą,
elegancko, jak człowiek. Ale po trzech godzinach byłem już tak mokry...jak klapki w basenie, więc zrobiłem jedyne
logiczne w takiej sytuacji: skręt do elbląga i śniadanie w domu, w suchych ciuchach, jak cywilizowany człowiek.

Potem oczywiście wróciłem na trasę, bo przecież Kopernik czekał.
A pogoda ? Pogoda powiedziała: " Ooo, Robert wrócił !! To dawaj, od początku - pełny deszcz, pełny wiatr,
proszę wszystkie opcje włączyć".

Wiało z każdej strony, jakby dwa żywioły zrobiły naradę i uznały, że dziś będą pracować zespołowo.
Deszcz lał tak, że nawet ryby w pobliskich stawach zastanawiały się, czy ktoś tu nie przesadza bo woda
w wielu miejscach wlewała się dosłownie na drogę.

a ja mimo to jechałem.
Bo jak wiadomo.
Kopernik zatrzymał Słońce, ruszył Ziemię,
Ja natomiast zatrzymałem zdrowy rozsądek i ruszyłem w trasę.




RAP - wspomnienia dzień 7

Poniedziałek, 20 lipca 2026 · dodano: 20.07.2026 | Komentarze 1

100 góral
22 wigry 3

Wyjechałem z Grudzy przed czwartą w tym dziwnie przyjemnym deszczu, który
bardziej cieszył niż moczył. To był ten rodzaj opadu, który przyjmuje się na znak - że skoro już tyle
przejechałem, tyle pokonałem kilometrów, to teraz nawet pogoda postanowiła być dla mnie miła.
Dla mnie teraz może padać non stop, aż do samego końca. Zawsze powtarzam, że dla mnie najważniejsze
jest to...żeby tylko nie lało w górach. Tyle. Wiadomo dlaczego.
...jadę dalej, szkoda tylko, że jest jeszcze zbyt ciemno, żeby zobaczyć raz jeszcze góry, które są teraz
za moimi plecami, te same, które jeszcze kilka godzin temu dawały mi radość, tak wielką, że aż trudno było
mi ją zmieścić w sobie samym.

dziś miało być płasko. I było. Potężnie płasko.
Ale "łatwo" to słowo, które dzisiaj nie miało zamiaru się pojawić.
Pierwszy przystanek: Zgorzelec.
Śniadanie zjadłem szybko, ale z takim spokojem, który pojawia się tylko wtedy,
gdy człowiek wie, że ma przed sobą długi dzień i jeszcze dłuższą drogę.
To była jazda wzdłuż zachodniej ściany kraju - centralnie pod wiatr.
Na szczęście w początkowej fazie drogi lasy robiły co mogły, chroniły, osłaniały,
czasem wręcz przytulały drogę, żeby nikt z nas nie musiał się zatrzymywać.
Jechałem, cieszyłem się, choć emocje były we mnie jakby trochę mniejsze.
Może to przez monotonię, może przez płaskość, a może przez to, że już tyle przejechałem,
że zaczynam patrzeć no te ultra inaczej.

Wiedziałem, że obiad zjem w swoim miejscu w Krośnie Odrzańskim.
I to był obiad, który napełnił moje dwa żołądki, mnóstwo zjadłem...był bogaty odżywczo,
dał mi siłę na kilka dni. Po nim człowiek jedzie dalej nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce.
Od tego miejsca do punktu kontrolnego w Kostrzynie nad Odrą było zaledwie 70 km.
Wiedziałem, że dalej dziś nie pojadę.
Bo lubię tu zostawać, bo PK obsługuje Leszek. A z Leszkiem trzeba się nagadać.
To jest obowiązek, tradycja i przyjemność w jednym.
No i hotel Bastion - ma zdecydowanie najlepsze łóżka w Polsce...
to już teraz wiecie, jak ważne dla mnie na takich ultra są wygody takie jak spanie, kąpanie się, posiłki...
że najbardziej muszę mieć tylko swoje słodycze, swoje ulubione napoje.
Wtedy te kilometry kręcą się właściwie, a i dni mijają pozytywnie.

Ostatnie 70 km - wiatr, który postanowił zostać bohaterem dnia.

te ostatnie kilometry były już jazdą pod wiatr tak silny, że zaczynałem się zastanawiać, czy 
przypadkiem nie jadę w przeciwna stronę niż wszyscy inni...ale nie, ja tu się już nie potrafię zgubić.
Od jutra wiatr miał pomagać, za dwa dni wręcz pchać. Ale dziś ?
Dziś był jak strażnik, który mówił: "jeśli chcesz przejechać, pokaż, że naprawdę ci zależy".
i takie sytuacje mnie już zmieniły. Bo kiedyś denerwowałem się podczas nich mocno, 
i cóż z tego, że mi natychmiast to uczucie przechodziło po zrealizowaniu celu...byłem zły w takich
chwilach i tyle, i to bardzo mocno. Nauczyłem się przez wiele lat w tym wszystkim innego zachowania...
cierpliwości, że to jest tylko kwestia czasu, że to kiedy się skończy. I się udaje.

dzisiaj za dnia nie padało, nie było zimno,
musiałem dać tylko z siebie trochę więcej,
więcej przeznaczyć czasu na drogę.
Proste, choć niełatwe.

Kostrzyn nad Odrą 


Leszek przywitał mnie z zadowoleniem. Byliśmy sami, więc tematów poruszyliśmy tyle, że gdyby
ktoś nagrywał, wyszedłby z tego podcast o życiu, rowerach i wszystkim pomiędzy.
Kupiłem swoje słodycze, zjadłem wyśmienitą kolację i poszedłem do hotelu.
Kilka godzin spokoju. Kilka godzin bycia w miejscu, które lubię.

jadę sam.
Nikogo dzisiaj nie spotkałem na trasie.
Drogi tego ultra przecinają się z innymi ultra, znam je jak własną kieszeń.
Naprawdę nie potrafię się tu zgubić.

dzisiaj przejechałem 268 kilometrów z sumą przewyższeń 2000 metrów.
Robi się coraz bliżej mety....to już 2100 przejechanych kilometrów.
Stopień trudności maleje.
Ale to właśnie teraz trzeba mieć w sobie dyscyplinę.
Bo kiedy robi się łatwiej, człowiek zaczyna odpuszczać.
A ultra nie wybacza odpuszczania.
Jadę więc dalej, bo taka jest droga.
jadę dalej, bo taka jest moja natura.
jadę dalej bo meta nie przyjeżdża do ludzi - to ludzie jadą do mety.

PS...okazało się, że łatwiej w przyszłych dniach wcale nie będzie.

( mój siódmy dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Joli )


RAP - wspomnienia dzień 6

Niedziela, 19 lipca 2026 · dodano: 19.07.2026 | Komentarze 1

120 propel
10 wigry 3

Wyjechałem ze Złotego Stoku przed trzecią w nocy - w godzinie, w której świat jest jeszcze w stanie surowym,
nieprzetworzonym, bez ludzi, bez hałasu, bez niczego co mogłoby mnie rozpraszać.
Początek dnia od razu pod górę, jakby ultra chciało mi powiedzieć: "dobrze, skoro wstałeś to teraz pokaż, że naprawdę tu należysz".

więc pokazuję.

Droga pusta, serpentyny ciche, tylko patyki trzaskają pod zwierzyną, która przebiega gdzieś po skarpach obok - 
niewidoczna, ale obecna. To jest cisza, którą znam i kocham, Cisza, w której każdy dźwięk jest jak wiadomość od świata:
"jedź, wszystko jest dobrze".
Lądek Zdrój, Stronie Śląskie.
Wiem, że ktoś jedzie przede mną. Wiem, że zaraz za mną ktoś będzie jechał. Ale pierwsze godziny są moje.
Samotne, spokojne, prawdziwe.
Sienna, Idzików, Wilkanów - moje muzyczne requiem Mozarta. Kiedyś te podjazdy były dla mnie jak kara boska, dziś są jak powrót
do rodzinnego domu. Wschód słońca w Międzylesiu wygląda jak scena z filmu, w którym bohater właśnie zaczyna rozumieć, że jest na właściwej drodze. Jest tu pięknie, a nawet przepięknie...w Wilkanowie, bo znowu z tego miejsca widzę kolejne góry w które będę musiał jeszcze dzisiaj wjechać.
Międzylesie - obiecane śniadanie.
I wtedy pojawia się myśl, której nikt by nie przewidział.

Perfumy - brakujący element mojego ultra.
Po pięciu dniach ultra brakuje mi tylko...perfum.
Tak, perfum. 
Bo perfumy to czystość.
Czystość to dom.
A dom to radość.
A radość to znak, że ultra już przejechałem.
kilka razy przejeżdżałem obok kogoś, kto na chodniku ładnie pachniał.
I wtedy zapominałem się na chwilę - na długość tego zapachu.
Było tak, jakby ktoś psiknął mi w duszę i powiedział: "hej, pamiętaj, że życie może pachnieć"
Brakuje mi perfum, brakuje wanny.
Ale dziś będzie i jedno i drugie.

Międzylesie 


a za Międzylesiem zaczynają się podjazdy do Zieleńca. Oprócz tego zaraz za Międzylesiem pozostałe nie są trudne.
Ale jest ich mnóstwo. Sterta. Cała góra małych górek.
Pierwszy raz byłem tutaj z Lucjanem dokładnie trzynaście lat temu.
Nocą. Po wjechaniu na Zieleniec położyłem się wtedy na asfalt jak bohater...musiałem odpocząć wiele minut.
Dzisiaj odpoczywam inaczej, ale łatwo wciąż nie jest.

Widoki są piękne, droga jest piękna, tyle, że ja zaczynam chorować...efekt napojów z lodem.

Gardło mnie znowu boli, samopoczucie schodzi z roweru...kilka godzin męczarni aż do Karpacza.
Perfumy nie pomagają - bo ich nie ma, ale przecież jest coś, co mnie trzyma przy życiu...wanna w Grudzy.
Przełęcz kowarska, Karpacz - jadę dobrze, jadę mocno, jadę w tempie, robi mi się nawet zimno,
nie jest tak upalnie, ale mi jest normalnie zimno...może to przez wiatr.
Ruch samochodowy jest taki, że gdyby nie te góry to bym tu nie wjechał.
Bo nie może być tak, że ja daję z siebie wszystko, rower daje z siebie wszystko, a jakiś przypadkowy kierowca
jednym ruchem jest w stanie to wszystko popsuć.

...na szczęście po Karpaczu zdrowie wraca.
Teraz mam mniejsze górki, ale wcale nie jest łatwiej.
Bo łatwość w ultra nie istnieje.
Wanna trzyma moje pozytywne emocje,
wanna jest moją motywacją,
wanna jest moją nagrodą.

Do Grudzy wjeżdżam dokładnie o godzinie 21.
Sylwia wita mnie jak króla. Kilka rozmów i...prosto do wanny, na dodatek prosto z pokoju
schodkami w dół !! chciałbym mieć takie coś w domu :)
I to wcale nie jest koniec dnia.
286 przejechanych kilometrów to dzisiaj niby mało, ale 4400 metrów przewyższeń
w upale zmienia wszystko. Zwłaszcza, że to już szósty dzień ultra, a nie dzisiejsza wycieczka z domu.

Powinny mnie, a także Was nudzić te liczne opisywanie tego, co jest w górach.
Dziś oficjalnie, terytorialnie jest połowa Race Around Poland.
Ten, kto tu nie był powie...jest już połowa, i to ta trudniejsza, pozostała łatwiejsza, RAP jest mój - 
nic bardziej mylnego. Kilka osób w całej historii nie ukończyła RAP- u będąc już w jego drogiej połowie.
Gór od jutra nie będzie, ale będzie kolejna sterta przewyższeń...najważniejsze, żeby oprócz dyscypliny
mieć nadal w sobie jeszcze więcej radości w tej właśnie części, od jutra.
upalnie już nie będzie, czekają na nas jednak potężne wiatry oraz ulewy, a także znaczny
spadek temperatury powietrza.

Jestem dumny z kolegów i koleżanek.
Z tych, którzy są przede mną.
Z tych, którzy są za mną.
Z tych, którzy wciąż jadą.

Bo nie wystarczy przyjechać na start.
Trzeba jechać.
Trzeba walczyć.
Trzeba żyć tym ultra.

( mój szósty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Henia )




RAP - wspomnienia dzień 5

Sobota, 18 lipca 2026 · dodano: 18.07.2026 | Komentarze 1

120 góral ( wszystko w deszczu )

....wyjechałem o północy - tak jak obiecałem sobie i światu, który o tej porze jeszcze nie ma nic
do powiedzenia. Dla mnie to nie jest za późno. To jest początek dnia, jest dokładnie pierwszy dzień lipca,
właściwy dzień, jedyny, który ma sens. I znowu Jeleśnia nocą: moje prywatne przejście graniczne
między zwykłym życiem, a ultra rzeczywistością.
Bo noce tutaj należą tylko do mnie.

Droga pusta, jakby ktoś specjalnie dla mnie ją zamknął. Kilka samochodów na sześćdziesiąt kilometrów - 
statystyka, która w każdym innym kontekście byłaby absurdem, a tu jest luksusem.
Saren było więcej więcej niż ludzi, w latach ubiegłych
przebiegały mi przez drogę, a dziś ? - dzisiaj stały grzeczne przy drodze jak widownia, która przyszła tylko,
żeby zobaczyć jak jadę. Niesamowite, ale naprawdę tak się poczułem.
Ciemność była gęsta, taka, że można by ją kroić nożem, ale ja to lubię. W tej ciemności jest prawda.
W tej ciszy jest sens. Wszystko przez lasy, aż do Bielska Białej, gdzie dopiero zrobiło się widno...do Bielska w stercie podjazdów.
I jak zwykle - ta część trasy była piękna, podoba mi się. Nie "ładna". Nie "fajna". Piękna.

Koniaków, Istebna, Wisła....- góry, które nie robią na mnie wrażenia wysokościowo.
Pierwszy raz wiele lat temu tak tu zabłądziłem, że nawet jechałem przez chwilę w przeciwną stronę,
dziś to już po raz kolejny, znam tu każdy podjazd, to jest jedno wielkie moje miejsce. Oczywiście nie nudzę
się tu wcale, ta część trasy kosztem Szczyrku nie powinna być nigdy zmieniana bo tu jest więcej podjazdów oraz
miejsc które wymagają mnóstwo uwagi zwłaszcza podczas zjazdów nie tyle do samej Wisły, przed nią, co już w Istebnej - tych chwil nie lubię - za dnia bo jest tu za dużo samochodów, a nocą...bo jest za ciemno, choć nocą jest mimo wszystko łatwiej.
Góry tu są, ale ja już jestem na takim etapie, że patrzę na nie jak na starych znajomych.
mam nadzieję, że nikt nigdy ich stąd nie zabierze.

Jest już przed południe, zaczyna się kolejny upalny dzień. Przed Wisłą trzeba się trochę wysilić, ale później...później już nie.
Płasko, Za płasko. Zbyt płasko. Płasko jak naleśnik, który ktoś rozwałkował za mocno.
To nie moja bajka. Bo na płaskim wszyscy, których dotąd wyprzedziłem w górach zaczynają mnie doganiać...żartuję.
Ja się śmieję z tego. Bo to nie jest mój wyścig z nimi. Ścigam się sam z sobą, tylko sam z sobą.

Od Raciborza zaczyna się na drodze piekarnik. Wchodzę już do każdego sklepu.
Picie, picie, picie. Nic nowego, nawet nie chce mi się czekolady...AMAZING !!
Kolejny dzień, ta sama walka.
W Szonowie robię coś, co już jest moją legendą: pakuję się do sklepu z rowerem.
W oczach innych ultrasów widzę zdziwienie, może podziw, może nawet lekką zazdrość.
Idę prosto do lodówek, jakby to był mój salon. W przyzwoitej temperaturze jem posiłek w formie obiadu.
Wyglądam jak ktoś, kto znalazł sposób na życie, a to po prostu mój zaprzyjaźniony sklep znajdujący się w odległości 700 kilometrów od domu. Dobre, co nie ?

po wyjściu znów patelnia. Oczywiście.

Od tej chwili zamierzam do swojej miejscowości Głuchołazy. O tym miejscu, o swoich uczuciach napisałem już tak wiele...nic się nie zmieniło.


Dwadzieścia kilometrów przed Złotym Stokiem chmury próbują mnie postraszyć.
Trochę padało, ale drogi i tak były suche, obniżyła się też temperatura powietrza do tej normalnej.
Wjeżdżam na PK z grupą kilku osób, przy mnie znowu jest Paweł Sojecki. Ten Gość jest jak motyw przewodni mojego ultra - 
pojawia się zawsze wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewam. Myślałem, że jest już grubo przede mną, a tymczasem...
w ogóle nie kontroluję gdzie kto jest, czasem spojrzę wieczorem na te przesuwające się "kropki", przed snem, przez chwilę, nigdy podczas jazdy, w czasie jej przerw. Jadę samemu nieustannie, nikt mi nie jest potrzebny, a to, że kogoś zobaczę przypadkiem, niespodziewanie, jest znacznie lepsze od tego, czego mógłbym się spodziewać.

Dzisiejszy dzień ?
Tylko do przejechania.
348 kilometrów i 3800 metrów przewyższeń.
Góry tylko w pierwszej części dnia. Za dużo płaskich asfaltów.
Za mało tego, co mnie napędza.
ale jutro będzie ciekawiej.
I ta myśl jest jak obietnica.

Zasypiam o godzinie 22, po zjedzeniu tego, co lubię.
Po prostu tego potrzebowałem, swoich napojów, swoich słodyczy.
Spałem w pokoju dwudziestoosobowym, ale byłem sam - jak król w pałacu, który
ktoś zapomniał zapełnić, z fajnymi oknami na poddaszu,
przed zaśnięciem zawsze przez nie spoglądam dokładnie na to, w co jutro wjadę...
to już moja taka mała tradycja.
Wolontariusze skakali przy każdym z nas, abyśmy mieli tu jak najlepiej.
Ktoś nawet obiecał, że sprawdzi, czy obudzę się na czas. Miłe, choć wiem,
że budzę się zawsze wtedy, kiedy chcę.

Minął piąty dzień.
Jadę w tym samym stroju, z tym samym numerem startowym, z tym samym celem.
mam te same emocje, tę samą wiarę.
Szkoda tylko, że nie ma już truskawkowego Księżyca.
Był piękny.
Ale ultra też jest piękne.

Bo wiecie co ? 
To ultra mi się należy.
Za to, że od jego zakończenia, aż do samego ponownego startu każdy mój dzień jest wypełniony rowerem,
nie odpuszczam nawet przez chwilę. Za każdy podjazd, za każdą kroplę potu, za te wszystkie chwile w których jestem
całkowicie sam, za to poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.

Złoty Stok.
Piąty dzień.
A ja jutro pojadę jeszcze dalej

( mój piąty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Mariusza )





RAP - wspomnienia dzień 4

Piątek, 17 lipca 2026 · dodano: 17.07.2026 | Komentarze 1

220 propel

O świcie, kiedy Czorsztyn jeszcze spał, a świat dopiero przeciągał się po nocy, ja już zjeżdżałem w dół,
jak ktoś, kto właśnie dostał prezent od życia: pustą drogę, ciszę i ten rodzaj spokoju, który pojawia się
tylko o czwartej nad ranem, To był początek dnia, który niby miał być odpoczynkiem, ale jak to zwykle bywa,
góry miały wobec mnie swoje plany.

Łapszanka - moje prywatne sanktuarium.



Po tym zjeździe i po kilkunastu kilometrach płaskiego terenu zaczęło się to, co kocham w Tatrach najbardziej.
Łapszanka. Godzinny wjazd, który dla większości ludzi jest karą, a dla mnie to jak powrót do marzeń.
Droga całkowicie pusta, świat już jasny, ale jeszcze nie obudzony.
jadę sam, bez rozmów, bez spojrzeń, bez niczyjej energii poza własną i właśnie dlatego jest idealnie.
tylko w tym miejscu nie pomyślałem o tym, jak bardzo za Tobą tęsknię.

Na szczycie siadam jak król na tronie.

Tatry przede mną wyglądają tak, jakby ktoś je specjalnie tak ustawił,
żebym miał jak najlepszy widok. Przez pół godziny nie robię tu nic - 
i to jest najpiękniejsza część RAP- u.
Patrzę, oddycham. Zapominam, że mam dom, myśli, sprawy do załatwienia,
sprawy do pogodzenia. Zapominam o wszystkim...nawet o tym, jak bardzo za Toba tęsknię.
Gdyby ktoś wtedy podszedł do mnie i powiedział, że świat się kończy to pewnie bym tylko skinął głową mówiąc:
"spoko, daj mi tylko jeszcze pięć minut".

a potem ?
Potem 100 km w wersji góra - dół.
Potem zaczyna się festiwal podjazdów i zjazdów. Sto kilometrów sinusoidy.
Ale wiecie co ? Właśnie w tym jest magia ultra - że nawet monotonia potrafi być piękna, jeśli jest twoja.
a potem ? potem wyśmienite śniadanko na Głodówce i...zaczynają się zjazdy marzeń.
Z Zakopanego do Czarnego Dunajca, a później aż do Jabłonki.
Droga jak z bajki, tylko bajka w wersji "upalne piekło".
Gotuję się jak pierogi na Wigilię, ale jakoś mi to znowu aż tak nie przeszkadza.
Wchodzę do sklepów z klimatyzacją, jak do Świątyń chłodu, stoję chwilę, wracam na rower i jadę dalej, jakby nic się nie działo.

W drodze na Zawoję widzę Pawełka ( Sojeckiego ) wychodzącego z rzeki. Dosłownie.
Jakby był jakimś wodnikiem, który postanowił wziąć udział w ultra.
ja się gotuję, on się chłodzi - równowaga w przyrodzie zachowana.
Pawełek szybko wsiada na rowerek i próbuje mnie gonić.
Ale Zawoja ma swoje zasady: siedem kilometrowy podjazd, który nie wybacza. Nie dogonił mnie.
Później to zrobił bo ...już na dole zatrzymałem się na obiad w swoim miejscu.
( ale i tak by to zrobił ).
Obiad bogaty odżywczo bo ultra to nie tylko jazda, to też logistyka żołądkowa.

do punktu kontrolnego w Jeleśni mam jeszcze zaledwie półtorej godziny jazdy, a to
przecież dopiero południe. O 16- tej loguję się na miejscu, a tam....znowu Andrzej Seta :).
Andrzej wita mnie oczywiście jak VIP-a. Hotel, restauracja, sklep - wszystko w promieniu kilkunastu kroków -
dlatego ten punkt uważam za najlepszy. Wszędzie chodzę boso. Jem, wynoszę swoje rzeczy ze sklepu i
udaję się do wspaniałego luksusowego pokoju za FREE.
I postanawiam, jak zawsze, że zostaję tam już do końca dnia.
Bo to miejsce to SPA dla zmęczonych utra- ludzi.
Nie mam zamiaru dziś jechać dalej. I słusznie.
Drugi obiad, sterta łakoci, napoje, rozmowy z kolegami, a potem wygodny pokój.
Plan prosty: spać do 23, wyjechać o północy. Idealnie.

ale coś było wcześniej ? Niesłychane.
Zasypiam o godzinie 19. Nago, bo pokój gorący, jak sauna.
Budzę się po dwóch godzinach i...jestem cały mokry. Nie "trochę spocony".
ja i całe łóżko z pościelą wygląda tak, jak wyciągnięte z basenu.
Kołdra mokra, prześcieradło mokre, poduszka mokra.
Gdyby ktoś tu wszedł, zapytałby: "kto tu wylał wodę ?"
wchodzę od razu pod prysznic. Zimna woda leci, a ja kontroluję jej strumień, jak
mistrz ceremonii. Schładzam się, wracam do żywych. Zasypiam ponownie.
Nigdy czegoś takiego wcześniej nie doświadczyłem.

Budzik dzwoni o 23- ciej.
Wstaję, jak świeżo po urlopie, a nie po czterech dniach ultra.
I akurat zaczyna się mecz mojej Francji ze Szwecją. Oglądam pierwszą połowę,
bramki strzela tylko Francja, więc jest wspaniale.

I tak kończy się czwarty dzień ultra - dzień odpoczynku, choć emocji miałem tyle, że można
by nimi obdzielić kilka osób.
Dziś przejechałem zaledwie 216 kilometrów, ale za to wyszło ponad 3000 metrów przewyższeń.
Mój numer startowy to 1973.

Bardzo za Tobą tęsknię...

( mój czwarty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Ciebie )




RAP - wspomnienia dzień 3

Czwartek, 16 lipca 2026 · dodano: 16.07.2026 | Komentarze 1

85 propel
11 wigry 3
4 advanced


Liszna - Majdan - Komańcza - Dukla - sterta gór - Uście Gorlickie - sterta gór - Piwniczna Zdrój - Przysietnica - przełęcz knurowska - Czorsztyn


Wyjeżdżam z Lisznej o czwartej nad ranem. Trzeci dzień ultra, a ja nadal jestem w górach - 
jakby to był mój naturalny habitat, jakby rower sam wiedział, gdzie skręcić, zanim ja o tym pomyślę.
Tu nie da się zgubić, zagubić, czy pomylić trasę. Po prostu się nie da.
O tej porze wszystko jest inne niż w pozostałej Polsce: cisza ma inną gęstość, światło ma inną barwę, a drogi
wyglądają jak świeżo wyprasowane...specjalnie dla mnie. Krótkie, ale wymagające podjazdy, natomiast zjazdy dłuższe,
ale mniej strome i tak...ze 150 razy zmiennie na godzinę, w totalnym pustkowiu. Dopiero po trzech godzinach pojawia się
jakiś ruch samochodów, choć i tak nieznaczny. Coś wspaniałego...z tymi podjazdami i zjazdami oczywiście.
jest ich naprawdę mnóstwo. 
Te samochody, ten ruch budzą niejako we mnie początek kolejnego dnia emocji.

Wiem już od samego początku dzisiaj, że z dobrego śniadania będą dzisiaj nici.
Za wcześnie, za pusto, wszystkie miejsca moje będą po prostu zamknięte.
Ale obiad ? Obiad to pewnik. Uście Gorlickie, punkt południe, restauracja otwierana dokładnie o 12.
To jest mój rytuał, mój zegar biologiczny, moja gwarancja, że choćby cały świat się spóźnił,
to kucharz w Uściu otworzy drzwi punktualnie.

Góry są wspaniałe, ale upał...cóż, upał zaczyna mieć swoją osobowość.
Radzę sobie, oczywiście, ale to już trzeci dzień i zaczynam odbieram go inaczej.
Nadal żadnej czekolady, żadnych słodyczy - tylko picie.
W sklepach już nie wybieram tego, co lubię, bo zwyczajnie nie zawsze mam wybór.
W restauracji zamówiłem oranżady...białą i czerwoną z lodem. To był błąd, ale świadomy błąd.
Błąd, którego nie mogłem uniknąć. Potrzebowałem tego zimna nawet z ryzykiem zachorowania
bo inaczej męczyłbym się w inny sposób, psychicznie i emocjonalnie, a wolałem...ciałem.
Oczywiście zapłaciłem za to wieczorem - gardło bolało, dyskomfort się wkradł, ale dzień trwał dalej, a ja jechałem.

Dziś wyjechałem 4000 metrów przewyższeń przy zaledwie 315 kilometrach.
Sklepów na trasie jak na lekarstwo. Ludzi na trasie niewielu...więc niemal cały dzień to samotność.
Ale taka dobra, taka moja.

Piwniczna jest piękna, choć płaska i nie wymagająca, a od niej zaczyna się odcinek, którego nie lubię.
Jestem tu na RAP- ie po raz szósty i chyba dopiero po raz pierwszy o tym piszę, pierwszy raz zdradzam swoją o tym tajemnicę.
Przysietnica.

Z tym regionem robię sobie zdjęcia i jestem dumny z tego, że tu jestem, że to przejeżdżam, że wjeżdżam w to z uśmiechem...
ale w rzeczywistości nienawidzę tego miejsca. Jest tu mega górzyście, tylko chyba ze trzy razy przejechałem to bez zatrzymania...
jest tu naprawdę wymagająco, trudno nawet na suchej nawierzchni, a co dopiero w deszczu.
I nie mam na myśli tych podjazdów oczywiście - te są w porządku, te są uczciwe. Nie lubię zjazdów. Są dla mnie niebezpieczne.
Tak jak dziś staram się sobie tłumaczyć to w taki sposób, że jest sucho, że mam nie narzekać, że w deszczu to była przecież tragedia...
ale mimo to ciągle jestem podczas jazdy w dół mocno spięty i ta wielominutowa jazda na pulsacyjnym hamowaniu,
którego przecież w żaden sposób nie mogę ani uszkodzić, ani skończyć.... w tym czasie każda część mojego ciała jest mocno napięta.
W tych miejscach nie da się myśleć o życiu codziennym....tylko o końcu tej drogi, o tym, kiedy to się wreszcie skończy.

Po tym wszystkim jest zupełnie odmiennie, przepięknie. Bo odtąd właśnie zaczyna się jazda non stop pod górę - 
przed, a potem na przełęczy knurowskiej. Jak odbieram ten wielokilometrowy, bardzo długi odcinek jazdy...to nic innego, jak
weekendowy pobyt w hotelu Bristol: luksus, luksus, który pięknieje z każdym kilometrem, co kilka kilometrów jest co raz bardziej pod górę, a potem jeszcze bardziej. Procent nachylenia rośnie powoli, a jednak ciągle, ciągle pod górę, aż prawie do samego Czorsztyna, gdzie jest meta
jednej czwartej dystansu.
Sześć kilometrów przed punktem kontrolnym mam swoje miejsce na kolację z centralnym widokiem na Tatry.

To już trzy dni, ponad 900 kilometrów.
I wiecie co ?
Nadal można być tylko normalnie zmęczonym. Nie wolno mieć kontuzji.
Trzeba odpocząć bez emocji, z wyczyszczoną głową. Bo jutro będzie jeszcze więcej górskich emocji,
a potem jeszcze więcej i więcej.
Śpię w karczmie, w pokoju zamówionym przez Kuriera, który już nie jedzie w tym ultra. Wielka szkoda.
Bardzo wielka dla mnie. Tacy ludzie jak Jarek powinni być na tej trasie zawsze.

Ja Trwam w tym wszystkim. Istnieję.
Rower ma wszystko nowe, więc  nie patrzę na niego z obawą. Sam czuję się wyśmienicie.
Nie jest jednak idealnie - to gorąco nawet mnie zaczyna denerwować, ale tak na granicy
bo w zamian za deszcz przecież mógłbym go wziąć jeszcze więcej :)
Radzę sobie z piciem, dwa bidony 0,7 litra w zupełności mi wystarczą. Staram się nie mieć ich
ciągle pełnych, żeby rower nie był cięższy. To są małe strategie, które robią różnice.

Mam już mnóstwo gór, A będzie ich jeszcze więcej.

Kończy się dzisiejszy dzień i...i wtedy pojawia się on - mój Księżyc.
Kolejna truskawkowa pełnia. Jest. Jakby czekał na mnie, jakby wiedział,
że nadal jadę... dosłownie jakieś dwa kilometry przed metą dzisiejszego dnia.
Zdążył, dla mnie, nie zawiódł, pokazał się w ostatnim idealnym momencie.
Na ostatnim wymagającym podjeździe...bo jest stromo pod górę, a w dodatku
w całym sobie za koszulkami mam stertę pochowanych swoich ulubionych napojów i łakoci,
i wyglądam przez to na sporo za grubo :)...na tym ostatnim podjeździe przed Czorsztynem
mijam parę obejmującą się na drodze, stojących tyłem do mnie w kierunku właśnie Księżyca.
Nie patrzą na siebie. Patrzą na Księżyc.
jadę tak wolno, że mogę spokojnie powiedzieć: "Wspaniały, prawda ? ".
Uśmiechają się. A ja jadę dalej nie zatrzymując się.

...a po godzinie już śpię.

A w tym wszystkim - w górach, w tym upale, w ciszy poranków i
w tej przepięknej truskawkowej pełni - jest jeszcze coś, czego nie widać na żadnym zdjęciu z trasy.
Coś, co jedzie ze mną, choć nie ma numeru startowego.
To ludzie.
Ci, którzy piszą do mnie codziennie, wysyłają słowa wsparcia, czasem długie, czasem krótkie.
Ci, którzy nie piszą nic, ale ja i tak czuję ich obecność.
Ci, którzy śledzą każdy mój kilometr, tą kropkę nr 1973, nawet jeśli nie mówią tego głośno.
Ci, którzy wierzą we mnie tak samo, jak ja w siebie  po trzecim dniu w upale.
I choć często nie odpisuję - bo ciągle jadę, bo walczę, bo jestem w środku czegoś większego niż ja sam - 
oni nie myślą przez to inaczej, nie obrażają się, nie znikają, nie przestają kibicować.
Ja to czuję.
Czuję całym sobą.
Czuję w nogach, które pedałują dalej.
Czuję w głowie, która czasem chce odpocząć.
Czuję w sercu, które bije szybciej w takich chwilach.
Aż wreszcie czuję w każdym momencie, kiedy patrzę na Księżyc i wiem, że nie jestem sam.

i może właśnie dlatego jadę dalej.
Bo wiem, że ktoś tam, gdzieś, w ciszy swojego dnia trzyma za mnie kciuki.

( mój trzeci dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Sławka )







RAP - wspomnienia dzień 2

Środa, 15 lipca 2026 · dodano: 15.07.2026 | Komentarze 4

90 propel
20 wigry 3

...Dorohusk - Hrubieszów - Mircze - Tomaszów Lubelski - Medyka - Przemyśl - Arłamów - Ustrzyki Dolne - Ustrzyki Górne - Cisna - Liszna

Każdy dzień zaczyna się o północy...więc jadę dalej.
Truskawkowa pełnia Księżyca nada wisi nade mną, jak pieczęć, jak obietnica, że te ultra
znowu będzie moje po raz szósty.
Nie w sensie zwycięstwa - bo talentu do pedałowania mam tyle, co komar do śpiewania opery - 
ale w sensie pracy, miłości, pasji, konsekwencji i cierpliwości jestem ...prawie na górnej półce.
Jestem dzisiaj dokładnie tu, gdzie powinienem rowerowo być.

od północy jadę sam. Samemu, ale nie samotnie - bo przecież te drogi
znam, jak własne myśli. Hrubieszów, Kryłów, Mircze, wszystkie zakręty, wszystkie wioski, drzewa...
zabawne, ale za dnia byłem tu może ze trzy razy tylko...:)
Zawsze mimo to wjeżdżam w te miejsca z pasją, jakby to były miejsca, które mnie wychowały.
I może trochę wychowały.
Do Mircze dotarłem około czwartej nad ranem. Wchodzę na salę, a tam Andrzej Seta krzyknął:
"Uwaga, bo wchodzi elita"...no proszę, człowiek ledwo stoi, a tu takie powitanie. Miło.
Na sali część ultrasów jadła, część odpoczywała, a część już pojechała dalej. 
Ja zostałem - przed górami muszę być wypoczęty, muszę wyczyścić swój garnitur,
muszę być piękny, wspaniały...okazały.
co pierwsze zobaczyłem na sali ? - lodówkę ze szklanymi drzwiami, lodówkę pełną arbuzów.
Nie zastanawiałem się ani sekundy. Mogły być tam steki, lasagne, sushi, a ja i tak
rzuciłbym się na arbuza. To był mój święty owoc tej nocy.
Wspaniałej nocy...spałem trzy godziny na łóżku polowym, przykryty, ale nago, całe swoje opakowanie położyłem na podłodze obok.
Na dworze było już widno, ale ja spałem w ciemnościach bo okna były zasłonięte tak szczelnie, że nawet promień słońca nie miał prawa wejść, wejść do sali pełnej ultrasów.
Trzy godziny wystarczyły. Obudziłem się jak nowy człowiek - albo przynajmniej, jak ktoś,
kto udaje, że jest nowy.

Ruszyłem w drogę z samego rana. Pierwszy sms od kolegi brzmiał, że to będzie najgorętszy dzień ze wszystkich.
Dobrze, bardzo dobrze. W upale siły się wyrównują - każdy cierpi tak samo, każdy pije tak samo, każdy marzy o cieniu
w identyczny sposób. Jechałem, tak jak inni...wprost w żar, doganiałem ludzi, ktoś mnie wyprzedzał, 
dziś ruch był i to spory, jak na Marszałkowskiej w Warszawie.
Sklepy odwiedzaliśmy pewnie wszystkie na trasie - jak pielgrzymi w drodze do świętego
napoju izotonicznego.

Śniadania nie zjadłem, ale obiad w Przemyślu...o tak. Bogate dwa dania, a na deser...
nie zgadniecie, przyniesiono mi niemal całego arbuza, w gratisie, dla stałego klienta.
Klimatyzacja w restauracji działała jak błogosławieństwo.
O godzinie 14 jadłem, o 15 już wyjechałem z Przemyśla
będąc w drodze na Arłamów...jak ja kocham te miejsca.
Tu też mógłbym mieszkać, ale nie na stałe...gdybym był tu codziennie to pewnie bym
w jakiś sposób zatracił swoją miłość do tych miejsc...nie lubię tylko gdy tu pada bo
jest wtedy dla mnie niebezpiecznie, ale dziś nie mogło się to wydarzyć...totalny upał.
Coś pięknego.

Arłamów


potem Ustrzyki Dolne, Górne...w Dolnych Ustrzykach dojechał do mnie Andrzej Tercjak,
ale całość jechałem sam. Bo to wszystko też jest moje, ja muszę tu jechać samemu, tylko wtedy potrafię
oddać się temu wszystkiego, tylko wtedy jestem w stanie skupić się na tym krajobrazie, tylko wtedy jestem w stanie
nie przeoczyć tutaj niczego, co warte jest zobaczenia, poczucia...w Lutowiskach nie zatrzymałem się...to 
w tym miejscu widać największe i najszersze Bieszczady, zjechałem od razu w dół, czas się kończył.
Chciałem dojechać do kolejnego punktu kontrolnego jeszcze przed godziną 23...który po raz pierwszy
jest w Lisznej. Co rok drugi PK znajduje się na trasie coraz dalej. Ten był najdalej.

Na trasie piłem mnóstwo zimnych napojów. Zero czekolad, zero słodyczy. Tylko picie.
Potężne ciepło nie zrobiło mimo wszystko na mnie żadnego wrażenia.
Nie rozebrałem się, nie zmieniałem stroju.
Jadę nadal tak samo ubrany jak na starcie.
a rower pracuje jak marzenie.

W Ustrzykach Górnych było cicho, pusto, był późny wieczór.
Dziwne uczucie - zwykle kończę tu większość swoich ultra, a teraz przede mną jeszcze jakieś 3000 km,
i to przez góry. Cudowne uczucie...minuta odpoczynku, spojrzenie na to wspaniałe miejsce i...rozpoczynam wjazd na dach Bieszczad.
Przed Cisną powietrze było pełne jakichś przeróżnych owadów, much, komarów. Jakby ktoś zrobił festiwal
latających stworzeń. Trudne ? oczywiście. Ale najważniejsze, że tam byłem...przed ostatnią serpentyną do Cisnej
nad górami znowu pokazał mi się Księżyc w truskawkowej pełni...nic nie mogło wlać we mnie w tej chwili
lepszych emocji...szkoda tylko, że dopiero następnego dnia dowiedziałem się o tym, że mój przejazd w Cisnej widział za pomocą
ogólnodostępnych kamer internetowych kolega BUS...wieloletni kibic mojego rowerowania. Widział mnie gdy przejeżdżałem przez tą miejscowość.

Po kilku minutach od Cisnej zalogowałem się na punkcie kontrolnym w miejscowości Liszna.
dzisiejszego dnia przejechałem aż 390 kilometrów z sumą 3100 metrów przewyższeń.

Cóż mogę jeszcze napisać ?
To jest moje ultra. 
Moje góry.
Moje drogi.
Moja pełnia. 

Góry na tak wczesnym etapie ultra są jak prezent.
Mogłyby być już do samego końca.

( mój drugi dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla BUS'a )