Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 700696.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



261 144 kilometry do MILIONA

Wtorek, 15 września 2026 · dodano: 15.09.2026 | Komentarze 0

20 propel 

Głodówka - Zakopane 


CZTERY RAZY PÓŁNOC POŁUDNIE, czyli o tym, jak zostałem schroniskowym „morsem” we wrzątku

Meta! Wjechałem na nią w dniu wczorajszym totalnie przemoczony, potwornie zmęczony i… cholernie szczęśliwy. Czwarty raz w życiu zamknąłem klamrą Ultramaraton Północ-Południe. Ale tym razem zamiast tradycyjnej, natychmiastowej ewakuacji do Zakopanego, postanowiłem zaryzykować coś nowego. Zostałem na noc w schronisku na Głodówce. I wiecie co? To była najlepsza decyzja w mojej całej „ultrasowej” karierze.
Zanim jednak przeszedłem do celebracji, musiałem przejść przez najważniejszy punkt programu. Reset systemu.
Operacja: Prysznicowa Hibernacja
Po odebraniu medalu i uściśnięciu dłoni, mój mózg wysyłał już tylko jeden, zapętlony sygnał: "Ciepło. Dużo ciepła". Natychmiast.
Wbiłem się pod prysznic, odkręciłem kurek z gorącą wodą na pozycję „bliską lawy” i… po prostu usiadłem na kafelkach kabiny. Przez kolejne 45 minut świat zewnętrzny przestał dla mnie istnieć. Gdyby ktoś wtedy wszedł do łazienki, pomyślałby pewnie, że kręcą tu film o katastrofie ekologicznej albo że w schronisku zamieszkał ugotowany na miękko leniwiec. Woda lała się na mnie strumieniami, a ja w tym saunowym letargu powoli przypominałem sobie, jak nazywam się ja i moi bliscy. Po trzech kwadransach, pomarszczony jak dobrze wysuszona śliwka kalifornijska, ale w końcu rozmrożony, uznałem, że czas wrócić do żywych.


Głodówka i „Górna Półka”

Dopiero potem, pachnący i zresetowany, dołączyłem do reszty ekipy. I tu olśnienie numer dwa tego dnia: warto przyjechać na metę w poniedziałek już w południe! Dlaczego? Bo o tej porze w schronisku czeka już tzw. „górna półka” kolarskich wyjadaczy. Wszyscy wykąpani, pachnący (w miarę możliwości) i gotowi na najważniejszą dyscyplinę tych zawodów: jedzenie na czas.
Od tamtego momentu nasz plan dnia wygląda następująco: jemy, rozmawiamy, wspominamy trasę, jemy, zmieniamy pozycję na ławkach, znowu jemy i znowu rozmawiamy. Ilości pochłanianego paliwa mogłyby zasilić małą elektrownię.
Teraz siedzę z chłopakami i przeżywamy najtrudniejszy etap całego ultramaratonu. Trasa z Północy na Południe to przy tym pikuś. Obecnie toczymy tytaniczną walkę z grawitacją naszych własnych powiek. Każdy z nas marzy tylko o tym, żeby rzucić się na łóżko i odpłynąć w krainę snu, ale nikt nie chce być pierwszym, który wymięknie! Robimy absolutnie wszystko, co w ludzkiej mocy – opowiadamy kolejne anegdoty, gestykulujemy, pijemy kolejną herbatę – byle tylko opóźnić ten moment i nacieszyć się swoim towarzystwem.
To niesamowite, jak wspólny ból na trasie potrafi zbliżyć ludzi. Cztery razy meldowałem się na mecie tego klasyka, ale ten poniedziałek na Głodówce, spędzony z rowerowymi bratnimi duszami, zapamiętam na bardzo, bardzo długo.
Wspaniały dzień. A teraz wybaczcie… moje powieki właśnie wygrały tę walkę. Dobranoc!



Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!