Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 700696.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



262 330 kilometrów do MILIONA

Środa, 9 września 2026 · dodano: 09.09.2026 | Komentarze 0

136 advanced
14 wigry 3

Wschody słońca i kask chowany w klinice

Bardzo lubię te wschody słońca. I nie chodzi wcale o to, że to wszystko odbywa się wcześnie nad ranem, kiedy świat wokół jeszcze smacznie śpi, choć ta cisza i spokój też mają swój urok. Te pierwsze, poranne światła budzą we mnie zupełnie inne, niezwykle silne wspomnienia.

Kiedyś, przed laty, wschód słońca oznaczał dla mnie po prostu gigantyczną ulgę. Moment, w którym po przejechaniu całej nocy w końcu schodziłem z siodełka i wiedziałem, że o tej porze już nic nie muszę robić. Od jakiegoś czasu traktuję jednak te poranki z zupełnie innym, głębokim uczuciem. Bo te światła kojarzą mi się z okresem, kiedy przed lekarzami musiałem... naprawdę ukrywać rower.
Piszę zupełnie poważnie. Przechodziłem wtedy przez piekło z poważnie chorym okiem. Jeździłem niemal codziennie z Elbląga do kliniki w Gdańsku. Jak to wyglądało w praktyce? Albo nie widziałem na to oko wcale, albo widziałem zaledwie w trzydziestu procentach. Niezależnie od tego, w obu przypadkach – nawet przy szczelnie zamkniętej powiece – rozsadzał mnie potworny światłowstręt. Tak potężną siłę ma słońce, gdy organizm odmawia posłuszeństwa.
A jednak, paradoksalnie, to samo słońce grało ze mną w jednej drużynie. Gdy rano ruszałem w drogę do Gdańska, słońce miałem bezpiecznie za plecami – nie raziło mnie, pozwalało jechać. Kiedy po całym dniu badań i stresu wracałem, ono znowu było ze mną, bo powoli zachodziło i delikatnie oświetlało mi drogę powrotną. Przez całą tę katorgę słońce było mi po prostu niezwykle przychylne, zawsze, niemal codziennie.

To był bez dwóch zdań najtrudniejszy, najbardziej wymagający okres w moim życiu. Choć skutki tamtej choroby odczuwam na rowerze do dzisiaj, to wracam do tamtych chwil pamięcią bardzo często. To, co działo się wtedy w mojej głowie, było nie do opisania.
Lekarze w klinice w Gdańsku patrzyli na mnie jak na zwykłego pacjenta z poważnym problemem. Nie mieli pojęcia, że gość, który wchodzi do gabinetu, chwilę wcześniej upychał kask głęboko na dnie torby w sekretariacie, chował rower w bezpiecznym kącie i napinał wszystkie mięśnie, żeby tylko nie pokazać po sobie ani grama zmęczenia. Miałem ze sobą ciuchy na przebranie, drugie buty, nienaganny uśmiech i twarde postanowienie, że się nie poddam. Dlaczego tak kombinowałem? Bo za nic na świecie nie wyobrażałem sobie, że mógłbym rzucić rower ot tak, po prostu. Wiedziałem, że gdybym wtedy odpuścił i wsiadł w pociąg czy autobus, to powrót do zdrowia – i do normalności – byłby dla mnie psychicznie sto razy trudniejszy. Rower nie był problemem, był moim lekarstwem i ucieczką.



PS...wydało się to jednak wszystko, a potem była taka sytuacja:

...leżę już na bloku operacyjnym. Przygotowany do zabiegu, w pełni świadomy, podłączony pod całą tę aparaturę, wokół kręcą się lekarze. Nagle podchodzi anestezjolog z pielęgniarką, podają mi przez wenflon środek anestetyczny i słyszę profesjonalny, spokojny głos: „Panie Robercie podajemy lek, za chwilę straci Pan świadomość i zasypiamy...”.
Czuję, jak cały świat zaczyna wirować, powoli odpływam, film już się prawie urywa, aż tu nagle przez tę przedoperacyjną mgłę dociera do mnie rozmowa mojego okulisty z drugim chirurgiem stojącym obok:
– Wiesz, to jest ten kolarz, o którym ci mówiłem – zagaduje mój lekarz.
– Serio? A skąd wiesz? – pyta ten drugi, nachylając się nade mną.
– No stary, weź zobacz na jego dłonie. Przecież on ma nawet palce opalone w paski od rękawiczek rowerowych!
W tym ułamku sekundy, z tą resztką świadomości, jaka mi została, po prostu parsknąłem śmiechem. I dokładnie trzy sekundy później, z szerokim uśmiechem na twarzy, całkowicie odpłynąłem.

Dlatego właśnie uwielbiam te dzisiejsze wschody słońca. Bo kiedy poranne promienie rozświetlają drogę przed moim kołem, nie widzę już strachu ani bólu z tamtych lat. Widzę dowód na to, że kolarska pasja wygra z każdą ciemnością – a ślady po rowerowych rękawiczkach to najlepszy tatuaż, jaki można sobie wywalczyć.



Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!