Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 692366.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



RAP- wspomnienia dzień 10

Niedziela, 26 lipca 2026 · dodano: 26.07.2026 | Komentarze 1

75 propel
45 chicago

Dziesiąty dzień.
Ten moment, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to jeszcze ultra, czy już jakaś
prywatna pielgrzymka po własnych wspomnieniach. A tu nagle - słońce. I Kopernik.

Podobno wstrzymał słońce, ruszył Ziemię, ale tej nocy zrobił wyjątek: zatrzymał to wszystko dla mnie,
żebym mógł ruszyć o świcie, jak człowiek, a nie jak nocny stwór z czołówką na czole.
W końcu spałem u Niego, więc wypadało okazać gościnność.
Gdybym Mu powiedział że jadę najdłuższe ultra w Polsce, pewnie by jeszcze orbitę poprawił,
abym miał lekki wiatr w plecy.

Ruszam i od razu czuję, że to nie będzie zwykły etap. Mało samochodów, asfalty jakby świeżo wyprasowane, a we mnie
uczucie, że jadę...jakby do domu. Chociaż przecież jestem w samym środku gigantycznej trasy, która normalnie wywołuje
w człowieku mieszankę euforii, zmęczenia i lekkiej paniki. 
Ale jak jest dziś ? Jak jest dzisiaj właśnie ?
Dziś jest inaczej.
Od Górowa Iławeckiego zaczyna się ta dziwna miękka emocja - jakbym właśnie wyjechał z własnego 
podwórka na ukochaną Suwalszczyznę.
Potem Bartoszyce, Kętrzyn, Węgorzewo.
Moje miejsca, moje drogi, moje rytuały.

W Węgorzewie obiad - obowiązkowo - i nie byle jaki,
tylko ten Mój, ten właściwy, ten który smakuje najlepiej właśnie wtedy, kiedy jestem tu o 
odpowiedniej porze. I jeszcze maciek Sala, tylko on pojawia się mi w tej części trasy, jak taki ultra kolega widmo:
raz ja go wyprzedzam, raz on mnie. Do Węgorzewa.
Bo ja tu zostaję na dłużej. Bo mogę. Bo chcę.

Węgorzewo - Banie Mazurskie - Gołdap - odcinek, który mógłby być
moją prywatną pętlą życia.
To jest ta droga właśnie, na której mógłbym jeździć przez cały dzień. W tą i z powrotem...
z przerwą na kultowe lody w Baniach, bo inaczej byłaby to profanacja.
Jest słońce, jest ciepło, jest asfalt gładki, który znam jak własna kieszeń.
To nie jest zwykły etap - to jest emocjonalny powrót do miejsc, które mnie
ukształtowały jako ultrasa.

W Gołdapi mamy punkt kontrolny.
Pokój jak z katalogu - wysoki standard, cisza, miękka świeża pościel.
Wchodzę tylko na chwilę, a zostaję na dłużej. Prysznic, pięć minut na łóżku...
i budzę się przestraszony, bo pięć minut snu ultra to jak teleportacja.
Ale jednocześnie było mi tak wygodnie, że gdyby meta była w Gołdapi...to nie miałbym nic przeciwko.
ale nie, pojadę dziś jeszcze dalej.

i tu pojawia się zgrzyt.
Remont drogi przez Kiepojcie i Stańczyki, więc wszyscy jedziemy naokoło...albo w gorszym asfalcie bez samochodów,
albo w lepszym w stercie blachosmrodów...kurz, nerwy - ciężko. Dopiero Wiżajny przynoszą spokój, tu trafiamy na stary ślad, 
na pierwotną dotychczasową drogę. I znowu jestem w miejscu, w którym przejechałem tyle kilometrów, byłem tu tak wiele razy,
że asfalt powinien mieć moje imię.

Jest wieczór, na drodze jestem sam.
Plan: Sejny
Realizacja: Szypliszki.

dlaczego Szypliszki ? 
Bo czasem człowiek musi zrobić coś inaczej niż zwykle.
Bo byłem tu wiele razy, ale nigdy tu nie spałem.
A w Sejnach i pobliskich miejscowościach już tak, po kilka razy.
Więc tu zostaję.
Bo ultra dla mnie to nie tylko kilometry.
To budowanie nowych wspomnień w miejscach, które już znam.
Kolacja w hotelowym barze, wczesna godzina 20, ale decyzja zapada jednogłośnie: 
KONIEC na DZIŚ.

nic mnie ni boli, zero otarć, a rower jedzie jakby też był z Suwalszczyzny i wiedział, że tu trzeba się spisać.
Ale w głowie - przygotowania ciała do jutrzejszej ulewy...całodziennej.
takiej, która potrafi zmyć uśmiech z twarzy nawet najbardziej zaprawionemu zawodnikowi.
Budzik nastawiony na 2:00.
Bo jutro nie będzie łatwo.
Ale jutro stworzę kolejną część historii na tym królewskim etapie Race Around Poland.

I tak kończy się mój dziesiąty dzień  - nie z krzykiem, nie z euforią, tylko cichą,
głęboką zgodą na to, że jestem tu, gdzie chciałem być.
309 kilometrów przejechane z sumą przewyższeń 2300 metrów.

( mój dziesiąty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Piotrka )



Komentarze
Betty
| 20:43 niedziela, 26 lipca 2026 | linkuj 🫠🫠🫠
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!