Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 692366.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



RAP - wspomnienia dzień 9

Czwartek, 23 lipca 2026 · dodano: 23.07.2026 | Komentarze 1

194 propel
3 nextbike

Dzień dziewiąty. Powrót do domu. Powrót do siebie.

dziewiąty dzień.
A ja już wiem od nocy, że będzie wyjątkowy.
Nie dlatego, że jest łatwiej - bo nie jest.
Nie dlatego, że pogoda sprzyja - bo nie sprzyja.
Ale dlatego, że dziś wracam na swoje podwórko, dosłownie.
A to zmienia wszystko.

Wyjeżdżam z Mielenka o pierwszej w nocy.
Na tym pasie wybrzeża jazda o tej porze to czysta magia.
W dzień nienawidzę tych miejsc - samochody, tłumy, turystyczny chaos,
który potrafi zabić każdą przyjemność z jazdy. Ale nocą ? 
Nocą to jest mój świat.
Pusto. Cicho.
Wiatr wieje w plecy, co oznacza jedno: że będzie źle.
Doświadczenie mnie nauczyło, że jak wiatr pomaga to wystawia rachunek.
Mi nikt i nic nie musi pomagać, to dużo, że coś nie przeszkadza.
Mielno, Darłowo, Ustka - wszystko puste.
Przez wiele kilometrów jadę środkiem drogi, jak król szos, który ma własna autostradę.
Niedzielny poranek, trzecia, może czwarta - świat jeszcze śpi, nie wstał, a ja jestem już daleko.
Minus ? Orleny.
Są, ale jakby ich nie było.
Nic do jedzenia.
Pierwszy hot dog dopiero po ponad stu kilometrach w Główczycach.
A od godziny już leje.

Nie tak, że "pada". 
Leje.
Tak, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie jedzie w środku jakiegoś
eksperymentu meteorologicznego.
na chwilę przestaje. Robi się gorąco.
Zaczynam się rozbierać....a za dwie minuty już - ulewa jak z filmu
katastroficznego.
I wtedy ten wiatr, który wcześniej pomagał, zaczyna współpracować z deszczem.
Zamiast pchać mnie do przodu, pcha mi zimno pod kurtkę, potężne zimno.
mam już na sobie wszystko, wszystko założyłem na siebie, co miałem...włącznie z kapturem na głowę.
Jest mi bardzo zimno, przenikliwie. Trasa zmienia kierunki, więc czas jedzie się pod wiatr,
ponadto podjazdy, zjazdy - wszystko tak ułożone, żeby nas sprawdzić, kto ile wytrzyma...
bo ja uwielbiam się gotować...trudno, dawno tak nie cierpiałem.

W rejonie Krokowej i jeziora Żarnowieckiego było mi najgorzej.
Tu byłem w istnej walce, drogi były tak zalane, że samochód jadący z przeciwka kołami swoimi lał całą wodę z asfaltu na bok...na mnie,
dodatkowa dawka zimnej wody. Było trudno...robiłem wszystko, aby się tylko nie zatrzymać na drodze.
Bałem się zatrzymać na wolnym powietrzu, a schować się nie było gdzie...sklepy to nie był dobry pomysł, musiałem coś ciepłego wypić.
Na trasie tasuję się z Dawidem Horn i Maćkiem Sala - nie jedziemy razem, ale widzimy się chwilami, jak duchy na trasie.
W końcu spotykamy się na Orlenie w okolicy Rybna.
Dwieście kilometrów przejechane, a ja nadal nie mogę zjeść coś pożywnego...nadal jade na jednym Hot dogu.
Kupuję czekolady, stertę czekolad i herbatę.
To trochę pomaga... ludzie ze zdziwieniem na mnie patrzą jak wykręcam rękawiczki z których woda leci jak z wiadra...
jestem przemoczony do suchej nitki.
naprawdę dawno tak nie cierpiałem.
Dużo wpływ na ten dyskomfort miał fakt, że droga tu był bardzo ruchliwa, sterta samochodów,
nie można było poluzować, ale ciągle uważać...zero prostych odcinków, ciągle jakieś zakręty, tragedia.

Po orlenie zmieniam kominy na jesienne, grubsze.
jadę dalej, już nie pada, a będzie padać potem tylko chwilami, tyle, że nadal jest
mi zimno i teraz muszę szybciej jechać, aby się rozgrzać, aby wjechać w swoje ciepło...udaje się po kilkunastu minutach.
Takie chwile kojarzą mi  się z MRDP na ścianach wschodnich...dobrze, że w tych miejscach jest dużo podjazdów.
Prawie jak w górach. I to mnie ratuje - bo podjazd to gwarancja ciepła, a ciepło to życie.
Już długo nie pada...koledzy zmieniają ciuchy na przystankach. Ja schnę w ruchu, nie mam innej opcji.
A lało ze trzy godziny.

Straszyn.
290 km na hot dogu. Za to powinni dać mi już medal.
Dopiero tutaj jem poważny, odżywczy posiłek.
To moje miejsce. To mój teren...zostało 70 km.
I wtedy włącza się we mnie coś, czego nie da się zatrzymać, i opisać inaczej niż: dom.
Nie wiem kto będzie czekał.
Z nikim się nie umawiam.
Ale wiem, że ktoś będzie.
I tego właśnie nie mogę się doczekać.

jadę jak pod domem, choć do mety mam jeszcze 1000 km to czuję się już teraz,
jakbym wracał do domu z Trójmiasta.
Dziwne uczucie - bo czasem jadą tu pod domem myślami jestem jak bym był na RAP- ie.
wszystko może się poplątać.

Nie pada.
Jest ciepło.
Teraz wiatr pomaga.

W Rychnowach Żuławskich nie zajeżdżam na punkt kontrolny.
Zatrzymuję się na rondzie, sprawdzam Garmina i jadę dalej bo wiem, że co najmniej kilka osób
obserwuje moją kropkę zastanawiając się czy pojedzie dalej, czy tez nie ?
Jadę dalej.

Elbląg. Około 19- tej.
Na wlocie stoją pierwsi Kibice: Jola, Sławek, Mario.
Zatrzymuję się. Rozmawiamy długo. Czas ?
A co mnie obchodzi czas ? Oni są ważniejsi.
Potem Siostra ze Szwagrem, kawałek za Elblągiem, w Jagodnie, gdzie dojeżdża również Piotrek Dylewski.
Szkoda tylko, że Henia nie zobaczyłem - źle odczytał kropkę. Nie zdążył.

To były spotkania rodzinne. Ważne. takie, które zostają w sercu na zawsze...a to jeszcze nie koniec dnia.
Plan był prosty: dojechać dziś na chatę do Kopernika.
A Kopernik ? no cóż. Zobowiązuje.

Dzisiejszy dzień był więc najdłuższy ze wszystkich na tegorocznym RAP- ie, pełne 398 kilometrów
z sumą przewyższeń 2500 metrów.
Czy spotkałem się z Kopernikiem ? ...widziało mnie nawet kilku Koperników.
I to było wyśmienite....we Fromborku spotkanie z Beatą - kilka godzin...taka wisienka na torcie, który jadłem cąły dzień.
Wjechałem tu po godzinie 21....było cudnie.

a więc jeszcze raz.
Mija dziewiąty dzień jazdy. A ja ?
Ja Jadę z tym samym numerem startowym, w tym samy ubraniu, na tym samym rowerze.
Mam wszystko to, co miałem na sobie i ze sobą na starcie w Warszawie...tylko wyglądam inaczej.

Jestem szczęśliwy. Zwłaszcza po spotkaniach z tymi wszystkimi osobami, które były
dziś ze mną na trasie.
I pomyśleć, że będąc we Fromborku często po godzinie jestem w domu,
A teraz ? Teraz mam w nogach 2800 km, a od jutra do przejechania jeszcze 800.

I to jest właśnie ultra.

( mój dziewiąty dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Siostry )



Komentarze
Betty
| 10:11 piątek, 24 lipca 2026 | linkuj 🍰💋👩‍❤️‍💋‍👨
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!