Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 692366.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



RAP - wspomnienia dzień 3

Czwartek, 16 lipca 2026 · dodano: 16.07.2026 | Komentarze 1

85 propel
11 wigry 3
4 advanced


Liszna - Majdan - Komańcza - Dukla - sterta gór - Uście Gorlickie - sterta gór - Piwniczna Zdrój - Przysietnica - przełęcz knurowska - Czorsztyn


Wyjeżdżam z Lisznej o czwartej nad ranem. Trzeci dzień ultra, a ja nadal jestem w górach - 
jakby to był mój naturalny habitat, jakby rower sam wiedział, gdzie skręcić, zanim ja o tym pomyślę.
Tu nie da się zgubić, zagubić, czy pomylić trasę. Po prostu się nie da.
O tej porze wszystko jest inne niż w pozostałej Polsce: cisza ma inną gęstość, światło ma inną barwę, a drogi
wyglądają jak świeżo wyprasowane...specjalnie dla mnie. Krótkie, ale wymagające podjazdy, natomiast zjazdy dłuższe,
ale mniej strome i tak...ze 150 razy zmiennie na godzinę, w totalnym pustkowiu. Dopiero po trzech godzinach pojawia się
jakiś ruch samochodów, choć i tak nieznaczny. Coś wspaniałego...z tymi podjazdami i zjazdami oczywiście.
jest ich naprawdę mnóstwo. 
Te samochody, ten ruch budzą niejako we mnie początek kolejnego dnia emocji.

Wiem już od samego początku dzisiaj, że z dobrego śniadania będą dzisiaj nici.
Za wcześnie, za pusto, wszystkie miejsca moje będą po prostu zamknięte.
Ale obiad ? Obiad to pewnik. Uście Gorlickie, punkt południe, restauracja otwierana dokładnie o 12.
To jest mój rytuał, mój zegar biologiczny, moja gwarancja, że choćby cały świat się spóźnił,
to kucharz w Uściu otworzy drzwi punktualnie.

Góry są wspaniałe, ale upał...cóż, upał zaczyna mieć swoją osobowość.
Radzę sobie, oczywiście, ale to już trzeci dzień i zaczynam odbieram go inaczej.
Nadal żadnej czekolady, żadnych słodyczy - tylko picie.
W sklepach już nie wybieram tego, co lubię, bo zwyczajnie nie zawsze mam wybór.
W restauracji zamówiłem oranżady...białą i czerwoną z lodem. To był błąd, ale świadomy błąd.
Błąd, którego nie mogłem uniknąć. Potrzebowałem tego zimna nawet z ryzykiem zachorowania
bo inaczej męczyłbym się w inny sposób, psychicznie i emocjonalnie, a wolałem...ciałem.
Oczywiście zapłaciłem za to wieczorem - gardło bolało, dyskomfort się wkradł, ale dzień trwał dalej, a ja jechałem.

Dziś wyjechałem 4000 metrów przewyższeń przy zaledwie 315 kilometrach.
Sklepów na trasie jak na lekarstwo. Ludzi na trasie niewielu...więc niemal cały dzień to samotność.
Ale taka dobra, taka moja.

Piwniczna jest piękna, choć płaska i nie wymagająca, a od niej zaczyna się odcinek, którego nie lubię.
Jestem tu na RAP- ie po raz szósty i chyba dopiero po raz pierwszy o tym piszę, pierwszy raz zdradzam swoją o tym tajemnicę.
Przysietnica.

Z tym regionem robię sobie zdjęcia i jestem dumny z tego, że tu jestem, że to przejeżdżam, że wjeżdżam w to z uśmiechem...
ale w rzeczywistości nienawidzę tego miejsca. Jest tu mega górzyście, tylko chyba ze trzy razy przejechałem to bez zatrzymania...
jest tu naprawdę wymagająco, trudno nawet na suchej nawierzchni, a co dopiero w deszczu.
I nie mam na myśli tych podjazdów oczywiście - te są w porządku, te są uczciwe. Nie lubię zjazdów. Są dla mnie niebezpieczne.
Tak jak dziś staram się sobie tłumaczyć to w taki sposób, że jest sucho, że mam nie narzekać, że w deszczu to była przecież tragedia...
ale mimo to ciągle jestem podczas jazdy w dół mocno spięty i ta wielominutowa jazda na pulsacyjnym hamowaniu,
którego przecież w żaden sposób nie mogę ani uszkodzić, ani skończyć.... w tym czasie każda część mojego ciała jest mocno napięta.
W tych miejscach nie da się myśleć o życiu codziennym....tylko o końcu tej drogi, o tym, kiedy to się wreszcie skończy.

Po tym wszystkim jest zupełnie odmiennie, przepięknie. Bo odtąd właśnie zaczyna się jazda non stop pod górę - 
przed, a potem na przełęczy knurowskiej. Jak odbieram ten wielokilometrowy, bardzo długi odcinek jazdy...to nic innego, jak
weekendowy pobyt w hotelu Bristol: luksus, luksus, który pięknieje z każdym kilometrem, co kilka kilometrów jest co raz bardziej pod górę, a potem jeszcze bardziej. Procent nachylenia rośnie powoli, a jednak ciągle, ciągle pod górę, aż prawie do samego Czorsztyna, gdzie jest meta
jednej czwartej dystansu.
Sześć kilometrów przed punktem kontrolnym mam swoje miejsce na kolację z centralnym widokiem na Tatry.

To już trzy dni, ponad 900 kilometrów.
I wiecie co ?
Nadal można być tylko normalnie zmęczonym. Nie wolno mieć kontuzji.
Trzeba odpocząć bez emocji, z wyczyszczoną głową. Bo jutro będzie jeszcze więcej górskich emocji,
a potem jeszcze więcej i więcej.
Śpię w karczmie, w pokoju zamówionym przez Kuriera, który już nie jedzie w tym ultra. Wielka szkoda.
Bardzo wielka dla mnie. Tacy ludzie jak Jarek powinni być na tej trasie zawsze.

Ja Trwam w tym wszystkim. Istnieję.
Rower ma wszystko nowe, więc  nie patrzę na niego z obawą. Sam czuję się wyśmienicie.
Nie jest jednak idealnie - to gorąco nawet mnie zaczyna denerwować, ale tak na granicy
bo w zamian za deszcz przecież mógłbym go wziąć jeszcze więcej :)
Radzę sobie z piciem, dwa bidony 0,7 litra w zupełności mi wystarczą. Staram się nie mieć ich
ciągle pełnych, żeby rower nie był cięższy. To są małe strategie, które robią różnice.

Mam już mnóstwo gór, A będzie ich jeszcze więcej.

Kończy się dzisiejszy dzień i...i wtedy pojawia się on - mój Księżyc.
Kolejna truskawkowa pełnia. Jest. Jakby czekał na mnie, jakby wiedział,
że nadal jadę... dosłownie jakieś dwa kilometry przed metą dzisiejszego dnia.
Zdążył, dla mnie, nie zawiódł, pokazał się w ostatnim idealnym momencie.
Na ostatnim wymagającym podjeździe...bo jest stromo pod górę, a w dodatku
w całym sobie za koszulkami mam stertę pochowanych swoich ulubionych napojów i łakoci,
i wyglądam przez to na sporo za grubo :)...na tym ostatnim podjeździe przed Czorsztynem
mijam parę obejmującą się na drodze, stojących tyłem do mnie w kierunku właśnie Księżyca.
Nie patrzą na siebie. Patrzą na Księżyc.
jadę tak wolno, że mogę spokojnie powiedzieć: "Wspaniały, prawda ? ".
Uśmiechają się. A ja jadę dalej nie zatrzymując się.

...a po godzinie już śpię.

A w tym wszystkim - w górach, w tym upale, w ciszy poranków i
w tej przepięknej truskawkowej pełni - jest jeszcze coś, czego nie widać na żadnym zdjęciu z trasy.
Coś, co jedzie ze mną, choć nie ma numeru startowego.
To ludzie.
Ci, którzy piszą do mnie codziennie, wysyłają słowa wsparcia, czasem długie, czasem krótkie.
Ci, którzy nie piszą nic, ale ja i tak czuję ich obecność.
Ci, którzy śledzą każdy mój kilometr, tą kropkę nr 1973, nawet jeśli nie mówią tego głośno.
Ci, którzy wierzą we mnie tak samo, jak ja w siebie  po trzecim dniu w upale.
I choć często nie odpisuję - bo ciągle jadę, bo walczę, bo jestem w środku czegoś większego niż ja sam - 
oni nie myślą przez to inaczej, nie obrażają się, nie znikają, nie przestają kibicować.
Ja to czuję.
Czuję całym sobą.
Czuję w nogach, które pedałują dalej.
Czuję w głowie, która czasem chce odpocząć.
Czuję w sercu, które bije szybciej w takich chwilach.
Aż wreszcie czuję w każdym momencie, kiedy patrzę na Księżyc i wiem, że nie jestem sam.

i może właśnie dlatego jadę dalej.
Bo wiem, że ktoś tam, gdzieś, w ciszy swojego dnia trzyma za mnie kciuki.

( mój trzeci dzień królewskiego ultra...z dedykacją dla Sławka )








Komentarze
Betty
| 09:15 piątek, 17 lipca 2026 | linkuj 🫂
Komentować mogą tylko zalogowani. Zaloguj się · Zarejestruj się!