Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 689913.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



MRDP 8 relacja

Sobota, 18 września 2021 · dodano: 18.09.2021 | Komentarze 2

...z Kudowy Zdrój wyjechałem punktualnie o 5 nad ranem.
ciemno, nie pada, trochę zimno i...po kilkuset metrach widzę przed sobą świecącą w oddali czerwoną lampkę.
To był Damian Pałyska...Przemek Ruda wyjechał trochę wcześniej.
Oboje zaczynamy podjazd w kierunku Radkowa. Początkowo jedziemy razem, później jednak odjeżdżam...bo jest pod górkę i jest dobry asfalt. Gdy wjechałem po kilku kilometrach na szczyt to zaczął się zjazd, zaczęły się dziury, więc Damian mnie dogonił, a nawet przegonił.
Po kilku minutach jechałem jednak kompletnie samotnie....Damian złapał gumę.

W rejonie Krajanowa dojechało do mnie dwóch szosowców, którzy robili sobie od wczoraj 500- tkę.
Rozmowa kleiła się od samego początku z uwagi na fakt, iż jeden z nich był w stroju BB, tak jak ja.
Ależ było zdziwienie ich obydwu, jak wyszło na jaw, że ja to ja, że ja właśnie przejechałem ostatnie BB Tour na Wigry 3,
komplementów wobec mojej osoby nie było końca...ależ mi było miło.
Później w rejonie Unisławu Śląskiego upolował mnie kolejny kibic....dojechaliśmy wspólnie do Lubawki, gdzie...dopompowałem sobie kółeczka. Wszyscy ostrzegali mnie przed przedpołudniowym deszczem, a on nie spadał, a mnie to w ogóle nie interesowało.
Jechałem swoje będąc pogodzonym z tym, co za chwilę niebawem może się wydarzyć.
Najważniejsze, że dojechałem do Kowar, a następnie zjechałem szybko aż do Szklarskiej Poręby.
Nie lało, coś straszyło, ale to nie było nic znaczącego. Było natomiast mi ponownie potwornie zimno w kolana,
co było zasługą właśnie zjazdów w tym rejonie. Mogłem sobie tu gdzieś odpocząć, zjeść obiad...mijałem mnóstwo restauracji, karczm...
ale ja byłem myślami w Świeradowie Zdrój. Tak bardzo chciałem w tej miejscowości odpocząć przed drugą połową dnia.
Ta miejscowość ma ogromne dla mnie znaczenie, tu właśnie chciałem się zatrzymać.
I to nie okazał się dobry pomysł.

Wjechałem w Szklarską Porębę...zaczęło solidnie padać.
Gdy wjeżdżałem podjazdem do "zakrętu śmierci" to nawet mi to odpowiadało.
Mimo deszczu było mi ciepło, więc nic złego się nie działo.
Jednak, czym byłem wyżej, tym mocniej lało.
Na górze na "zakręcie śmierci' lało już solidnie...spojrzałem w niebo- całe było przykryte chmurami, zero szans na przejaśnienia.
Nie zatrzymałem się, nie zsiadłem z roweru bo i tak nie miałem się gdzie schować. A wracać nie było sensu.
Rozpocząłem więc mimo wszystko 17- to kilometrowy zjazd do Świeradowa.
Już od pierwszych kilometrów z kilometra na kilometr było co raz gorzej.
Mając jedynie zjazd nie mogłem się rozgrzać bo nie pedałowałem...ba...z uwagi na prędkość byłem zmuszony do częstego hamowania.
Sterta samochodów, dziury, zakręty, spadek nawierzchni, śliska droga...gdy po raz pierwszy trząsł się wraz ze mną rower...zatrzymałem się.
Stojąc na poboczu drogi w bez ruchu niby zrobiło mi się nawet cieplej...o pół stopnia cieplej.
Po dwóch minutach znowu zacząłem zjeżdżać, i znowu się zatrzymałem, gdy już nie miałem siły, a raczej czucia w dłoniach, by utrzymać pod sobą rower....naprawdę było mi przenikliwie zimno, jak nigdy dotąd. Z tego, co zapamiętałem to łącznie czterokrotnie schodziłem z roweru na trasie do Świeradowa Zdrój.
Gdybym tu miał dziś zostać, to nic by złego się w moim organizmie nie wydarzyło. Zaakceptowałbym to wydarzenie.
Ale było inaczej, bo doskonale całe moje ciało zdawało sobie sprawę, że będę jechał dalej dzisiejszego dnia.
Nie znalazłem sposobu na to, by oszukać swoje myśli, bo nawet w głowie już czucia nie miałem...

Po blisko godzinnym zjeździe zatrzymałem się w Świeradowie przy mojej miejscówce, restauracji.
Stałem przed budynkiem, oparłem rower o stałe elementy i...nie wiedziałem jak się zachować.
Bo gdy się nie ruszałem to wszystko jeszcze było Ok, jakoś to zimno znosiłem.
Każdy ruch jednak powodował to, że przyklejone wręcz ubranie do mojego ciała potęgowało we mnie zimno.
Udało mi się wejść do restauracji. Przy zamówieniu posiłku na początek poprosiłem o koc...otrzymałem go.
Kelnerka podała mi kubek z dzbankiem wody, bym zaparzył sobie herbatę...nic z tego, bo nie miałem czucia w dłoniach.
Herbatkę zrobiła mi...klientka restauracji...
To wszystko, z obiadem, z kocem, zaledwie trochę mi pomogło. Większość czasu, a byłem tu przez ponad godzinę...spędziłem przy kaloryferze. A wiecie, co jest najciekawsze ? Że gdy podjechałem pod tą restaurację to deszcz nagle zwolnił, a gdy wszedłem do środka to całkowicie przestał padać. Takiej sytuacji nie udało by mi się wymyślić na potrzeby filmu, tym bardziej przeżyć to w rzeczywistości...a jednak.
Te chwile nie tylko były najgorsze dla mnie na trasie obecnej edycji MRDP.
Te chwile były najtrudniejsze dla mnie w dotychczasowym moim świecie rowerowym.
Nie zrozumiem tego nigdy, dlaczego wciąż, po tym wszystkim dokąd przejechałem i ile przejechałem...muszę nadal doświadczać takich sytuacji. Nie wiem, co stara się za wszelką cenę, mimo tak wielu wypadków, które przeżyłem nadal przekonać się o tym, czy jest jeszcze coś, co mnie zniechęci do jazdy na rowerze. 
Najtrudniejsze w tych chwilach dla mnie było właśnie to, że ja z tej restauracji musiałem wyjść, i to wyjść w miarę szybko, i...pojechać dalej.

...przetrwałem te chwile. Po wyjechaniu ze Świeradowa przestało padać całkowicie.
Nadal byłem mokry, ale moje ciało nabierało ponownie ciepło w wyniku jazdy...było już dobrze.
Każdy kilometr od Zgorzelca, gdy już nie było nawet przelotnych opadów, budował we mnie ponownie siłę na kilka kolejnych dni.
Cieszyłem się niesamowicie z bycia na zachodniej ścianie naszego kraju.
Nie denerwowały mnie w ogóle, te bruki, powtarzające się kilkukrotnie, wielokrotnie.
Nawet w ciemnościach, gdy trzeba było bardziej uważać...nie denerwowałem się wcale.
Bo rower trząsł się naturalnie. Bo znowu byłem w grze projektu MRDP, bo nadal się liczyłem, bo to, co najtrudniejsze...chyba przejechałem.
Bo wiele Osób chciałoby być na moim miejscu nawet z takimi przeżyciami.
Do północy dojechałem w rejon Tuplic. Nie miałem zamiaru kończyć jazdy.
Po pierwsze...to koniec świata, nic tu nie ma, a po drugie...na promie w m. Połęcko stacjonował niesamowity Tomek Ignasiak.
Mógłbym przespać się w lepszych warunkach w Gubinie i...zajechać do Tomka na jego prom na chwilę.
A ja wybrałem to, że właśnie w Gubinie zatrzymałem się na chwilę, a u Tomka i na jego promie spędziłem kilka godzin.
Droga do promu...istna tragedia, ale ja nadal się nie denerwowałem, naprawdę, uwierzcie mi.
mając nadal w myślach Świeradów Zdrój...byłem przeszczęśliwy mając możliwość tu dojechania.


a tak na zdjęciu poniżej wyglądałem po przebudzeniu się...ha ha ha.

Tomek przywitał mnie przy promie w totalnych ciemnościach.
Byłem tu około 5 nad ranem. Porozmawialiśmy trochę, po czym wszedłem do jednego z samochodów i...w śpiworze zasnąłem.
W drugim z samochodów spał Przemek Ruda, który przyjechał tu trzy godziny wcześniej.
Obudziłem się po godzinie 8- ej, gdy pod prom przyjechał Grzesiu Rybkowski.
prom był czynny, ale my nie mieliśmy zamiaru ruszać w dalszą drogę.
Wylazłem z samochodu calutki zmarznięty, było mi zimno.
oczywiście podstawiono mi super leżaczek do siedzenia przy stole...pełnym cudnego pożywienia.
Trząsłem się z zimna, ale było mi dobrze. Powoli oczywiście było mi cieplej, ale ten początek po przebudzeniu się był najgorszy.
Przemka już nie było, więc Tomek gościł mnie wspólnie z Grzegorzem ( była także Pani Tomka, której imienia niestety nie zapamiętałem. przepraszam ).
Po uczcie wszedłem na prom rozpoczynając kolejny dzień o którym napiszę w dniu jutrzejszym.
Tomku, jeszcze raz dziękuję Ci za atmosferę w tym miejscu. Tych chwil nigdy nie zapomnę.

trasa ( do północy ) : Kudowa Zdrój- Radków- Głuszyca- Unisław Śląski- Mieroszów- Lubawka- Kowary- Podgórzyn- Szklarska Poręba- Świeradów Zdrój- Zgorzelec- Pieńsk- Nowe Czaple- Tuplice 
w dniu dzisiejszym przejechałem 287 kilometrów z sumą przewyższeń 3352 metrów.

ogólnie po siedmiu dniach miałem przejechane 2497 kilometrów z sumą przewyższeń 21129 metrów.
Walcz, choćby cały świat się sprzeciwił.

tak to było.
Nigdy nie przestanę jeździć.




MRDP 7 relacja

Piątek, 17 września 2021 · dodano: 17.09.2021 | Komentarze 2

...wstałem o 4 nad ranem, caluśki mokry oczywiście, nic nie wyschło moje ubranie.
Oczywiście nie byłem wyspany, ponadto wkurzony bo kundel nadal szczeka.
Stoję tak w garażu, staram się robić to bez ruchu bo każdy ruch powoduje zwiększenie poczucia zimna i zastanawiam się przez chwilę, co musi się jeszcze wydarzyć, aby dać sobie spokój  z jazdą na rowerze.
Patrzę...Przemek jeszcze nie wyjechał, a miał to zrobić godzinę wcześniej...później powiedział mi: "Robert, wstałem o trzeciej z zamiarem wyjechania, ale po wyjściu ze śpiwora normalnie trzęsłem się z zimna, nie dałem rady".
Z nami więc obudzony w tej chwili był także Damian Pałyska.
W trójkę o 4.30 wyjechaliśmy z tego garażu. Na trasie nie jechaliśmy oczywiście razem, tasowaliśmy się wielokrotnie.
Mimo wszystko wspólnie zjedliśmy śniadanko na CPN- ie w Kietrzu. Potem już na trasie się nie zobaczyliśmy dzisiejszego dnia.



A potem było nawet cieplutko.
Sterta podjazdów w rejonie Głuchołazów i Kijowa, a potem od Złotego Stoku przez Międzylesie, aż do Zieleńca wylała mnóstwo miodu na moje serce. Potwornie męczę się na tych długich prostych, co przejawia się brakiem utrzymania motywacji do nieustannej regularnej jazdy.
Góry są moja inspiracją do tego, że na MRDP trzeba jednak dać z siebie więcej wysiłku bez narzekania na cokolwiek i na kogokolwiek.
W rzeczywistości odcinek od Kietrza, aż do Kudowy Zdrój przejechałem samotnie.
W rejonie Lądka Zdrój przywitał mnie kibic, przejechaliśmy się trochę wspólnie, pogadaliśmy, było miło.
Zdążyłem przejechać Siennę, a deszcz znowu przypomniał o sobie. Nie lało, ale te setki tysięcy kropel sprawiło, że zjazd do Wilkanowa przejechałem na mokrej nawierzchni, co było dla mnie utrudnieniem.
Ale nic złego się nie wydarzyło.

W Międzylesiu zjadłem byle co i wyjechałem na ostatni etap dzisiejszego dnia.
Moim celem była Kudowa Zdrój bez względu na godzinę. Nie chciałem się pchać dalej z uwagi na
nieatrakcyjny noclegowo teren za tą miejscowością.
odcinek od Międzylesia do Zieleńca cudowny, mając na uwadze wzniesienia...totalne pustkowie, cisza, przy zapadającym zmroku.
Gdy wjechałem do Zieleńca to było już ciemno...przepięknie tu było.
Oczywiście pewnie tylko dla mnie w tej chwili. Znowu się bowiem zrobiło przenikliwie zimno.
Problem mój był taki, że skończyły się podjazdy, a do Kudowy jeszcze wiele kilometrów pozostało.
Sposób ubrania się przeze mnie był w pewnym sensie podjętym ryzykiem z mojej strony.
Był dyskomfort, ale przecież trasa MRDP to 3200 km, a ta część jest zaledwie małym odcinkiem tej całości.
Nie toleruję tego, co robią inni...wkładanie gazet pod ubrania, nakładanie worków foliowych itp itd.
U mnie wszystko odbywa się w sposób naturalny i postaram się, aby tak pozostało na zawsze.

Od Zieleńca zjazdy, aż do samej Kudowy Zdrój.
Ale najlepsza była ta 9- cio kilometrowa prosta po krajówce.
Sterta samochodów, totalna ciemność no i nie dość że zimno to ja bezwarunkowo sam siebie zapierdalam na całego bo inaczej tam się nie da zjechać jak tylko mega szybko. Przepiękny asfalt, zero zagrożeń, suchutki asfalt i...wypatrywania zza każdego zakrętu Kudowy.
Kolana moje na tym odcinku przyjęły naprawdę na siebie wiele złego i powinny otrzymać za to medal.
Nie wpłynęła ta sytuacja negatywnie na ich zdrowie.

W Kudowie Zdrój byłem przed 22- gą.
Normalnie za wcześnie, ale nie robiłem z tej sytuacji tragedii.
Problem był inny, a mianowicie...znalezienie noclegu okazało się cudem.
Wszędzie brak miejsc i ciągle ta sama odpowiedź...no nie, raz było inaczej.
W jednym z pensjonatów babka powiedziała mi nagle, cytuję: "ile razy będzie pan przyłazić, przecież mówiłam już, że nie mam wolnych miejsc"...aha, pomyślałem sobie, czyli Damian i Przemek są tu i w Kudowie będą nocować.
Nocleg znalazłem dosłownie w ostatniej chwili, normalny nocleg, bo miejsce na 4 godziny spania za 500 zł w hotelu z czterema gwiazdkami na mnie czekało.

w dniu dzisiejszym przejechałem 281 kilometrów z suma przewyższeń 3109 metrów.
łącznie po siedmiu dniach miałem przejechane 2210 kilometrów z sumą przewyższeń 17777 metrów.

trasa: Gorzyczki- Kietrz- Prudnik- Głuchołazy- Kijów- Złoty Stok- Stronie Śląskie- Idzików- Międzylesie- Mostowice- Zieleniec- Kudowa Zdrój.

...myślę, że w tej chwili jestem normalnie zmęczony.
Być może dlatego, że nadal liczyłem się w projekcie MRDP.
W rowerze nie działały sprawnie przerzutki, trzy przełożenia wystarczą jednak mi do tego, aby czerpać radość
z każdego przejechanego kilometra. 
Nie chodzi o to, że teraz jest mi łatwiej pisać coś takiego.
Po prostu myślę, że z tą trasą nie można walczyć, trzeba mieć mnóstwo swoich miejsc na drodze, które niejako nie tylko
na chwilę odciągną naszą uwagę od tego, co dzieje się w danej chwili.
A chwilami naprawdę się zapominałem. I bardzo dobrze.
bo pierwszy przejazd za bardzo wziąłem na poważnie. Ale przecież bez niego zwyczajnie bym teraz nie istniał.
To MRDP z roku 2013 było moją przepustka do świata rowerowego. Byłem z Lucjanem, więc było łatwiej, było całkiem odmienne.
Deszcz dotychczas zrobił swoje, ale myślę, że pod domem tez bym jeździł w deszczu, choć pewnie mniej.
I pamiętajcie o najważniejszym...10 dni, nie więcej. Po 10 dniach to w ogóle nie smakuje.
Nie wiem bo nie jadłem tego po tym okresie, ale tak jest.
Nie trzeba przecież iść na dworzec PKP, żeby dowiedzieć się jak wygląda pociąg...
Prawda Marecki ?



MRDP 6 relacja

Czwartek, 16 września 2021 · dodano: 16.09.2021 | Komentarze 0

To widok z Głodówki, gdy było tylko zimno



z Głodówki wyjechałem około 7 nad ranem.
Wstałem zmarznięty. W pokoju w schronisku było zimno, na dworze było jeszcze zimniej.

I co ? Ruszyłem. I co ? I od razu 10-cio kilometrowy zjazd.
Ależ było mi potężnie zimno, z nadzieją wypatrywałem Zakopane.
I dojechałem tu, bez zatrzymywania się, ale pocierpiałem sobie, a najbardziej kolana.
Nic złego się jednak nie wydarzyło.
W Czarnym Dunajcu trochę zaczął straszyć deszcz, padał, nieznacząco, ale jednak padał.
Na trasie nie było żadnych miejsc, gdzie byłoby można się posilić...tzn były, ale szczelnie pozamykane.
Tu spotkałem także Irka Szynochę...zmarzniętego, mokrego, niewyspanego.
Porozmawialiśmy chwilę, po czym odjechałem od niego.
W pobliskiej Jabłonce udało mi się zjeść zestawowe śniadanie...pychota.
Po godzinnym śniadaniu wyjechałem w trasę i...zaczęło lać.

Deszcz początkowo w niczym mi nie przeszkadzał, gdyż droga najpierw była płaska, a potem wyłącznie się wznosiła.
I tak w dobrym humorze dojechałem do m. Zawoja.
Potem była jednak tragedia. Zjazdu do Stryszawy w tych okolicznościach nie zapomnę nigdy.
Potężny zjazd, potężna ulewa, asfalt śliski, hamulce trzeba było umiejętnie używać, aby ich całkowicie nie zużyć na jednym odcinku drogi...
pamiętam tylko tyle, że na dole wpadłem do jednej z karczm prosząc o koc i herbatę.
Otrzymałem tylko herbatę. Calutki przemoczony i wychłodzony, ale już w trochę w czymś cieplejszym siedziałem z pół godziny w lokalu, aby się choć trochę zagrzać. Znowu wyjechałem w trasę, mniej padało, albo wcale.
Gdy wjeżdżałem do Milówki to znowu zaczęło lać. Zdążyłem się schować w swojej ulubionej miejscówce i zjeść obiad będąc w miarę suchym. Wyjechałem jednak ponownie w wielkich strugach deszczu.
Nie było sensu czekać na przejaśnienia i jakikolwiek cud. Niebo całe zakryte było chmurami.

Potem jednak znowu przestawało padać lub padało mniej.
Tak czy inaczej non stop byłem jednak mokry.
na całe moje szczęście Jaworzynkę, Istebnę i Wisłę przejechałem bez opadów...tu przecież sterta podjazdów jest i zjazdów.
Potem jednak aura zrekompensowała mi się.
W Cieszynie zdążyłem zjechać na CPN, zjeść stertę słodyczy i...dopiero wtedy zaczęło lać.
Toż to było totalne oberwanie chmury.
Wyjechałem oczywiście przed siebie, bo nieba już w ogóle nie widziałem, a na cud nie liczyłem.
Z przystanków autobusowych pozdrawiali mnie kibice, a ja mknąłem przed siebie. 
Wzniesień nie było, czego boję się podczas deszczu, ale droga nie była dobrej jakości, obawiałem się więc, że jedna wyrwa skreśli mnie
z projektu MRDP. Należy dodać, że woda wręcz płynęła asfaltem, nie widziałem więc stanu drogi.

Za Zebrzydowicami z drogi zjechałem na całkiem całkiem drogę dla rowerów.
Długa nawet była, zajebista, jakiś nowy towar oddany do użytku. Już nie padało, ale oczywiście na wyschnięcie nie było szans.
Byłem tu późnym wieczorem, około 22- giej. Totalne ciemności, samotność.
DDR miała nawet kilka tuneli, oświetlonych. wspaniała.
Wyjechałem z niej przed miejscowością Gorzyce.
Zmierzałem do punktu kontrolnego zorganizowanego w miejscu zamieszkania jednego z kibiców MRDP tj. Romana.
I teraz będzie ciekawie.

Wjeżdżam na posesję ( domek jednorodzinny ), cicho, pusto, nikogo nie widzę, nikogo nie słyszę.
Nagle stojąc przy drzwiach garażowych widzę na nich kartkę A4 z logo MRDP.
Już miałem dzwonić do domku, ale przypadkiem otworzyłem drzwi garażu.
Zobaczyłem w nim kilka osób, między innymi Przemka Rudę, śpiących w śpiworach na matach.
Na jednym ze stołów były słodycze, napoje, czajnik itp, itd...no i co z tego ?
Trzęsłem się w tym garażu jak galareta. O dziwo miałem siły jedynie podnieść jakieś trzy słodkości.
Wyjąłem telefon, aby zorientować się, czy w pobliżu byłby jakiś możliwy nocleg.
niestety w tej miejscowości ( Gorzyczki ) nie było zasięgu internetu.
Nie miałem zamiaru kłaść się do śpiwora, nie miałem też jednak zamiaru jechać w dalszą drogę ryzykując to,
że nie znajdę noclegu. Nocleg był dla mnie rzeczą priorytetową...jak tu jednak zasnąć?
Było mi potwornie zimno, kolegom zresztą też...
Żeby było jasne...Przemek Ruda gadał do mnie ze śpiwora, poznałem go jedynie po głosie.
Powiedział, że wlazł do śpiwora cały mokry, nawet nie starał się niczego nie zdejmować, jest nawet nie źle według niego.

Postanowiłem też to zrobić widząc, że jednak mimo wszystko żyje.
Cały mokry wlazłem do śpiwora, zamknąłem się w nim calutki, zamek zasunąłem nad głową zostawiając sobie 
niewielką część do oddychania.
Ależ to było mordęga, nigdy czegoś takiego dotychczas nie doświadczyłem.
napiszę tak...sam mimo wszystko w tym garażu w takich okolicznościach bym nie przebywał.
Zwyczajnie bym stamtąd uciekł. Widząc kolegów, to, że dają jakoś radę...jakoś to zniosłem.
Punkt pewnie dobry, ale o widnej porze dnia i gdyby wcześniej deszcz nas nie wykończył.
Bez żadnej farelki, ciepłego źródła wszystko przerodziło się w zło.

Spałem z przerwami może ze trzy godziny.
Muzyka Enigmy miała za zadanie usypiać mnie wtedy, gdy tylko budziło mnie przenikliwe zimno i nieustannie szczekający kundel z budy obok posesji.

w tym dniu przejechałem 280 kilometrów, z suma przewyższeń 3150 metrów.
ogólnie po sześciu dniach przejechałem 1929 kilometrów z suma przewyższeń 14668 metrów.
trasa: Niedzica- Łapszanka- Głodówka- Zakopane- Czarny Dunajec- Jabłonka- Zawoja- Stryszawa- Milówka- Jaworzynka- Istebna- Wisła- Ustroń- Cieszyn- Zebrzydowice- Gorzyczki.

tak to było.
Nigdy nie przestane jeździć.




KRAKÓW

Środa, 15 września 2021 · dodano: 15.09.2021 | Komentarze 0

...a dziś w Krakowie.


ZAKOPANE

Wtorek, 14 września 2021 · dodano: 15.09.2021 | Komentarze 0

odpoczywałem po królewsku w Zakopanem.


MPP dzień 3

Poniedziałek, 13 września 2021 · dodano: 15.09.2021 | Komentarze 0

dziś dojechałem na Głodówkę, czyli...mam i ja.
relacja oczywiście potem


MPP dzień 2

Niedziela, 12 września 2021 · dodano: 15.09.2021 | Komentarze 0

z miejscowości Nielbark dojechałem do miejscowości Snochowice...kompletnie nie wiem gdzie to jest.
relacja oczywiście potem


MPP dzień 1

Sobota, 11 września 2021 · dodano: 15.09.2021 | Komentarze 0

w ramach MPP przejechałem 326 km dojeżdżając do miejscowości Nielbark przy DK nr 15.
relacja oczywiście potem.


MPP preambulum

Piątek, 10 września 2021 · dodano: 10.09.2021 | Komentarze 4

... przerwałem relację MRDP.
Kiedyś powiedziałem sobie i Innym, że w MPP wystartuję wtedy, gdy dystans będzie wynosił minimum 1000 km.
... ma, więc jestem na Helu.
otrzymałem numer startowy, dziwne 116.





MRDP 5 relacja

Czwartek, 9 września 2021 · dodano: 09.09.2021 | Komentarze 0

ZASPAŁEM !!

...pierwsze spojrzenie przez okno po przebudzeniu i...od razu niepokój.
Bo już widno było. Na szczęście zaspałem tylko o godzinę.
Wyjechałem o 6 nad ranem. Byłem zły bo w dniu dzisiejszym moim założeniem było jak najszybciej dojechać do m. Barcice.
By wszystkie podjazdy do Krościenka nad Dunajcem przejechać w towarzystwie Słońca.
Nie do końca się to udało.

...ale najpierw wyjechałem z Kalnicy.
Droga do Tylawy pełna emocji, wspomnień, moich obrazów...cudne emocje.
Nawet ten rozwalony długimi odcinkami asfalt jestem w stanie znieść tak jak wczorajsze ulewy.
Dziś nad ranem trochę próbowało padać, ale ogólnie dzisiejszy dzień można uznać za wyśmienity pogodowo.
W Tylawie w swojej miejscówce zjadłem oczywiście śniadanko, pyszne śniadanko.
A potem ? Potem to już jazda na Głodówkę. Dzisiejszym moim celem jest właśnie Głodówka, z założeniem, że dojadę tam w okolicach północy.
Dobrze, że dziś nie padało ponieważ dzisiejszy dzień przejechałem z najwyższą liczbą przewyższeń.
Mnóstwo podjazdów...Krempna, Banica, Tylicz, potem sterta przed Krościenkiem, a po północy jeszcze Łapszanka, Brzegi itd itp.
Wszystkie podjechałem, czasami Ktoś do mnie podjechał, do kogoś ja przyjechałem. Ogólnie jednak pustkowie.
Ale asfalty jakieś normalne. Przepiękne podjazdy, takie coś uwielbiam, ale podczas dobrej pogody.
Żadnego się nie obawiałem, każdy doskonale znałem, co do kilometra.
najlepiej wspominam Banicę i Tylicz, które ostatnio nocą pokonywałem przy okazji MRDP Góry,
RAP niestety tą drogą nie jechał, a szkoda, wielka szkoda.
jeszcze raz napiszę...cudowne podjazdy, widoki, krajobrazy, uczucie z rowerowania wyśmienite.

W Barcicach byłem późno. Ta godzina zaspana zrobiła jednak różnicę.
No, ale cóż...trzeba było jechać. Więc pojechałem.
W Barcicach przejechałem przez otwarty szlaban kolejowy, pociągu nie było, ale i tak pomyślałem o Mareckim.
a potem tylko podjazdy i zjazdy...nocą, choć dobrze, że nie podczas ulewy.
W Krościenku nad Dunajcem byłem jakoś o 23- ciej.
Zdążyłem zjeść kolację na CPN- ie i byłem w pełni przygotowany na atakowanie ostatniego odcinka drogi.
Po przeczytanych wiadomościach napisanych przez tych, którzy byli przede mną straszono mnie...niską temperaturą w rejonie Niedzicy i Łapszanki. No tak, było zimno, ale miejsca w których miałem możliwość być tak późnej nocy...w pełni mi to zło zrekompensowały.
Nie zrobiła na mnie wrażenia niska temperatura. Co prawda już wykorzystałem wszystkie części odzieży na wszystkim co ma moje ciało,
ale nie trzęsłem się.
O północy byłem dokładnie w Niedzicy. Przepięknie Księżyc oświetlał taflę wody i to, co było przede mną.
A przede mną była Łapszanka.



Niesamowite...tutaj mogę jechać z szeroko zamkniętymi oczami.
Nie ma mowy o szybkiej jeździe, bo początkowo nieznacznie, a potem już w sposób znaczący droga wznosi się wyłącznie ku górze...
i bardzo dobrze. Cichutko, ciemno z oświetleniem ulicznym i ...mnóstwo brzmiących dzwonków i dzwoneczek owieczek i krów.
Żałujcie, że w tym czasie nie byliście ze mną w tym właśnie miejscu.
Powoli wjechałem na szczyt osiągając jego kulminację.
I stało się. Można napisać, że byłem w tym miejscu o każdej porze dnia i nocy...po raz pierwszy w tak głębokiej nocy.
Pasmo górskie znajdujące się w oddali widać było doskonale...tak piękne, że aż straszne, ciemne.
Rowerowo nie było potem, aż tak przyjemnie jak wcześniej bo zimno przypomniało jednak o sobie, zwłaszcza podczas zjazdów.
Przez Brzegi wjechałem na Głodówkę, gdzie miałem nocleg. Wjechałem tu dokładnie o 2.30.
W schronisku piekielnie zimno było i na korytarzach i w pokoju, ale gruba kołdra za to była, więc szybko zasnąłem.

trasa: Kalnica- Tylawa- Krempna- Gładyszów- Banica- Tylicz- Muszyna- Piwniczna Zdrój- Krościenko nad Dunajcem- Niedzica ( do północy ) tego dnia przejechałem 301 kilometrów z sumą przewyższeń 3831 metrów.

ogólnie po pięciu dniach przejechałem 1649 kilometrów z sumą przewyższeń 11518 metrów.

nic mnie nie boli, rower też ma jeszcze ochotę do jazdy. jest OK.
Nadal jestem w grze podczas trzeciego projektu MRDP.
To dobrze, że tu jestem. bardzo dobrze, że tu jestem.
Ja powinienem tu dzisiaj być i byłem.

tak to było.
Nigdy nie przestanę jeździć.