Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi robert1973 z miasteczka Elbląg. Mam przejechane 702423.00 kilometrów w tym 0.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią brak danych. i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
Statystyki zbiorcze na stronę

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy robert1973.bikestats.pl

Archiwum bloga



257 346 kilometrów do MILIONA

Wtorek, 13 października 2026 · dodano: 13.10.2026 | Komentarze 0

170 advanced

Gdańsk.

ulubiony, ładny, zabytkowy.
Gdańsk.


należy zwrócić uwagę na złoty statek - element dekoracyjny na wysokości dachu budynku Narodowego Baku Polskiego.
Konstrukcja ta nawiązuje do wielowiekowych tradycji Gdańska jako bogatego, hanzeatyckiego miasta portowego. Umieszczanie sylwetek żaglowców na szczytach kluczowych budynków publicznych miało podkreślać silny związek instytucji (w tym przypadku banku finansującego handel) z morzem i handlem morskim. ciekawe, co nie ?


257 516 kilometrów do MILIONA

Poniedziałek, 12 października 2026 · dodano: 12.10.2026 | Komentarze 1

150 advanced

Koniec chowania się w cieniu. Czas zdjąć maskę skromności

Przez lata żyłem w przekonaniu, że prawdziwa kolarska wartość rodzi się w ciszy. Setki godzin w siodle, tysiące kilometrów na liczniku, pot, ból i samotność na trasie. Kiedy kończyłem kolejne ultra, nie szukałem poklasku. Ba, unikałem ubrań z wielkimi logotypami, blichtru i obnoszenia się z tym, co przeżyłem. Bo Znałem swoją wartość. Wystarczało mi to, że ja sam wiem, ile kosztowało mnie dotarcie do mety. Jeździłem sam, w zwykłych, kolorowych strojach, daleko od blasku fleszy i zazdrosnych spojrzeń. Do czasu. Bo nagle coś we mnie pękło.

Jako jedyny kolarz z mojego rodzinnego miasta ukończyłem MRDP (Maraton Rowerowy dookoła Polski) – prawdopodobnie najtrudniejszy, najbardziej bezwzględny wyścig ultra w tym kraju. Mało tego? Przejechałem go cztery razy. Pierwszą pętlę zamknąłem już w 2013 roku. Wtedy nikt nie myślał o pamiątkowych strojach – na dedykowaną, oficjalną koszulkę od organizatora przyszło mi czekać... 13 lat. Dziś ta koszulka wreszcie jest w moich rękach. I paradoksalnie, to nie organizator, a zachowanie jednego człowieka sprawiło, że stała się ona dla mnie najważniejszym trofeum.
Mam "kolegę". Człowieka, który na ten sam szczyt próbował wdrapać się kilkukrotnie. Za każdym razem bezskutecznie. Chciałem mu pomóc, wyciągnąłem rękę – z moim doświadczeniem i wsparciem na pewno zamknąłby tę pętlę. Odmówił. Dlaczego? Bo jego własne ego podpowiedziało mu absurdalną myśl: że będę oczekiwał od niego dozgonnej wdzięczności i bicia pokłonów, albo od innych, albo miał jeszcze jakiś inny paradoksalny powód. Jakie to małostkowe. Ja nigdy nie oczekiwałem podziękowań od nikogo. Moje ultra robiłem dla własnej, czystej radości, nie dla czyjegoś "dziękuję".
Teraz ten sam człowiek obraził się na cały świat, a przede wszystkim na mnie. Dlaczego? Bo na organizowane przez niego wycieczki zacząłem zakładać to, na co ciężko pracowałem przez kilkanaście lat – strój z logo MRDP.
Widok jego frustracji i nienawiści w oczach uświadomił mi jedno: koniec z chowaniem się po kątach.
Skoro zobaczyłem, jak potwornie inni pożądają tego, co ja zdobyłem własnymi nogami i charakterem, ta koszulka zyskała dla mnie podwójną wartość. Zrozumiałem, że po tak gigantycznych sukcesach człowiek ma pełne prawo – a wręcz obowiązek – wyjść z cienia i pokazać światu: "Tak, zrobiłem to. Jestem finisherem najtrudniejszego ultra". Trzymanie takich trofeów na dnie szafy tylko po to, by nie urazić czyjegoś kruchego, niespełnionego ego, to błąd.
Dlatego od kilkunastu dni ta koszulka to moja druga skóra. Jeżdżę w niej codziennie – o ile poranny chłód nie zmusza mnie do ubrania kilku warstw. Chodzę w niej nawet na zwykłe zakupy do Biedronki. Niech ludzie patrzą. Niech pytają. A to, że ktoś "bliski" nie może na mnie patrzeć, gdy mam ją na sobie? Że kogoś pali w oczy widok logotypu, którego sam nigdy nie wywalczył? To mnie tylko umacnia. Każde skwaszone spojrzenie faceta, który poległ tam, gdzie ja triumfowałem cztery razy, działa na mnie jak najlepszy żel energetyczny.
Nie muszę wymieniać go z imienia – w naszym środowisku i tak każdy doskonale wie, o kogo chodzi. Karawana jedzie dalej, a ja wreszcie jadę z podniesioną głową. W oficjalnym stroju MRDP. Bo na to zasłużyłem.

I na koniec, żeby była pełna jasność – w szafie mam teraz dwie oficjalne bluzy i dwie koszulki z MRDP. Gdybym tylko chciał, mógłbym mieć tych kompletów ze sto, z własnym imieniem i nazwiskiem. Gdybym tylko chciał.  Bo moje cztery ukończone pętle dają mi do tego pełne prawo. Niektórzy latami nie potrafią zdobyć jednej, a ja mógłbym nimi tapetować ściany – gdyby tylko mi na tym zależało. Ale wystarczą mi te, które mam, bo od kilkunastu dni są w ciągłym obrocie. Czas chowania się po kątach minął bezpowrotnie. Można pękać z zazdrości, można odwracać wzrok na wspólnych wycieczkach i udawać, że ten sukces nie istnieje. Prawda jest jednak taka, że ja te cztery kółka wokół Polski wykręciłem własnymi nogami, a te stroje są tego namacalnym dowodem. Możesz nie patrzeć, możesz się obrażać – ale historii nie zmienisz. Ja noszę te barwy z dumą, a Ty musisz z tym po prostu żyć.

I gwarantuję Ci jedno – jeszcze nie raz przyjdzie Ci oglądać moje plecy w tej koszulce gdzieś na trasie.

Chcesz czy nie, patrz i podziwiaj!

PS.
na wyciecze rowerowej połączonej z kajakami ten "kolega" wszystkim robił zdjęcia, z boku, a mi takie zrobił:


ja naprawdę jestem na tym zdjęciu, i to w stroju MRDP..., nawet jako jedyny wiosłuję.
Na zdjęciu jest oczywiście też Henio, którego bardzo serdecznie pozdrawiam :)




257 666 kilometrów do MILIONA

Niedziela, 11 października 2026 · dodano: 11.10.2026 | Komentarze 0

110 advanced 
30 wigry 3 

... dzisiejszy dzień był za krótki,
wczoraj było lepiej. Jabłka są bardzo dobre, a w takiej bluzie są jeszcze bardziej smaczne.


257 806 kilometrów do MILIONA

Sobota, 10 października 2026 · dodano: 10.10.2026 | Komentarze 0

90 advanced
62 wigry 3

od 5 nad ranem, samemu 90 km w ramach przygotowania do dnia, przygotowania do wycieczki

a potem ?
Potem:
Klasyk na dwóch kółkach, świetna ekipa i wieczór na starówce, czyli sobota idealna! 
Są takie dni, kiedy wszystko układa się po prostu idealnie. Piękna pogoda, zero pośpiechu i najlepsze towarzystwo. Od poranka zamieniłem szosowy rower na uroczy, retro składak i ruszyłem w drogę, żeby spotkać się z Heniem, jego super rodzinką oraz Zenkiem.
Główny plan? jakieś zbieranie jabłek w Kamionku Wielkim! Coroczny udział w zorganizowanej nie rowerowej imprezie, a potem lokalne kręcenie się w okolicach domu.
Słońce i ciepła natura, piękna jesień
Pogoda nas niesamowicie rozpieściła – słońce dopisywało, a otaczająca przyroda w pełnym słońcu wyglądała obłędnie. Przemierzanie okolicy na składaku ma swój niepowtarzalny klimat. Nie pędzisz przed siebie, tylko autentycznie cieszysz się każdą chwilą, rozmawiasz i chłoniesz widoki. W tak pozytywnej ekipie kilometry mijały nie wiadomo kiedy, a uśmiech nie schodził nam z twarzy. To był niesamowicie dobrze spędzony czas, który przypomniał mi, jak niewiele trzeba do szczęścia.
Królewskie zakończenie dnia to wjazd na Starówkę, gdzie zwieńczeniem tego genialnego dnia była wspaniała kolacja. Pyszne jedzenie, klimatyczne otoczenie nowych kamienic i długie rozmowy przy stole – lepszego finału tej mini-wyprawy nie mogłem sobie wymarzyć.

Dzięki wielkie Henio oraz podziękowania dla Zenka za ten dzień. Trzeba to koniecznie powtórzyć!



257 958 kilometrów do MILIONA

Piątek, 9 października 2026 · dodano: 09.10.2026 | Komentarze 0

150 advanced

Spójrzmy prawdzie w oczy – statystyczny Kowalski w taki poranek jaki był dziś dokładnie o 4:15 normalnie śpi, a jak już się przypadkiem obudzi to spojrzy przez okno, a potem naciągnie kołdrę na uszy i podziękuje Bogu za dzień wolny od pracy i za istnienie komunikacji miejskiej albo ogrzewanie w samochodzie. Tymczasem ja, słysząc wiatr, który dosłownie pukając do moich drzwi mówił: „Idę po ciebie”, stwierdziłem: „O, idealna pogoda, żeby sprawdzić aero i poćwiczyć charakter”.

Jazda na otwartej przestrzeni przy takim wietrze przypomina jazdę na trenażerze, z tą różnicą, że ktoś bez przerwy sypie Ci piaskiem w oczy i próbuje przestawić rower o metr w bok. Nie walczyłem – i słusznie, bo z wiatrem się nie dyskutuje, wiatr się po prostu przyjmuje na klatę (dosłownie). To, że zrobiłem swoje, udowadnia tylko, że moje „rowerowe ja” ma już lekkie skrzywienie zawodowe. Normalni ludzie zbierają znaczki, oglądają mecze albo grają w szachy, a kolarze... kolarze amatorzy lubią cierpieć w przedziale 10-15 km/h, udając, że to wszystko ma głębszy sens i buduje formę na mityczny „sezon”.

W głębi duszy wiem doskonale, że kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym spojrzę na te wyjące korony drzew, pomyślę o zimnej piwnicy, w której stoją moje rowery, i po prostu...tak będzie po Milionie.

a na zdjęciu ładnie to jakoś wyszło: Andrzej Tercjak w koszulce MRDP, ja w koszulce BB tour, Dawid Horn w koszulce RAP.
najważniejsze moje ultra w kraju.
to Koledzy, którzy należą do tych, którzy są mi bardzo bliscy rowerowo. To start MRDP Zachód z tego roku.


258 108 kilometrów do MILIONA

Czwartek, 8 października 2026 · dodano: 08.10.2026 | Komentarze 0

170 advanced

50 000 kilometrów, czyli jak polubić mgłę i zacząć planować odwyk

Został mi ostatni cel na ten rok: 50 tysięcy kilometrów w siodle. Brzmi dumnie, prawda? Jak z okładki magazynu sportowego. W rzeczywistości brzmi to raczej jak wyrok, który sam na siebie podpisałem, i szczerze mówiąc, chętnie zapisałbym się już na jakąś terapię, żeby w przyszłym roku… po prostu legalnie poleżeć na kanapie, to znaczy więcej pojeździć na składaku.

Po zaliczeniu wszystkich zaplanowanych ultra, mój mózg uznał, że idealną formą odpoczynku będzie codzienna, monotonna rutyna. Wystarczy, że do końca roku będę codziennie, bezlitośnie kręcił po 150 kilometrów. Dla mnie to jest teraz definicja świętego spokoju i właściwa regeneracja po prawie całym przejechanym roku. Inni w ramach regeneracji piją melisę albo idą na masaż, ja odpalam rower na sześć godzin, w połowie w ciemnościach. Normalka.
Ponad 38 tysięcy kilometrów już pękło. Licznik tyka. Na dzisiejszy dzień mam zaledwie 146 kilometrów „na plusie” w stosunku do harmonogramu. Tylko 146 km! To oznacza, że jeden dzień wolnego, jeden głupi kaprys, żeby pospać dłużej, i cała ta misterna matematyka rypnie się w drobny mak.

Ktoś mógłby pomyśleć: „Stary, skoro w totalnie zimowy, śniegowy dzień potrafisz przejechać 150 km, to latem albo w piękny, jesienny, bezdeszczowy dzień machniesz dwa razy tyle bez mrugnięcia okiem!”. No więc otóż nie. To tak nie działa. Logika nie ma tu wstępu. Codziennie to samo, w innych warunkach. Każdy, kto spędził w siodle tyle czasu, wie, że czasami człowiek najchętniej rzuciłby ten rower w najbliższe krzaki. Najgorsze w pogoni za takimi liczbami jest to, że nie ma miejsca na improwizację. Teraz muszę pilnować wszystkiego. Jechać systematycznie, codziennie dokładnie to samo, wyłącznie z małymi wyjątkami. Stałem się niewolnikiem własnych statystyk.


Ale jeśli zatrzymasz się na chwilę, zmarznięty i zmęczony, zdasz sobie sprawę, że ta bezwzględna pogoń za cyframi to tylko ucieczka przed pytaniem, kim jesteśmy, gdy w końcu zsiadamy z roweru i musimy po prostu pobyć z własnymi myślami w ciszy salonu.
Mimo wszystko, nic nie dzieje się na siłę. Rankiem, na ostatnich pięć poranków, trzykrotnie witała mnie gęsta mleczna mgła. Zmarzłem bardzo. I jeszcze jedno: Jest trochę za długo ciemno i trochę za zimno. Ale wiecie co? Nadal jest w tym jakaś chora, pierwotna radość. Nic na siłę, wszystko z uśmiechem. To już jest blisko, meta na horyzoncie, więc jutro rano znowu wstanę, ubiorę te trzy warstwy ubrań, wyjdę w tę mgłę i…bo mgła na pewno znowu będzie.


258 278 kilometrów do MILIONA

Środa, 7 października 2026 · dodano: 07.10.2026 | Komentarze 2

103 advanced
47 nextbike

WJEŻDŻAM NA START ULTRA MARATONU PÓŁNOC POŁUDNIE 2026


Kiedyś na widok bramy startowej tętno skakało mi pod sufit na długo przed wpięciem butów w pedały. Nerwowe sprawdzanie przepaków, setny łyk napoju i ten dziwny ucisk w żołądku. Teraz wjeżdżam w strefę startową z plecakiem, rowerem i... kompletnym spokojem w głowie.
Czy to oznacza, że mi rutyna odebrała emocje? Absolutnie nie.

Ten spokój to nie brak zapału – to szacunek do dystansu i akceptacja tego, co ma przynieść droga. Dalej zależy mi tak samo mocno jak przy pierwszym ultra. Po prostu z czasem nerwy ustąpiły miejsca skupieniu, a lęk przed nieznanym zmienił się w czystą ciekawość. Zamiast walczyć ze stresem, wolę całą energię zostawić na trasie, nie mogę jej marnować...bo już mam naprawdę mało sił.




moje IMPERIUM KOSMICZNE

Wtorek, 6 października 2026 · dodano: 06.10.2026 | Komentarze 0

200 advanced

W Kosmosie przejechałem już 700 tysięcy 676 kilometrów
wszystkie moje rowery mają przejechane 740 tysięcy 907 kilometrów

rowery:
1) szosowy GIANT tcr ma 200 tysięcy !! - 27,0%
2) szosowy WHEELER route ma 200 tysięcy !! - 27,0%
3) górski GIANT terrago ma 170 tysięcy 370 km - 23,0%
4) szosowy GIANT advanced ma 88 tysięcy 486 km - 11,9%
5) szosowy GIANT propel ma 42 tysiące 250 km - 5,7%
6) górski GIANT anthem ma 16 tysięcy 641 km - 2,2%
7) kultowe WIGRY 3 ma 14 tysięcy 743 km - 2,0%
8) pierwszy GIANT Chicago 6 tysięcy 530 km - 0,9%
9) miejski NEXTBIKE ma 1 tysiąc 887 km - 0,3%

dni tygodnia:
1) SOBOTA: 121.679 km- 17,3%
2) NIEDZIELA: 115.285 km- 16,5%
3) poniedziałek: 96.706 km- 13,8%
4) środa: 92.982 km- 13,3%
5) wtorek: 92.515 km - 13,2%
6) czwartek: 90.850 km- 13,0%
7) piątek: 90.659 km- 12,9%

miesiące:
1) SIERPIEŃ: 68.977 km - 9,8%
2) MAJ: 66.382 km - 9,5%
3) czerwiec: 65.599 - 9,4%
4) lipiec: 64.277 km - 9,2%
5) marzec: 63.920 km - 9,1%
6) kwiecień: 60.670 km - 8,6%
7) październik: 59.947 km - 8,6%
8) wrzesień: 58.199 km - 8,3%
9) listopad: 51.829 km - 7,4%
10) luty: 48.904 km - 7,0%
11) styczeń: 48.876 km - 7,0%
12) grudzień: 43.096 km - 6,1%

pory roku:
1) LATO: 198.856 km - 28,4 %
2) WIOSNA: 190.969 km - 27,2%
3) jesień: 169.975 km- 24,3%
4) zima: 140.876 km- 20,1%

droga mleczna 2461
konstelacja gwiazd 3724- 4191- 5856- 6047
asteryzm 6394
obszar nieba 18579
orbita 31020


1 miejsce) 2016 czerwiec - 10000 km
2 miejsce) 2018 listopad - 6224 km
3 miejsce) 2015 maj - 6032 km
4 miejsce) 2024 lipiec - 5700 km
5 miejsce) 2024 maj - 5634 km
6 miejsce) 2025 sierpień - 5608 km
7 miejsce) 2023 lipiec - 5536 km
8 miejsce) 2017 sierpień - 5533 km
9 miejsce) 2018 kwiecień - 5528 km
10 miejsce) 2018 październik - 5448 km
11) 2024 grudzień - 5410 km
12) 2018 maj - 5409 km
13) 2020 październik - 5332 km
14) 2021 sierpień - 5329 km
15) 2026 lipiec - 5300 km
16) 2025 lipiec - 5264 km
17) 2023 grudzień - 5216 km
18) 2020 kwiecień - 5215 km
19) 2019 czerwiec - 5205 km
20) 2024 marzec - 5200 km
21) 2023 październik - 5116 km
22) 2019 maj - 5115 km
23) 2014 maj - 5114 km
24) 2018 marzec - 5040 km
25) 2025 styczeń - 5036 km
26) 2020 maj - 5031 km
27) 2024 sierpień - 5001 km
28) 2014 czerwiec - 5000 km
29) 2019 kwiecień - 4962 km
30) 2017 lipiec - 4936 km
31) 2020 marzec - 4905 km
32) 2017 październik - 4875 km
33) 2014 listopad - 4835 km
34) 2018 wrzesień - 4831 km
35) 2021 czerwiec - 4709 km
36) 2018 sierpień - 4707 km
37) 2019 marzec - 4695 km
38) 2026 wrzesień - 4682 km
39) 2017 marzec - 4666 km
40) 2022 lipiec - 4623 km
41) 2015 październik - 4584 km
42) 2024 kwiecień - 4577 km
43) 2014 marzec - 4566 km
44) 2026 maj - 4555 km
45) 2015 czerwiec - 4520 km
46) 2026 kwiecień - 4519 km
47) 2017 styczeń - 4515 km
48) 2023 sierpień - 4505 km
49) 2024 luty - 4501 km
50) 2016 marzec - 4500 km
51) 2026 czerwiec - 4458 km
52) 2023 kwiecień - 4431 km
53) 2026 marzec - 4426 km
54) 2015 sierpień - 4402 km
55) 2014 październik - 4400 km
56) 2020 czerwiec - 4389 km
57) 2014 wrzesień - 4368 km
58) 2019 sierpień - 4329 km
59) 2025 maj - 4300 km
60) 2018 czerwiec - 4295 km
61) 2014 kwiecień - 4280 km
62) 2025 grudzień - 4261 km
63) 2017 luty - 4247 km
64) 2024 styczeń - 4238 km
65) 2014 sierpień - 4217 km
66) 2015 lipiec - 4213 km
67) 2025 październik - 4200 km
68) 2020 sierpień - 4186 km
69) 2012 maj - 4175 km
70) 2025 kwiecień - 4143 km
71) 2013 sierpień - 4142 km
72) 2014 lipiec - 4101 km
73) 2024 wrzesień - 4100 km
74) 2020 listopad - 4097 km
75) 2015 marzec - 4095 km
76) 2020 lipiec - 4088 km
77) 2016 luty - 4074 km
78) 2017 listopad - 4069 km
79) 2020 grudzień - 4047 km
80) 2025 czerwiec - 4043 km
81) 2018 luty - 4029 km
82) 2012 lipiec - 4026 km
83) 2012 czerwiec - 4018 km
84) 2018 styczeń - 4015 km
85) 2011 wrzesień - 4005 km
86) 2025 listopad - 4003 km
87) 2023 kwiecień - 4002 km
88) 2023 listopad - 4001 km
89) 2021 maj - 4000 km
90) 2016 kwiecień - 3965 km
91) 2016 maj - 3894 km
92) 2020 wrzesień - 3891 km
93) 2012 październik - 3845 km
94) 2016 grudzień - 3833 km
95) 2015 wrzesień - 3805 km
96) 2021 lipiec - 3745 km
97) 2012 kwiecień - 3739 km
98) 2013 maj - 3731 km
99) 2017 grudzień - 3727 km
100) 2019 lipiec - 3714 km
101) 2023 wrzesień - 3665 km
102) 2011 czerwiec - 3660 km
103) 2016 styczeń - 3642 km
104) 2021 kwiecień - 3640 km
105) 2025 marzec - 3636 km
106) 2026 sierpień - 3628 km
107) 2025 wrzesień - 3606 km
108) 2017 wrzesień - 3593 km
109) 2014 luty - 3554 km
110) 2024 październik - 3547 km
111) 2022 marzec - 3530 km
112) 2016 sierpień - 3520 km
113) 2015 listopad - 3501 km
114) 2012 sierpień - 3500 km
115) 2013 październik - 3467 km
116) 2012 wrzesień - 3453 km
117) 2019 wrzesień - 3422 km
118) 2026 luty - 3416 km
119) 2015 grudzień - 3319 km
120) 2019 luty - 3301 km
121) 2014 styczeń - 3300 km
122) 2011 lipiec - 3241 km
123) 2011 sierpień - 3239 km
124) 2011 maj - 3230 km
125) 2011 kwiecień - 3216 km
126) 2011 październik - 3205 km
127) 2024 listopad - 3200 km
128) 2022 wrzesień - 3195 km
129) 2021 marzec - 3193 km
130) 2019 październik - 3166 km
131) 2015 styczeń - 3163 km
132) 2022 sierpień - 3131 km
133) 2025 luty - 3100 km
134) 2012 marzec - 3084 km
135) 2015 luty - 3067 km
136) 2021 listopad - 3049 km
137) 2020 luty - 3048 km
138) 2023 marzec - 3030 km
139) 2016 listopad - 3029 km
140) 2021 październik - 3017 km
141) 2015 kwiecień - 3010 km
142) 2022 luty - 3009 km
143) 2024 czerwiec - 3004 km
144) 2023 styczeń - 3002 km
145) 2016 październik - 3000 km
146) 2013 kwiecień - 3000 km
147) 2012 listopad - 2900 km
148) 2022 styczeń - 2864 km
149) 2017 czerwiec - 2839 km
150) 2013 czerwiec - 2830 km
151) 2020 styczeń - 2800 km
152) 2011 marzec - 2764 km
153) 2022 październik - 2745 km
154) 2021 wrzesień - 2739 km
155) 2026 styczeń - 2670 km
156) 2021 grudzień - 2602 km
157) 2013 marzec - 2590 km
158) 2012 styczeń - 2577 km
159) 2016 wrzesień - 2576 km
160) 2022 listopad - 2500 km
161) 2011 listopad - 2470 km
162) 2012 luty - 2457 km
163) 2022 kwiecień - 2445 km
164) 2013 lipiec - 2427 km
165) 2019 styczeń - 2318 km
166) 2012 grudzień - 2302 km
167) 2013 wrzesień - 2268 km
168) 2021 styczeń - 2266 km
169) 2014 grudzień - 2265 km
170) 2021 luty - 2230 km
171) 2022 maj - 2160 km
172) 2023 luty - 2100 km
173) 2013 listopad - 2045 km
174) 2019 grudzień - 2022 km
175) 2019 listopad - 1906 km
176) 2022 czerwiec - 1712 km
177) 2018 lipiec - 1685 km
178) 2016 lipiec - 1678 km
179) 2011 styczeń - 1458 km
180) 2011 luty - 1438 km
181) 2022 grudzień - 1396 km
182) 2013 luty - 1333 km
183) 2013 grudzień - 1231 km
184) 2011 grudzień - 1074 km
185) 2013 styczeń - 1012 km
186) 2023 czerwiec - 917 km
187) 2018 grudzień - 391 km
188) 2017 kwiecień - 0 km
189) 2017 maj - 0 km


1 miejsce - 24 sierpnia - 3661 km
2 miejsce - 25 sierpnia - 3603 km
3 miejsce - 22 sierpnia - 3580 km
4 miejsce - 23 sierpnia - 3469 km
5 miejsce - 26 sierpnia - 3273 km
6 miejsce - 24 lipca - 2930 km
7 miejsce - 03 maja - 2910 km
8 miejsce - 25 lipca - 2860 km
9 miejsce - 01 maja - 2820 km
10 miejsce - 21 sierpnia - 2767 km
11) 27 sierpnia - 2760 km
12) 04 czerwca - 2700 km
13) 08 maja - 2700 km
14) 28 czerwca - 2634 km
15) 05 lipca - 2628 km
16) 25 kwietnia - 2620 km
17) 20 sierpnia - 2610 km
18) 07 czerwca - 2600 km
19) 29 czerwca - 2587 km
20) 26 marca - 2580 km
21) 11 czerwca - 2550 km
22) 18 kwietnia - 2540 km
23) 28 sierpnia - 2520 km
24) 21 września - 2510 km
25) 13 kwietnia - 2510 km
26) 31 maja - 2500 km
27) 13 maja - 2490 km
28) 05 czerwca - 2480 km
29) 28 marca - 2430 km
30) 07 lipca - 2418 km
31) 03 czerwca - 2410 km
32) 16 lipca - 2400 km
33) 08 czerwca - 2400 km
34) 09 maja - 2400 km
35) 02 sierpnia - 2400 km
36) 29 marca - 2370 km
37) 11 listopada - 2370 km
38) 09 marca - 2360 km
39) 09 września - 2350 km
40) 11 października - 2350 km
41) 06 kwietnia - 2340 km
42) 20 marca - 2340 km
43) 19 maja - 2330 km
44) 27 września - 2328 km
45) 13 lipca - 2320 km
46) 11 maja - 2320 km
47) 26 maja - 2320 km
48) 23 kwietnia - 2320 km
49) 15 kwietnia - 2320 km
50) 25 marca - 2320 km
51) 02 lipca - 2316 km
52) 24 września - 2310 km
53) 15 sierpnia - 2310 km
54) 13 czerwca - 2310 km
55) 30 kwietnia - 2310 km
56) 27 marca - 2310 km
57) 01 czerwca - 2300 km
58) 30 maja - 2300 km
59) 01 lipca - 2280 km
60) 18 marca - 2280 km
61) 15 maja - 2271 km
62) 14 kwietnia - 2270 km
63) 23 czerwca - 2260 km
64) 21 maja - 2260 km
65) 27 lutego - 2260 km
66) 22 września - 2250 km
67) 23 września - 2250 km
68) 27 czerwca - 2247 km
69) 04 lipca - 2241 km
70) 05 kwietnia - 2240 km
71) 28 lipca - 2230 km
72) 26 czerwca - 2230 km
73) 06 lipca - 2224 km
74) 07 maja - 2220 km
75) 22 marca - 2220 km
76) 26 września - 2212 km
77) 10 czerwca - 2210 km
78) 14 czerwca - 2210 km
79) 10 września - 2200 km
80) 12 października - 2200 km
81) 17 października - 2200 km
82) 18 maja - 2180 km
83) 28 kwietnia - 2180 km
84) 13 września - 2176 km
85) 08 października - 2170 km
86) 24 marca - 2160 km
87) 24 czerwca - 2150 km
88) 04 marca - 2150 km
89) 24 października - 2150 km
90) 08 lipca - 2143 km
91) 27 lipca - 2140 km
92) 19 marca - 2140 km
93) 30 czerwca - 2133 km
94) 06 czerwca - 2130 km
95) 22 kwietnia - 2130 km
96) 08 marca - 2130 km
97) 18 października - 2130 km
98) 01 sierpnia - 2130 km
99) 28 września - 2116 km
100) 30 sierpnia - 2110 km
101) 10 kwietnia - 2110 km
102) 06 marca - 2110 km
103) 09 sierpnia - 2100 km
104) 29 sierpnia - 2100 km
105) 23 lipca - 2100 km
106) 15 czerwca - 2100 km
107) 12 czerwca - 2100 km
108) 04 maja - 2100 km
109) 17 lipca - 2090 km
110) 03 kwietnia - 2090 km
111) 11 sierpnia - 2080 km
112) 25 czerwca - 2080 km
113) 02 maja - 2070 km
114) 15 marca - 2070 km
115) 27 października - 2070 km
116) 25 lutego - 2060 km
117) 06 sierpnia - 2060 km
118) 07 września - 2050 km
119) 26 lipca - 2050 km
120) 17 marca - 2050 km
121) 05 marca - 2050 km
122) 23 października - 2050 km
123) 05 maja - 2040 km
124) 04 października - 2040 km
125) 30 września - 2023 km
126) 05 listopada - 2021 km
127) 17 maja - 2020 km
128) 29 maja - 2020 km
129) 02 kwietnia - 2020 km
130) 03 października - 2015 km
131) 20 września - 2014 km
132) 30 lipca - 2010 km
133) 24 kwietnia - 2010 km
134) 09 października - 2010 km
135) 14 maja - 2000 km
136) 10 maja - 2000 km
137) 10 marca - 2000 km
138) 15 października - 2000 km
139) 14 października - 2000 km
140) 19 października - 2000 km
141) 10 października - 2000 km
142) 03 lipca - 1992 km
143) 06 maja - 1990 km
144) 22 czerwca - 1980 km
145) 12 marca - 1980 km
146) 09 czerwca - 1960 km
147) 31 października - 1952 km
148) 17 sierpnia - 1950 km
149) 11 lipca - 1950 km
150) 16 maja - 1950 km
151) 07 kwietnia - 1950 km
152) 18 lutego - 1950 km
153) 29 września - 1950 km
154) 16 marca - 1940 km
155) 01 października - 1940 km
156) 19 września - 1930 km
157) 19 kwietnia - 1930 km
158) 02 marca - 1930 km
159) 03 sierpnia - 1922 km
160) 28 maja - 1920 km
161) 16 kwietnia - 1920 km
162) 19 czerwca - 1915 km
163) 12 lipca - 1910 km
164) 16 czerwca - 1910 km
165) 31 lipca - 1905 km
166) 20 lipca - 1900 km
167) 02 czerwca - 1900 km
168) 23 lutego - 1900 km
169) 25 listopada - 1900 km
170) 06 października - 1900 km
171) 29 października - 1900 km
172) 20 kwietnia - 1890 km
173) 21 kwietnia - 1890 km
174) 21 czerwca - 1883 km
175) 27 maja - 1880 km
176) 01 marca - 1880 km
177) 11 marca - 1880 km
178) 14 marca - 1880 km
179) 15 listopada - 1880 km
180) 25 października - 1880 km
181) 16 września - 1870 km
182) 12 września - 1864 km
183) 29 lipca - 1860 km
184) 29 kwietnia - 1860 km
185) 17 kwietnia - 1860 km
186) 26 lutego - 1860 km
187) 10 lipca - 1850 km
188) 26 kwietnia - 1850 km
189) 28 stycznia - 1850 km
190) 30 stycznia - 1850 km
191) 22 października - 1850 km
192) 19 lipca - 1840 km
193) 09 listopada - 1840 km
194) 13 października - 1840 km
195) 17 czerwca - 1830 km
196) 21 marca - 1830 km
197) 05 października - 1830 km
198) 22 maja - 1821 km
199) 25 września - 1812 km
200) 14 lipca - 1810 km
201) 23 marca - 1810 km
202) 07 marca - 1810 km
203) 22 lutego - 1810 km
204) 06 września - 1800 km
205) 18 czerwca - 1800 km
206) 12 maja - 1800 km
207) 13 marca - 1800 km
208) 25 stycznia - 1800 km
209) 14 listopada - 1800 km
210) 26 listopada - 1800 km
211) 18 listopada - 1800 km
212) 07 listopada - 1800 km
213) 28 listopada - 1800 km
214) 20 maja - 1790 km
215) 22 listopada - 1790 km
216) 15 września - 1780 km
217) 08 listopada - 1780 km
218) 21 listopada - 1780 km
219) 26 października - 1780 km
220) 14 sierpnia - 1771 km
221) 29 stycznia - 1770 km
222) 12 kwietnia - 1760 km
223) 09 lutego - 1760 km
224) 21 stycznia - 1760 km
225) 20 października - 1760 km
226) 17 września - 1751 km
227) 03 marca - 1750 km
228) 04 lutego - 1750 km
229) 30 października - 1750 km
230) 01 listopada - 1740 km
231) 21 października - 1740 km
232) 31 sierpnia - 1730 km
233) 13 lutego - 1730 km
234) 19 lutego - 1730 km
235) 29 listopada - 1730 km
236) 02 listopada - 1730 km
237) 04 listopada - 1722 km
238) 03 września - 1720 km
239) 30 marca - 1720 km
240) 14 stycznia - 1720 km
241) 14 września - 1717 km
242) 15 lipca - 1710 km
243) 11 września - 1706 km
244) 25 maja - 1700 km
245) 11 kwietnia - 1700 km
246) 01 kwietnia - 1700 km
247) 07 lutego - 1700 km
248) 14 lutego - 1700 km
249) 08 lutego - 1700 km
250) 27 stycznia - 1700 km
251) 07 października - 1690 km
252) 08 września - 1680 km
253) 18 września - 1680 km
254) 11 lutego - 1680 km
255) 19 stycznia - 1680 km
256) 04 sierpnia - 1670 km
257) 10 sierpnia - 1670 km
258) 17 lutego - 1670 km
259) 24 maja - 1660 km
260) 07 sierpnia - 1650 km
261) 22 lipca - 1650 km
262) 12 lutego - 1650 km
263) 20 lutego - 1650 km
264) 01 lutego - 1650 km
265) 04 stycznia - 1650 km
266) 13 stycznia - 1650 km
267) 23 listopada - 1650 km
268) 31 marca - 1640 km
269) 05 lutego - 1640 km
270) 19 sierpnia - 1630 km
271) 18 sierpnia - 1630 km
272) 10 lutego - 1630 km
273) 24 lutego - 1630 km
274) 08 sierpnia - 1620 km
275) 06 lutego - 1620 km
276) 13 grudnia - 1620 km
277) 28 lutego - 1610 km
278) 16 lutego - 1610 km
279) 02 lutego - 1610 km
280) 01 stycznia - 1610 km
281) 22 stycznia - 1610 km
282) 10 listopada - 1610 km
283) 16 listopada - 1610 km
284) 12 sierpnia - 1601 km
285) 01 września - 1600 km
286) 21 lipca - 1600 km
287) 20 czerwca - 1600 km
288) 23 maja - 1600 km
289) 04 kwietnia - 1600 km
290) 09 kwietnia - 1600 km
291) 27 kwietnia - 1600 km
292) 18 stycznia - 1600 km
293) 06 listopada - 1600 km
294) 20 listopada - 1600 km
295) 27 listopada - 1600 km
296) 13 listopada - 1600 km
297) 02 października - 1600 km
298) 16 października - 1600 km
299) 05 grudnia - 1580 km
300) 23 stycznia - 1570 km
301) 24 listopada - 1570 km
302) 07 stycznia - 1570 km
303) 17 stycznia - 1560 km
304) 26 stycznia - 1560 km
305) 05 września - 1550 km
306) 05 sierpnia - 1550 km
307) 13 sierpnia - 1550 km
308) 08 kwietnia - 1550 km
309) 15 lutego - 1550 km
310) 21 lutego - 1550 km
311) 01 grudnia - 1550 km
312) 16 grudnia - 1550 km
313) 17 listopada - 1550 km
314) 19 listopada - 1550 km
315) 12 listopada - 1550 km
316) 28 października - 1550 km
317) 06 grudnia - 1540 km
318) 05 stycznia - 1536 km
319) 30 listopada - 1536 km
320) 20 stycznia - 1520 km
321) 03 listopada - 1520 km
322) 15 stycznia - 1510 km
323) 16 stycznia - 1510 km
324) 04 września - 1500 km
325) 02 września - 1500 km
326) 16 sierpnia - 1500 km
327) 18 lipca - 1500 km
328) 03 lutego - 1500 km
329) 17 grudnia - 1500 km
330) 03 grudnia - 1500 km
331) 06 stycznia - 1500 km
332) 08 stycznia - 1460 km
333) 31 stycznia - 1450 km
334) 24 stycznia - 1450 km
335) 12 grudnia - 1450 km
336) 10 grudnia - 1450 km
337) 09 grudnia - 1450 km
338) 09 lipca - 1420 km
339) 02 stycznia - 1420 km
340) 04 grudnia - 1420 km
341) 21 grudnia - 1410 km
342) 14 grudnia - 1410 km
343) 09 stycznia - 1410 km
344) 12 stycznia - 1400 km
345) 03 stycznia - 1400 km
346) 15 grudnia - 1400 km
347) 10 stycznia - 1400 km
348) 11 stycznia - 1400 km
349) 02 grudnia - 1373 km
350) 19 grudnia - 1370 km
351) 20 grudnia - 1350 km
352) 23 grudnia - 1350 km
353) 18 grudnia - 1350 km
354) 07 grudnia - 1345 km
355) 27 grudnia - 1320 km
356) 08 grudnia - 1315 km
357) 31 grudnia - 1313 km
358) 30 grudnia - 1310 km
359) 22 grudnia - 1310 km
360) 28 grudnia - 1300 km
361) 29 grudnia - 1300 km
362) 11 grudnia - 1300 km
363) 24 grudnia - 1250 km
364) 26 grudnia - 1210 km
365) 25 grudnia - 1200 km
366) 29 lutego - 744 km
...dzieje się coś, co się nigdy nie powtórzy.


MRDP ZACHÓD, wspomnienia, dzień 3

Poniedziałek, 5 października 2026 · dodano: 05.10.2026 | Komentarze 2

150 advanced

TRASA: Lossow - Eisenhuttenstadt - Ratzdorf - Żytowań - Gubin - jasienica - Brody - Proszów - Łazy - Tuplice - Trzebiel - Przewóz - Gozdnica - Ruszów - Pieńsk - Zgorzelec - Porajów - Jasna Góra - Hermanice - Minkovice - Cernousy - Zawidów - Radzimów - Leśna - Świecie - Pobiedna - Świeradów Zdrój

Anatomia Końca: Kiedy Świeradów Zdrój staje się definicją

Akt I: Samotność i klocki Lego w poprzek drogi

Poniedziałek, 28 września, wybija północ. Teoretycznie zaczyna się nowy dzień, praktycznie – trwa ta sama, niekończąca się doba. jestem już na terenie Niemiec. Ciemno, pusto i tak przejmująco cicho, że słyszę własne myśli, choć akurat one też powoli kładą się spać. Zatrzymuję się w tej absolutnej czerni i odpalam telefon. Patrzę w kropki na trackingu z cichą, desperacką nadzieją, że ktoś mnie dogoni. Że pojawi się jakikolwiek punkt odniesienia w tej nicości. Ale nie ma nikogo.
Dokładnie rok temu, podczas pełnego, królewskiego MRDP, byłem tu o tej samej porze. Wtedy wjeżdżałem w te miejsca od Gubina i także nic nie widziałem. Teraz też nic nie widzę. No, może poza spektakularną, nadodrzańską przyrodą, którą – ze względu na egipskie ciemności – muszę sobie po prostu wyobrazić. Słyszę tylko zwierzynę. Mając do wyboru dwie opcje tras – widokową na wale i bezpieczną na dole – wybieram tę drugą. I zaczyna się regularne, kolarskie zombie-party. Jadę i śpię. Zasypiam i jadę. Moim jedynym aniołem stróżem okazuje się… fatalny stan nawierzchni. Droga jest niby dobra, ale co kilkanaście metrów ma poprzeczne garby. Każde takie uderzenie działa jak strzał z mocnego espresso prosto w twarz. Dziękuję ci, niemiecka inżynierio drogowa, za te regularne pobudki.
Mijam kolejne niemieckie miasteczka. Wszystkie są idealne, czyste, wybrukowane i… identyczne. W nich też odpływam. Raz budzę się z krzykiem w głowie, orientując się, że jadę centymetry od sznura zaparkowanych aut. Przecież wjazd w pole boli zdecydowanie mniej niż w niemiecki zderzak.

Akt II: Przebudzenie w filmie i lodówka w Gubinie
W połowie tej nocnej agonii wjeżdżam do Eisenhüttenstadt. I nagle – szok. Zatrzymuję się w centrum i czuję się, jakbym po prostu obudził się we własnym łóżku i przeciągał przed porannymi ciastkami. Miałem w sobie takie uczucie, że jak się zatrzymałem to dopiero wtedy zorientowałem się, że jeszcze jadę ultra. Cóż za emocje :). Ale też Co za miejsce! Robię rundkę honorową między kamienicami. Wąsko, przytulnie, pusto, jak na planie jakiegoś baśniowego filmu.
Magia pryska sekundę później, gdy dociera do mnie, że nie mam pojęcia, gdzie jechać. Garmin kapituluje – przez wolną jazdę po kostce i potężne wibracje ekran jest jedną wielką, rozmazaną plamą. Internet w telefonie wyłączony na sztywno, bo po ostatnich przygodach przy granicy z Ukrainą i Rosją, rachunek za roaming omal nie pozbawił mnie roweru. Stoję jak pomnik w środku nocy. Nagle, niczym w kiepskim kinie akcji, mija mnie patrol niemieckiej policji. Nawet na mnie nie spojrzeli. No tak, facet w lajkrze na rowerze o 2:00 w nocy to tutaj przecież norma. Ruszam na farta. Po chwili opony zaczynają znajomo tłuc o podłoże – tak, to te same dziury co rok temu! Strach i znajomy ból ostatecznie przeganiają sen.
Ale żeby nie było nudno, natura odpala kolejny poziom trudności: lodówkę. Wjeżdżając do Gubina mam wrażenie, że ktoś otworzył drzwi od gigantycznego zamrażalnika i zaprosił mnie do środka. Przenikliwe, arktyczne zimno zmusza mnie do ucieczki w korby. Jadę szybciej, byle przeżyć. Na najbliższej stacji paliw melduję się z single-trackowym priorytetem: gorąca herbata, natychmiast.

Akt III: Bruk, tiry i powrót do domu
Gdy wstaje dzień, robi się cieplej, ale lżej wcale nie jest. Wjeżdżam w potężną sekwencję bruków, od złych do absolutnie najgorszych. Przejeżdżamy przez jakieś absurdalne podwórka. Na jednym z nich, na całej szerokości drogi, wysypana jest sterta piachu.

Po co? Dlaczego? Nie wiem, mój mózg odmawia procesowania takich zagadek. Z tego wszystkiego żołądek mi się kurczy – „śniadanie”, składające się z cukrowego śmietnika kupionego w sklepie, zjadam dopiero w samo południe.
Trzyma mnie tylko jedna myśl: to jest trzeci, ostatni dzień. Meta musi paść przed zachodem słońca. Nie ma czasu na celebrowanie obiadów, trzeba kręcić.
Przed Zgorzelcem na chwilę wraca cywilizacja, ale to, co dzieje się za nim, w stronę Porajowa, to czysty rollercoaster. Droga zawalona tirami i autami, pobocze niby jest, ale nie daje żadnego poczucia bezpieczeństwa. Walczę o życie między zderzakami. I nagle… wjeżdżam na trójstyk Niemiec, Polski i Czech. Tutaj Zaczyna się zupełnie inny świat. Podjazdy, świetna nawierzchnia i ta uderzająca czystość – nic, żadnych nieczystości, nawet liście nie leżą na drodze ani na chodniku, wszystkie perfekcyjnie zdmuchnięte na trawę. Czysto, pachnąco. A potem? Potem od razu, bez patrzenia na znaki, poznałem, że wjechałem do Polski…

Akt IV: Świeradów – weryfikacja definicji
Cały dzień jadę sam. W połowie dnia upał daje popalić, więc zrzucam nogawki. W głowie mam już tylko jedno: „To jest moje. Już mi tego nie zabiorą”...I właśnie wtedy, gdy ta pewność zwycięstwa zaczyna kiełkować, uderza mnie coś jeszcze. Jadę sam. Cały, cholerny dzień jadę zupełnie sam, kolejny, trzeci. I nagle robi mi się po ludzku, cholernie smutno. Nie brakuje mi tu innych kolegów z trasy, z nimi dzielę ten sam ból od startu. Brakuje mi ludzi z mojego rodzinnego miasta. Tych, z którymi to wszystko się zaczynało, albo tych, którzy po prostu powinni tu być.
Mój świat zza szyby Garmina podzielił się na trzy części. Część z nich – ta najwspanialsza – kibicuje mi z całych sił, śle sms-y i jest ze mną mentalnie w tej kropce na ekranie. Druga część już dawno ze mną nie jeździ, drogi nam się rozeszły, każdy odjechał w swoją stronę. A trzecia część? Trzecia część ma to gdzieś, ale spojrzy na tracking, ale tylko z nadzieją, że może pojawi się przy mnie DNF.
A ja tak bardzo, w tej jednej, konkretnej sekundzie, chciałbym, żeby oni wszyscy mnie zobaczyli....w tym właśnie momencie, teraz, w tej chwili. Nie na mecie, w blasku aparatów i z piwem w ręku. Chciałbym, żeby widzieli mnie właśnie teraz: uświnionego polskim pyłem, potwornie zmęczonego, z oczami piekącymi od braku snu, ale z tą absolutną, niezachwianą potęgą w nogach. Chciałbym, żeby zobaczyli faceta, który od 16 lat jest ciągle w tym samym, co sobie wymyślił, który znowu przejechał przez piekło, a teraz wjeżdża w to mistyczne uczucie zwycięstwa tak głęboko, że aż brakuje tchu. Że to wszystko – te kilometry, te góry, ten triumf nad własną słabością – jest już niezaprzeczalnie moje. Samotność w ultra bywa piękna, ale bywa też cholernie ciężka, bo największych przełomów w swoim życiu i tak musisz dokonać w pojedynkę.


Jadę tę trasę oficjalnie drugi raz, choć te rejony plączą się w dziesiątkach innych ultra, które mam na koncie. Ale uwielbiam ten kierunek. Pod górę. Do samej mety, twardo, w pionie.
Na metę wjeżdżam o 19:09. Czas; 55 godzin i 9 minut.


Przywitanie? Zajebiste. Zsiadam z roweru, uśmiecham się i czuję czystą, niczym niefiltrowaną dumę. 14 miejsce na 54 startujących !! W limicie zmieściło się 40 osób, 6 go przekroczyło, 8 zaliczyło DNF. A ja wjeżdżam na tym samym rowerze, z tym samym sprzętem, w tych samych ciuchach i… z pełnym bidonem.
To moje czwarte i ostatnie ultra w tym roku. W sumie: równe 35 ukończonych imprez od 1000 do 3600 km, wszystkie w limicie. Zostaję w Świeradowie na dłużej. Tu są góry, tu jest moje miejsce.

Do przemyślenia
Ludziom wydaje się, że ultra to po prostu przejechanie trasy. Nie. Ultra to te wszystkie miesiące „przed”, to godziny spędzone na planowaniu i setki małych dramatów logistycznych. Ludziom wydaje się, że ultra to jest nie spać jedną noc. Nie. Ultra to nie spać dwie noce z rzędu, kontrolować halucynacje, a potem dbać o to, by nawigacja i lampki miały prąd, podczas gdy samemu nie ma się już nawet prądu w brzuchu. Ultra to znaczy jechać bez pieprzonego powerbanka, sakw i różnego rodzaju toreb i polegać wyłącznie na własnej strategii.
Dopiero gdy przejedziesz to wszystko i dotkniesz tablicy w Świeradowie, rozumiesz, czym to naprawdę jest. Każdy ma swoją własną definicję tego szaleństwa. Moja właśnie zamknęła pętlę.
Bo prawdziwe ultra zaczyna się dopiero wtedy, gdy wszystko wokół mówi ci, że...




MRDP ZACHÓD - wspomnienia, dzień 2

Niedziela, 4 października 2026 · dodano: 04.10.2026 | Komentarze 0

150 advanced

TRASA: Trzebusz - Trzebiatów - Rewal - Dziwnów - Międzywodzie - Wisełka - Międzyzdrowie - Wapnica - Wolin - Stepnica - Kąty - Rurzyca - Załom - Szczecin - Police - Trzebież - Nowe Warpno - Dobieszczyn - Stobno - Kamieniec - Gryfino - Ognica - Krajnik Dolny - Krajnik Górny - Piasek - Bielinek - Cedynia - Osinów Dolny - Siekierki - Czelin - Kłosów - Boleszkowice - Namyślin - Kostrzyn nad Odrą - Górzyca - Słubice - Frankfurt - Lossow

Północ minęła, a ja kręcę dalej.


Noc jest gęsta, na drodze totalna pustka, a świat wokół skurczył się do rozmiarów reflektora, bezlitośnie połykanego przez wszystko zakrywającą mgłę. Jesteśmy już pewnie niemal cali mokrzy. Okularów nie ma sensu używać – od dawna wiszą na kierownicy, bo z powiek bez przerwy kapią krople, które przed oczami tworzą tylko rozmazany, utrudniający jazdę filtr.
Nie jadę sam. Przez te nocne opary przebijają się sylwetki Andrzeja Torbicza i Krzyśka Opary. Czasem któryś z nas zostaje z tyłu, czasem zbliżamy się tak, że niemal słychać swój oddech, ale cały czas trzymamy się w zasięgu wzroku. Dookoła panuje absolutna cisza, przerywana tylko szumem opon, i robi się naprawdę zimno.
Przed Rewalem dopadły mnie potężne emocje. Byłem wręcz pewien, że z powodu tego mleka nie zobaczę charakterystycznego światła latarni w Niechorzu. No cóż... kiedyś potrafiłem dla tego jednego widoku przyjeżdżać specjalnie z domu. Szkoda, że teraz nie mam już takiej możliwości. Zawsze na tym ostatnim rondzie przed Rewalem odruchowo spoglądałem w kierunku morza. Dziś też spojrzałem. Tyle że sto metrów za rondem nie było już kompletnie niczego. Ściana bieli.
A jednak na drodze jest naprawdę fajnie. Aż strach pomyśleć, co tu się dzieje w dzień – to wcale nie jest żaden „koniec wakacji”, ludzie w tych rejonach są po prostu zawsze. Niestety, w nocy znika też wszelka cywilizacja. Żadnej czynnej stacji paliw, żadnego otwartego sklepu. Musimy liczyć na to, co znajdziemy w dalekich Międzyzdrojach.

Dojeżdżamy tam jakoś po czwartej nad ranem. Wchodzimy na stację i dopiero w ciepłym wnętrzu dociera do nas, jak potworne zimno panuje na zewnątrz. Ktoś już tam koczuje, śpi na siedząco. Kilkanaście minut po nas na cpn wtacza się znajoma twarz – Leszek Flaczyński. Szybka, półgodzinna przerwa na podratowanie sił i z powrotem w drogę.
Z Międzyzdrojów wyjeżdżam już tylko z Leszkiem. I tu zaczyna się mały festiwal mojej narastającej intuicji. Mijają kolejne kilometry, wjeżdżamy w lasy Wapnicy, a Leszek uparcie trzyma się mojego koła. Jedzie tuż za mną, ani myśli wyprzedzić. Szczerze? Trochę mi się to nie podobało. Nie lasy, ale ta jego dziwna pasywność. I – jak to mówią – miałem nosa! W Wapnicy droga to istna ruletka: miejscami asfalt, miejscami bruk z drogami rowerowymi po bokach, a czasem po prostu sam chamski bruk. Akurat zjeżdżaliśmy dość szybko z górki po gładkim asfalcie, gdy nagle w snopie światła moich lampek wyrosła brukowana ściana płaczu. Fatalna jakość, wyboje na całej szerokości drogi. Zdążyłem tylko wrzasnąć z całych sił: „Hamuj!” i wbiłem się w te kilkadziesiąt metrów hardkorowych kocich łbów.
Wyhamowałem z sercem na barku, walcząc o utrzymanie równowagi. Leszek niestety nie miał tyle szczęścia. Jechał za blisko i za szybko. Gdyby instynktownie nie położył roweru na glebę, wbiłby mi się centralnie w tylne koło i zrobilibyśmy tam widowiskowe, dwuosobowe domino. Na szczęście skończyło się tylko na strachu i paru porządnych potłuczeniach u Leszka. Podniósł się, otrzepał, założył łańcuch i ruszyliśmy dalej.
Myślicie, że wyciągnął wnioski? Skądże! Leszek nadal przyspawany do moich pleców. Czysta prowokacja losu, a ja z przodu tylko klnę pod nosem. Tłumaczył się, że nie widzi nawigacji i po prostu musi się mnie trzymać. No to wjechaliśmy w Wolin, a potem zaczęła się ta przepiękna, monotonna prosta przez Stepnicę aż do Goleniowa. Kilkadziesiąt kilometrów nudnej prostej w gęstej ciemności, bez żadnych dodatkowych atrakcji. Uznałem, że czas przeciąć tę pępowinę – wrzuciłem wyższy bieg, uciekłem Leszkowi w mrok i na Szczecin jechałem już całkowicie sam.
Spotkaliśmy się znowu przed ósmą nad ranem na Orlenie w Szczecinie, już w większej grupie. Kiedy dojechał Leszek, nie wytrzymaliśmy i pękaliśmy ze śmiechu. Chłop był tak koszmarnie przemarznięty, że gdy usiadł na kanapie i zaczął się trząść z zimna, to wibracje przechodziły na cały mebel. Dosłownie cała kanapa drżała, a dwie dziewczyny, które próbowały obok uciąć sobie drzemkę, nie miały na to najmniejszych szans, podrzucane rytmicznie przez Leszka!
Oczywiście zimno było nam wszystkim. Ja jednak miałem na to swój sprawdzony lek – szybka ewakuacja ze stacji i mocne pedałowanie, żeby rozgrzać mięśnie. To już było w drodze na Stare Warpno, dogoniłem tu Radka Kudłę. Jechaliśmy blisko, ale bez wspólnej pracy, bo Radek jedzie w kategorii solo. Dobrze, że byłem tam w niedzielny poranek. Puste drogi pozwoliły mi całkowicie zignorować fatalną sieć lokalnych ścieżek rowerowych. W samym Warpnie trasa wymagała zrobienia specjalnej pętli – minąłem wieżę widokową, ładny rezerwat, zaliczyłem punkt i nawet na sekundę się nie zatrzymałem, a ludzie przyjeżdżają tu na kilka godzin...

Około południa pogoda drastycznie się zmienia. Zaczyna robić się nieznośnie gorąco. I od tego momentu – od Warpna aż po Gryfino – zaczyna się prawdziwy koszmar. Nieważne, czy jechaliśmy drogami ogólnymi z samochodami, czy ścieżkami rowerowymi, z których musieliśmy korzystać... Tragedia. Albo asfalt przypominał najgorsze tarki, albo – gdy był gładki – leżały na nim sterty zanieczyszczeń. W Gryfinie trochę mi ulżyło, bo wiedziałem, że profil trasy się poprawi. Ale wcześniej? Łata na łacie, szwajcarski ser. Cały Daniel... Trasa poprowadzona tak blisko granicy, jak to tylko możliwe, bez względu na jakość nawierzchni.
Do tego dochodzi głód. Od hot-doga zjedzonego o ósmej rano w Szczecinie nic nie miałem w ustach, a jest już środek popołudnia. Mój plan to kolejny McDonald’s, tym razem w Osinowie Dolnym, gdzie dojechałem o 17. Ale zanim tam dotarłem, musiałem pokonać Krajniki i odcinek z chyba najbardziej rozwalonym asfaltem w całej Polsce. Tam dopadł mnie Radek. Był potwornie zdenerwowany na te warunki i wcale mu się nie dziwię. RAP miał tutaj trasę tylko przez rok, w sąsiednich miejscowościach jest idealnie gładko... ale to wymagałoby odsunięcia się o kilka kilometrów od granicy. A tego Daniel nie lubi i nie rozumie. Więc ciąga nas po największym syfie.
Wściekły, ale zdeterminowany, dojeżdżam do Maka. Późny obiad to tradycyjnie sprawdzone zestawy z Wieśmakiem. Po jedzeniu od razu wjeżdżamy na nowiuteńki, błyszczący asfalt – wylewali go tu w czerwcu podczas RAP-u, teraz jest go jeszcze więcej. Jedzie się jak po stole i nagle... koniec bajki. Wiecie dlaczego? Bo po kilkunastu kilometrach jazdy po tym idealnym dywanie, najpierw za Gozdowicami, a potem ponownie przed Kostrzynem w Boleszkowicach, trasa nakazywała skręt w stertę zmasakrowanego, starego asfaltu. Nie wiadomo po co, nie wiadomo dlaczego. Tylko po to, żeby na siłę być te kilkaset metrów bliżej granicy. Kompletnie tego nie czułem. Nie było nawet na co popatrzeć – wokół tylko lasy, a oczy i tak miałem wlepione wyłącznie w dół, żeby nie urwać koła.

Gdy zaczęło szarzeć, zjechałem na stację w Kostrzynie. Chciałem odpocząć, ale szybko się zawinąłem, gdy okazało się, że gniazdka nie działają i nie mam jak podładować sprzętu. Wsiadłem na rower i po godzinie byłem już w SŁubicach, meldując się na tamtejszym Shellu około godziny 23:00.

Ta noc jest inna – nie ma mgły, nie jest nawet tak zimno, choć muszę przyznać, że po północy, zanim dotarłem do Szczecina, zmarzłem dość konkretnie. Dzisiejszy dzień, w przeciwieństwie do wczorajszego, stał pod znakiem fatalnych nawierzchni. Kilka ładniejszych, nowych odcinków nie wymaże złych wrażeń. Można teraz z tego żartować, ale jak się tu jedzie ten jeden, jedyny raz...i się tu nie wraca, albo za cztery lata.

Mimo wszystko czuję się super. Jestem w głębi duszy szczęśliwy, że zdołałem dzisiaj dotrzeć aż tutaj. Zmęczenie moje jest normalne, zdrowe. Rower jedzie bez zarzutu, nic w nim nie szwankuje. Dzień dobiega końca, a ja – z mocnym postanowieniem dalszej jazdy – nawet nie myślę o szukaniu noclegu. Choć wiem, że sen mnie dopadnie. Jeszcze przed końcem doby mijam Frankfurt i wjeżdżam na teren Niemiec.


I nagle robi mi się potwornie szkoda... bo rok w rok jestem w tych miejscach w czasie najgłębszej, czarnej nocy. Nie mam żadnej możliwości, by zobaczyć te tereny za dnia, chociaż przez pół godziny. Zawsze wita mnie tu mrok.

Podsumowując: dzisiaj tylko do rana miałem towarzystwo, potem cały boży dzień spędziłem sam ze swoimi myślami. Zero pożywnych posiłków, same śmieciowe kalorie z doskoku, ale bidon na szczęście wystarcza. Jeśli chodzi o ubiór – nocą przydałaby się grubsza bluza, ale z kolei w dzień ugotowałbym się w niej na twardo, więc ta, którą mam, musi wystarczyć. Radzę sobie. Ale jutro ze spaniem będą niezłe jaja. Odcinam już kupony, potwornie chce mi się spać, a jestem w miejscu, gdzie nie ma żadnej pościeli... a pościel, po tylu setkach kilometrów w siodle, po prostu mi się cholernie należy.
Dzisiaj pękło 458 kilometrów. Łącznie na liczniku mam już 735. Nic mnie nie boli, nie mam żadnych otarć, po prostu zdrowe, ultra-maratońskie zmęczenie. I tylko szkoda, że w tych całych gęstniejących ciemnościach, gdy droga ucieka spod kół, człowiek zostaje tak rozpaczliwie sam z tym wszystkim, co...